Gość: spin doctors
IP: *.avenel01.nj.comcast.net
03.08.04, 06:21
2 lipca późnym wieczorem telewizja pokazała w kanale regionalnym TVP 3
wstrząsający film zrealizowany przez BBC w 2000 r., przypominający
ludobójstwo dokonane przez Japończyków na Chińczykach w latach 30.
Podobnie jak w Niemczech w Japonii w latach 30. doszli do władzy zbrodniczy
szowiniści, którzy uważali, że Japonia ma do wypełnienia "wielką misję
dziejową" - zaprowadzenie "ładu" w Azji i na świecie. Po podpisaniu w 1936 r.
paktu z Niemcami w 1937 r. Japonia rozpoczęła długą wojnę w Chinach, która
trwała aż do 1945 r. Były też "marsz na południe" i agresja na Wietnam,
Syjam, Malaje, Singapur, Birmę, Filipiny, Indonezję. Sprzyjały temu
okoliczności zewnętrzne. We wrześniu 1940 r. Japonia uznała "prawo" Niemiec i
Włoch do tworzenia "nowego ładu" w Europie, ci zaś uznali "prawo" Japonii do
tworzenia nowego "porządku" w "Wielkiej Azji". Japońskie "porządki" polegały
przede wszystkim na uznaniu, że Chińczycy są "podludźmi" i zabierają
Japończykom "przestrzeń życiową". Jako "podludzie" nie mają żadnych praw.
Japończycy zamordowali w czasie tej długiej wojny kilkanaście milionów
Chińczyków. Nikt nie jest w stanie odtworzyć dziś pełnej statystyki tej
zbrodni. Być może była to największa zbrodnia w historii świata - biorąc pod
uwagę liczbę zamordowanych. Wstrząsające relacje w filmie BBC mówią jednak
więcej niż jakiekolwiek statystyki. Żołnierz japoński zabija niemowlę,
rzucając nim o skałę. Małe ciałko spada bezwładnie w przepaść. Zrozpaczona
matka wyrywa się żołnierzom i bez wahania skacze w otchłań za swym dzieckiem.
Kobiety gwałcone, w okrutny sposób kaleczone, zabijane. Mężczyźni upokarzani,
torturowani, kaleczeni i zabijani. Japońscy żołnierze byli nagradzani za
każdy mord jak za akt męstwa i odwagi. Oto fragment archiwalnego, japońskiego
filmu wojennego. Młody Chińczyk z wyrazem bezgranicznego bólu i męczeństwa w
oczach. Używają go za życia jako "makiety" do ćwiczeń z bagnetem. Okrutnie
okaleczony. Szmat ciała żyjący jeszcze, błagający o zbawczą śmierć.
- Nie miał pan poczucia winy? - pytają na filmie japońskiego "weterana",
uczestnika zbrodni. - Nie, wtedy jeszcze nie miałem - odpowiada z
charakterystycznym japońskim, "uprzejmym" uśmiechem, który w tej sytuacji
wywołuje dreszcz grozy.
Przebieg wojny z Chińczykami był dokładnie znany na Zachodzie. Były zdjęcia,
relacje. Żadnej reakcji "wolnego świata". Kiedy Japończycy weszli do
brytyjskiego Hongkongu (1941 r.), na oczach Anglików i innych ludzi Zachodu,
względnie dobrze traktowanych, ścigali dalej chińskich "podludzi" i w okrutny
sposób pastwili się nad nimi. Represyjna akcja amerykańskiego lotnictwa
mogłaby tę wojnę wówczas zakończyć, a przynajmniej zmniejszyć jej skalę -
twierdzą autorzy filmu. Tak się jednak nie stało. Kiedy Japończycy weszli do
Wietnamu, "roztropny" prezydent Roosevelt zdobył się tylko na groźbę...
ograniczenia dostaw ropy naftowej.
Między zbrodniarzami, którzy uczestniczyli w zagładzie Żydów w Europie, a
zbrodniarzami, którzy w okrutny sposób zgładzili kilkanaście milionów
Chińczyków, jest ta zasadnicza różnica, że po wojnie Japończyków nikt nie
ścigał, nie było żadnego chińskiego Wiesenthala. Owszem, aresztowano osoby
odpowiedzialne za wywołanie i prowadzenie wojny, 25 najważniejszych
przestępców wojennych osądził Trybunał Tokijski (1946-1948), skazując 7 z
nich na karę śmierci. Niektórych sądziły trybunały lokalne, lecz przecież
aktywnych uczestników zbrodni było co najmniej kilkadziesiąt tysięcy. Sądy
szybko się skończyły. Zresztą dokumenty związane z wojną Japończycy spalili,
czekając na wojska okupacyjne USA, a w ochranianiu winnych zbrodni przed karą
wykazali szczególną solidarność. Po powstaniu komunistycznych Chin USA szybko
uznały, że tylko Japonia może być ich sojusznikiem na Dalekim Wschodzie. O
chińskim "holokauście" wnet zapomniano. Nie był potrzebny dla celów
propagandowych. Ba, mógł być szkodliwy. A jeśli coś jest "niepotrzebne",
wyrzuca się to do kosza ludzkiej pamięci. Jest to o tyle proste, że w pamięć
trzeba inwestować, przypominać, ożywiać. Samo utrzymanie nowojorskiego Muzeum
Holokaustu Żydów kosztuje rząd amerykański 2 mln dolarów rocznie. Pewnie
planowane muzeum w Polsce będzie nas kosztowało niewiele mniej. "Holokaust"
Chińczyków nikogo dziś nie obchodzi. Nie był "wyjątkowy", "szczególny", nie
potrzebuje pamięci i muzeów ani odszkodowań za zbrodnie.
