qwardian
02.02.05, 05:52
Z Józefem Stósem, więźniem nr 752 z pierwszego transportu Polaków do KL
Auschwitz, wiceprezesem Chrześcijańskiego Stowarzyszenia Rodzin
Oświęcimskich - rozmawia Bogdan Wasztyl.
- Parlament Europejski nie zgodził się z propozycją polskich
eurodeputowanych, by w rezolucji z okazji 60. rocznicy oswobodzenia KL
Auschwitz była mowa o niemieckich nazistach. Czy Pana to zaskoczyło?
- Nie zaskoczyło, ale oburza i napawa niesmakiem. Takie określenie niczego
nie wyjaśnia, a wręcz przeciwnie - wszystko rozmywa, relatywizuje. Z tym
procesem zetknąłem się po raz pierwszy przed trzydziestu laty, gdy byłem w
Stanach Zjednoczonych. Często czułem się jak przybysz z innego świata, ktoś
nieproszony. Tam mówiło się o Auschwitz tylko w kontekście Holokaustu.
Zapomniano o tym, że oprócz ponad miliona Żydów jest to największy cmentarz
Polaków. Zapomniano o 23 tysiącach Romów, o 20 tysiącach jeńców sowieckich, o
ofiarach innych narodowości. Ja - Polak, harcerz, aresztowany dlatego, że
chciałem walczyć o wolną Polskę, więzień Auschwitz z pierwszego transportu,
zakłócałem tę wizję. Czułem się jak świadek niechciany. Tego odczucia nie
mogę pozbyć się do dziś. Nawet w wolnej Polsce.
- Profesor Władysław Bartoszewski zapowiedział, że wobec takiego stanowiska
Parlamentu Europejskiego on będzie rozpowiadał, że do obozu przywieźli go
Francuzi.
- Czy chodzi nam o prawdę, czy o licytowanie się absurdalnymi kłamstwami?
Zostałem wychowany w szacunku dla prawdy i uważam, że najlepszą odtrutką na
kłamstwo jest prawda. Kolegę Bartoszewskiego może przywieźli Francuzi, mnie
do Auschwitz deportowali Niemcy. Obozy koncentracyjne były w III Rzeszy
instytucjami państwowymi a nie prywatnymi folwarkami niemieckich narodowych
socjalistów. Rozumiem jednak irytację zatrważającą bezradnością wobec tak
bezczelnych kłamstw i prób fałszowania historii. Sami jednak nie jesteśmy bez
winy.
- Co ma Pan na myśli?
- Wciąż tkwimy w grzechu zaniechania, niewiedzy, obojętności, braku szacunku
dla prawdy. Gotowi jesteśmy kupczyć prawdą, by osiągnąć chwilowe korzyści.
Pamiętam, że pięć lat temu w Sztokholmie odbywała się wielka, międzynarodowa
konferencja poświęcona Holokaustowi. Kanclerz Niemiec Gerhard Schröder w swym
długim wystąpieniu o Auschwitz, wymieniając ofiary tego obozu - Żydów,
Cyganów, świadków Jehowy, niepełnosprawnych i homoseksualistów - nie
wspomniał ani słowem o Polakach, którzy stanowili drugą pod względem
liczebności grupę ofiar. Mimo obecności na tej konferencji prezydenta RP,
ministra spraw zagranicznych, przedstawicieli Międzynarodowej Rady
Oświęcimskiej oraz dyrekcji Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau nikt
oficjalnie nie upomniał się o pamięć o Polakach. Pięć lat później, w maju
tego roku, podczas kolejnej konferencji w Berlinie ustępujący prezydent
Niemiec zapomniał uwzględnić Polaków w bilansie ofiar. Nikt - z wyjątkiem
Chrześcijańskiego Stowarzyszenia Rodzin Oświęcimskich - nie protestował.
- Czy te protesty coś dały?
- Nic poza kurtuazyjnymi odpowiedziami. Dlaczego? Bo nie poszły za tym żadne
działania polityczne, bo polskie elity udawały, że nie widzą i nie słyszą.
Dam panu przykład stosunku polskich elit do historii. Po sukcesie
filmu "Lista Schindlera" Steven Spielberg założył fundację, która w ciągu
kilku lat nagrała ponad 44 tysiące filmowych relacji świadków Holokaustu.
Ponieważ uważamy, że od Żydów trzeba się uczyć wielu rzeczy, w tym szacunku
dla własnej historii, postanowiliśmy przenieść ten pomysł na polski grunt.
Wysłaliśmy 560 imiennych listów do posłów i senatorów z prośbą o wsparcie
projektu archiwum, które nagrywałoby i gromadziło relacje polskich byłych
więźniów KL Auschwitz. Wie pan, ilu odpowiedziało? Dwoje. Archiwum nie ma do
dziś. Co możemy przeciwstawić kłamstwom i przemilczeniom?
- W Państwowym Muzeum Auschwitz-Birkenau jest jednak ponad 3,5 tysiąca
relacji byłych więźniów...
