Gość: vox
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
10.03.04, 10:39
Z wielkim oczekiwaniem, w przeczuciu czegoś ważnego, po czym nic nie będzie
już takie samo, z niecierpliwością przemieszaną z lękiem przed ujrzeniem scen
nieuchronnie okrutnych - wiele osób, podobnie jak ja, odliczało czas do
momentu ujrzenia "Pasji" wg. Gibsona.
Film był dla mnie wstrząsem. Trudno byłoby mi powiedzieć "obejrzałem se
Pasje", "nie/zły film", "nie/podobał mi się". Nie pasują tu utarte zwyczajowo
sposoby wyrażania aprobaty lub dezaprobaty, razi żargon domorosłych
pseudokrytyków wygłaszających autorytatywne, pełne niby-wiedzy i znawstwa, a
w gruncie rzeczy śmiesznie toporne sądy skonstruowane jak „wpis do pamiętnika
pryszczatego nieudacznika”. Z niedowierzaniem czytam „naukowe” analizy o
kształcie gwoździ i szydercze uwagi na temat możliwości uwiedzenia Jezusa
przez „ładnego młodzieńca’ ( gwoli ścisłości: Szatan nie był na filmie
przedstawiony jako młodzieniec. Jest tu postacią androgeniczną graną przez
Rosalindę Celentano). Sformułowania w stylu : „krwawy befsztyk” wsadzone jak
smakowite rodzynki w ciasto kilkustronicowej, szczegółowej rozbiórki filmu,
opinia, że popcorn był i na Pasji „obowiązkowy” - zaprawdę, dla osób z takim
nastawieniem i z takim poziomem wrażliwości szkoda tych kilku złotych na
bilet. I dostrzeżenie jednej kropli deszczu nic tu nie zmienia, jeśli nie
umie się dostrzec ludzkich łez.
Na moim seansie wielu ludzi płakało. Sala, jedna z „dużych” w dużym kinie
typu „multi’, była w całości zapełniona. Popcorn widoczny był u naprawdę
nielicznych, jedna z tych osób wychodząc wyrzuciła do śmietnika pełny
karton.
Myślę, że nie wszyscy przeżyli film w sensie religijnym. Sądzę, że wielu
ludzi poruszyły aspekty najzupełniej ludzkie: tragedia matki, tragedia
człowieka, niezrozumienie, odrzucenie, okrucieństwo, ofiara, godzenie się z
losem.
„Pasja” jest dziełem bardzo szczególnym, ciężko o nim pisać, brak słów
wypróbowanych i utartych, bo nie było wcześniej takiego filmu, mimo iż
pamiętamy wcześniejsze ujęcia (Pasolini, Scorsese, Jewison, czy nade
wszystko Zeffirelli). Spróbuję wyrazić swoje opinie i odczucia, mając
świadomość tego, że jest to z próba góry skazana na niepełność i niezdarność.
Film oparty o fakty znane wszystkim ludziom naszego kręgu kulturowego,
odrzucający ambicje wymyślnych środków artystycznych, porusza do głębi
klimatem barokowego malarstwa, muzyką, która godna jest tam brzmieć,
światłem w oczach Jezusa. Tragedia Matki rozdziera ludzkie serca ( w tej roli
Maia Morgenstern, rumuńska aktorka teatralna, zaaangażowana m.in. w Teatrze
Żydowskim). Przerażające, udręczające oczy sceny męki służą jednemu celowi:
potraktowania historii Jezusa REALNIE. To się tak właśnie odbyło, tak mówi
Pismo. Mistrzowski, moim zdaniem, scenariusz Gibsona i Fitzgeralda łączy
wierność Ewangelii z żywością przekazu uczuć: miłości, cierpienia,
zwątpienia, słabości, ulgi, nadziei.
Film oczywiście, w znaczeniu końca, jest przewidywalny, jednak dojmujące
wrażenie autentycznego „równoczasu” z przeżywanymi wydarzeniami, doprowadza
do momentu absurdalnej nadziei: oto na przykład Piłat się waha. Piłat
współczuje. Piłacie, Piłacie, ocal Go! I to irracjonalne rozczarowanie: Piłat
umył ręce. On TYLKO umył ręce. A więc stało się. A więc stanie się.