Nie znamy historii zbrodni świata, nawet tych zbrodni najbliższych naszym
czasom. Jest w tym pewnie jakaś logika. Człowiek pragnie afirmacji życia -
daru Bożego. Nie znajdzie jej w mrocznej historii ludzkiego okrucieństwa i
podeptania praw Bożych. Coś tam wie, ale za dużo wiedzieć nie chce. Tylko to,
co konieczne. Hitler mordował Żydów, ale przecież zaczynał historię swych
zbrodni od ludzi niepełnosprawnych, chorych, także swoich rodaków. To było
według jego ideologii "życie niewarte życia" (lebensunwertes Leben). O tym
wie niewielu. Takimi samymi "podludźmi" jak Żydzi byli dla niego Cyganie.
Gdzie znajduje się muzeum ich "holokaustu"? Takie same plany - częściowo
zrealizowane - miał wobec Polaków, Rosjan i innych Słowian.
Gdzie są muzea "holokaustu" amerykańskich Indian, amerykańskich Murzynów,
pozbawionych kiedyś jakichkolwiek praw, sterylizowanych, pogardzanych przez
państwo i społeczeństwo?
Na przełomie XIX i XX wieku około 10 mln Murzynów - "podludzi" - zginęło na
skutek niewolniczej pracy w nieludzkich warunkach, podczas grabieżczej
eksploatacji przez nienasyconych zysku Europejczyków kauczuku i kości
słoniowej w Kongo. Gdzie o tym uczą?
Liczbę ofiar Czerwonych Khmerów w Kambodży szacuje się na kilka milionów
ludzi. Mały, nieszczęśliwy kraj, kompletnie zrujnowany. Nie ma na świecie
swoich adwokatów ani muzeów popełnionych na nim zbrodni. Cały świat o nich
wiedział, ale nikt się nie kwapił do "misji stabilizacyjnych". Nie było
interesu.
Wprost na naszych oczach, na ekranach telewizorów, tysiące dzieci umiera co
roku w krajach najbiedniejszych z powodu głodu. Kto przechowuje pamięć
ich "holokaustu"? Czy to też jest lebensunwertes Leben?
Żaden naród nie ma prawa nazywać popełnionych na nim niegodziwości i zbrodni
ofiarą - rzekomo za cały świat. Żaden naród nie ma prawa nazywać popełnionych
na nim zbrodni "wyjątkowymi", "szczególnymi" ani kłamać, że w historii świata
nic podobnego wcześniej się nie wydarzyło. Żaden naród nie ma prawa pogardzać
innymi narodami w imię "ofiary", którą złożył. Żaden naród nie ma prawa
usprawiedliwiać własnych niegodziwości popełnionymi na nim zbrodniami, nie ma
prawa szukać usprawiedliwienia w "traumie" ani żadnych innych intelektualnych
oszustwach. Każda zbrodnia popełniona na człowieku bez względu na jego
narodowość jest zbrodnią wobec Boskiego przykazania miłości bliźniego.
Intelektualiści - którzy uczestniczą dla własnych korzyści i dla komfortu
należenia do "stada" ryczącego tym samym, "poprawnym" głosem - popełniają
taką samą niegodziwość jak ci, którzy po wojnie propagowali na Zachodzie
komunizm, maskując w ten sposób skutecznie jego zbrodnie.
Szczepan Surdy
Holokaust - słowo łacińskie, greckiego pochodzenia. W języku religijnym
oznacza ofiarę całopalną składaną Bogu. Termin użyty i rozpowszechniany na
całym świecie w zupełnie innym znaczeniu, począwszy od lat 60. XX w., przez
amerykańskiego pisarza pochodzenia żydowskiego Elie Wiesela. "Holokaustem"
nazwał on zbrodnie popełniane na Żydach przez Niemców podczas II wojny
światowej. Użycie "holokaustu" w tym znaczeniu jest świadomym nadużyciem
języka religijnego, dlatego protestują przeciwko temu nawet teologowie
żydowscy, którzy uważają, że wojenną tragedię Żydów należy nazywać zagładą
lub raczej próbą zagłady narodu. "Holokaust" oznacza bowiem świadomą ofiarę w
imię najwyższych celów, tymczasem Żydzi byli obiektem masowych zbrodni,
zaplanowanych i popełnianych przez Niemców z powodów ideologicznych.