- Powinno być dziesięć razy więcej. Przecież muzeum istnieje od ponad pół
wieku i pracuje w nim przeszło 200 osób. W dodatku są to relacje spisane, a
kto je dziś czyta? O wiele bardziej przejmujące i prawdziwe jest świadectwo
utrwalone na taśmie filmowej.
- Pamiętam, że w 2000 roku Sejmik Województwa Małopolskiego wystąpił do
premiera i prezydenta o ustanowienie w Polsce dnia pamięci o polskich
ofiarach hitlerowskich obozów koncentracyjnych oraz dnia pamięci o
Holokauście...
- Chwała małopolskim samorządowcom, że podjęli inicjatywę naszego
stowarzyszenia, ale co dalej? I rząd, i prezydent pozostali w tej sprawie
bezczynni. Od tamtego czasu każdego roku 14 czerwca, w rocznicę deportacji do
KL Auschwitz pierwszego transportu polskich więźniów politycznych, my, byli
więźniowie, ponawiamy apel do prezydenta Kwaśniewskiego. Bezskutecznie. Ani
razu nie otrzymaliśmy odpowiedzi. Tylko Marek Siwiec, były szef Biura
Bezpieczeństwa Narodowego, a obecnie eurodeputowany, próbował tłumaczyć, że w
Polsce nie ma potrzeby ustanawiania dodatkowych dni pamięci. My się z takim
stanowiskiem nie zgadzamy, bo uważamy, że pamięć o polskich ofiarach KL
Auschwitz, ale i pamięć o Holokauście, jest jednym z istotnych elementów
polskiej racji stanu.
- Może właśnie następuje przełom. Prezydent w rozmowie z Polską Agencją
Prasową przypomina, że nie można zapominać o polskim wymiarze KL Auschwitz,
minister spraw zagranicznych zdecydowanie piętnuje zachodnie media, które
piszą o polskich obozach koncentracyjnych...
- Słowa, słowa, słowa... Czekam na czyny. Przed kilkoma laty w polskim
podręczniku do nauki historii pod redakcją profesora Andrzeja Garlickiego w
bilansie ofiar tego największego obozu w ogóle nie wspomniano o Polakach.
Uroczystości upamiętniające deportację pierwszego transportu, a więc początek
funkcjonowania KL Auschwitz, odbywają się bez wsparcia finansowego państwa,
wyłącznie dzięki uporowi byłych więźniów i garstki zapaleńców, a także pomocy
samorządów Oświęcimia, Tarnowa i Małopolski. Nie przypominam sobie
zdecydowanego stanowiska Międzynarodowej Rady Oświęcimskiej w sprawie kłamstw
na temat "polskich obozów koncentracyjnych", doskonale za to pamiętam byłego
ministra edukacji. Człowiek ten nie chciał przyjąć od ChSRO daru dla szkół w
postaci świetnych wspomnień Jurka Bieleckiego "Kto ratuje jedno życie",
opowiadającej historię jego brawurowej ucieczki w przebraniu esesmana i
wyprowadzenia z obozu Żydówki, w której się zakochał.
- Książka ta trafiła jednak do szkół...
- Ale jako lektura uzupełniająca. Dzięki życzliwości wojewodów można ją
znaleźć w bibliotekach szkolnych Małopolski, Mazowsza i Śląska.
- Pan też wydał ostatnio bardzo ciekawe wspomnienia.
- "Moja wojaczka" ukazała się dzięki władzom Brzeska i trafiła do szkół
całego powiatu. To może być wskazówka dla innych samorządów. Jeśli państwo
nie chce kształtować i pielęgnować pamięci zbiorowej Polaków, niech czynią to
samorządy.
- Ma Pan 84 lata i nieustannie podróżuje, udziela wywiadów, spotyka się z
młodzieżą, zamiast pielęgnować ogródek i bawić się z wnukami...
- Muszę, dopóki uważam, że świat zapomniał o nas, o polskich ofiarach KL
Auschwitz. Muszę, dopóki w Polsce nie odwróci się procesu zapominania. Krew
się we mnie burzy, kiedy na Zachodzie coraz częściej pisze się o polskich
obozach koncentracyjnych. To ordynarne kłamstwo, które powinno być
bezwzględnie napiętnowane i ścigane.
- Jak można się temu przeciwstawić?
- Trzeba krzyczeć, a nie milczeć, protestować, prostować, ścigać, edukować.
Trzeba przypominać podstawowe fakty. Konzentrationslager Auschwitz został
założony przez hitlerowców 14 czerwca 1940 roku (tego dnia deportowano z
więzienia w Tarnowie 728 polskich więźniów politycznych) w celu umieszczania
w nim obywateli polskich nastawionych wrogo do III Rzeszy. Przez półtora roku
w obozie znajdowali się zatem wyłącznie Polacy (wśród nich również polscy
Żydzi, którzy byli na przykład żołnierzami polskiej armii). W czasie okupacji