Jednak mimo swojej przewidywalności film intensywnie przykuwa naszą uwagę,
przenosi dwa tysiące lat wstecz, w naturalny sposób wchodzimy w trójwymiar
starożytnej Jerozolimy, pełnej przepychu i rozmachu, którą w filmie pokazano
wiernie względem przekazów historycznych. Scenografia jest wręcz doskonała,
gra światłem i cieniem, wyrazista i malownicza, wierna i zarazem urzekająca
baśnią.
Film ma w sobie swoistą magię artystyczną, uzyskaną nieprzegadanymi
środkami. Świetnie wyważone efekty slow-motion, czytelnie wkomponowane
reminiscencje.
Gibson ustrzegł się też hollywoodzkich schematów, i nie chodzi mi bynajmniej
tylko o to, że aktorzy używają aramejskiego i łaciny, a jedyną rozpoznawalną
twarzą jest Monica Bellucci. Ważne jest to, że nie dał się skusić
uproszczeniom, które ułatwiłyby mu przecież sprawę w sytuacji, gdy wiele
trzeba było z konieczności przedstawić skrótowo. Takimi uproszczeniami
mogłoby na przykład być wskazywanie ludzi „złych” i „dobrych” poprzez
intencjonalne dopasowanie „złych” i „dobrych” fizjonomii. Tak się jednak nie
dzieje: dla przykładu Kajfasz ( Mattia Spragia - znakomity włoski aktor),
Judasz ( Luka Lionello uważany za jednego z bardziej utalentowanych włoskich
aktorów młodego pokolenia) mają przystojne, inteligentne twarze, a „dobry” –
np. Piotr Apostoł - wypada gamoniowato.
Film uniknął też uproszczenia, że „Żydzi” byli źli, wprowadził bowiem postać
Nikodema, faryzeusza, który zaprotestował kiedy Najwyższa Rada wydała na
Jezusa wyrok śmierci (J 7, 49–52). (Nikodem był też tym, który wspólnie z
Józefem z Arymatei zakupił wonności do namaszczenia Pana Jezusa po śmierci i
pomagał pogrzebać Jego ciało.) Tego rodzaju uproszczenie nie ma też miejsca z
oczywistego powodu: wokół Jezusa było wiele „dobrych osób”, większość z nich
była Żydami. Nie było też skrótu myślowego,, że Rzymianie są „źli”
lub „dobrzy” – Rzymianami byli siepacze, ale też Abenader, Piłat i Klaudia.
Zarzuty o nieścisłość historyczną w wielu wypowiedziach są chybione. I tak na
przykład nietrafny jest zarzut, że w Biblii nie ma zapisu o kuszeniu Jezusa w
Ogrodzie Oliwnym. Nieprawdą jest też, że filmowy Krzyż ważył „jakieś 300 kg”.
A najbardziej generalnym nieporozumieniem, jest oczekiwanie, że scenariusz
miałby podjąć się zadania weryfikacji wersji Biblijnej męki i śmierci Jezusa.
Tak więc odpowiedzi na pytania z kategorii: Czy „miał” prawo przeżyć takie
biczowanie? Czy mógł nieść Krzyż? - należy szukać w Ewangeliach Jana, Marka,
Mateusza i Łukasza. Jeśli całą Ewangelię traktuje się jak zbiór historii
nieprawdziwych i denerwująco niemożliwych – tak samo denerwujący będzie film.
Nie powinny tego filmu oglądać dzieci, podobnie jak nie powinny przeżywać
wstrząsającego doświadczenia wizyty w Muzeum Oświęcimia.
Dla wielu tysięcy ludzi ten film z pewnością jest lub będzie wielkim
przeżyciem, mimo okrutnych scen - przeżyciem dobrym, dającym nadzieję,
przeżyciem szczególnej miłości, nadziei, przeżyciem wiary.
Słowo, które kiedyś stało się ciałem, znów ożyło strzepując z siebie kurz
starych ksiąg. Pasja wg Gibsona wlewa weń realne życie, i nadzieję, że ofiara
nie była daremna.