Łapię się na tym, że tęsknię za cenzurą. Za każdym razem, gdy zaglądam na
forum internetowe i uderza we mnie stek wyzwisk i podłość ukrytych za
internetową anonimowością tchórzy
Pod koniec ubiegłego roku były premier Tadeusz Mazowiecki miał w Warszawie
wypadek samochodowy. Jak podało internetowe wydanie "Gazety Wyborczej",
mercedes premiera zderzył się z fordem. Premier wylądował w szpitalu. I
oczywiście, jakiś internetowy palant na forum "Gazety" momentalnie zapytał,
czy mercedes Mazowieckiego też miał "przyciemniane szyby i firanki".
To prawdopodobnie miał być żart. A to, że chamski i na intelektualnym poziomie
froterki? A czegóż mielibyśmy się spodziewać po tchórzu, korzystającym z
ochrony internetowej anonimowości?
W kwietniu 1990 roku zlikwidowano w Polsce Główny Urząd Kontroli Prasy,
Publikacji i Widowisk. Innymi słowy, przestała istnieć cenzura, jedna z
najbardziej podłych instytucji, będących podstawą systemu totalitarnego.
Pamiętam radość, jaką spowodowało to wydarzenie. Radość, ale i powracający co
jakiś czas w ostatnich piętnastu latach strach, że cenzura wróci. Bo takie
sygnały - dość nieśmiałe, ale jednak - ewidentnie się pojawiały.
Tęsknota za cenzurą pojawiła się w wypowiedzaich hierarchów kościelnych. Na
przykład kilka lat temu, gdy ważyły się losy wyświetlania w telewizji filmu
Martina Scorsese "Ostatnie kuszenie Chrystusa". Pojawiła się w bredzeniach
niektórych parlamentarzystów, zastanawiających się, jak cenzurować Internet,
by wyrugować zeń pornografię. Pojawiła się wreszcie na zasadzie ostatniej
brzytwy nadziei, której chwytali się nieomal wszyscy zaciekli przeciwnicy
tygodnika "NIE".
Ale te wszystkie zagrożenia pozostawały tylko zagrożeniami. Pozostawały w
sferze pomysłów i marzeń zaledwie. I bardzo dobrze - myślałem. Ale czy
rzeczywiście "na szczęście"?
Coraz częściej ostatnio łapię się na tym, że zaczynam tęsknić za tą podłą
instytucją z ulicy Mysiej. A tęsknota ta nachodzi mnie praktycznie zawsze,
kiedy odwiedzam coś, co nazywa się internetowym forum czytelników. Takie fora
istnieją już przy niemal każdym elektronicznym wydaniu gazet i tygodników.
Zasada jest prosta - czytelnicy dzielą się ze sobą i redakcją przemyśleniami.
Ale to tylko teoria. Bo prawda wygląda o wiele bardziej ponuro.
Drugą bowiem zasadą tych forów jest pełna anonimowość piszących. Przynajmniej
dla zwyczajnego użytkownika Internetu, bo fachowiec na pewno jest w stanie
wyśledzić nadawcę wiadomości. Ta anonimowość powodu, że owe fora są nie tyle
miejscem wymiany myśli, co raczej publiczną spluwaczką.
Aby wstać i coś publicznie powiedzieć, trzeba pewnej odwagi. Trzeba,
przynajmniej teoretycznie, wziąć odpowiedzialność za wypowiadane poglądy.
Podobnie, gdy swoje myśli formułuje się w druku i podpisuje własnym
nazwiskiem. Bowiem poręczenie swoich poglądów nazwiskiem i twarzą do czegoś
zobowiązuje. Anonimowe forum czytelników nie zobowiązuje do niczego.
Myśli, czy raczej należałoby powiedzieć "myślątka", których żaden w miarę
inteligentny i kulturalny człowiek nie odważyłby się wypowiedzieć publicznie,
tutaj znajdują swoje ujście. Anonimowy autor może powiedzieć wszystko. Może
podzelić się każdą głupotą i podłościa. Można zaryzykować stwierdzenie, że
jest to miejsce działania najzwyklejszych tchórzy.
Zdecydowana większość przemyśleń uczestników internetowych forów przypomina
długo niespłukiwany klozet. Tu aż przelewa się bezmyślność, antysemityzm i
chamstwo. To niespotykany prawie nigdzie indziej popis przerażających
kompleksów i fobii.
Te kompleksy i fobie są w gruncie rzeczy banalne. I jakby dobrze skadś znane.
Kiedyś, w czasach mojej młodości, podobne rewelacje wyczytać można było na
ścianach publicznych szaletów. Na przykład każdy uczestnik życia publicznego,
który nie podoba się ineternetowym gadułom, na pewno zostanie nazwany
złodziejem, aferzystą, masonem, żydem lub - w najlepszym wypadku -
homoseksualistą. I nie ma w tych enucjacjach najmniejszej nawet próby
refleksji. Autorzy tych elukubracji nigdy nie mają wątpliwości. Oni wiedzą.
Wychodzą stare strachy. Znane jeszcze z dwudziestolecia międzywojennego, kiedy
to wszystkiemu winni byli żydzi, masoni i cykliści.
Paranoja internetowych wyznań uważnych czytelników naszej prasy sięga niebios.
Doszło do tego, że gdyby dziś zrobić badania porównawcze języka polskich
uczestników forów z językiem "Volkische Beobachter", okazałoby się, że ta
nazistowska gadzinówka posługiwała się językiem poprawności politycznej.
Oczywiście redakcje dystansują się od tej czytelniczej erupcji myśli.
Najczęściej wygląda to w ten sposób: "wydawca portalu nie ponosi
odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników forum.
Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra
osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną".
Tyle tylko że to pic na wodę. Nie słyszałem o żadnym wypadku wszczęcia
postępowania przeciw autorom najbardziej nawet podłych i teoretycznie
podpadających pod kodeks karny wypowiedzi.
Ponadto redakcje wzywają czytelników do udziału w forach. "Dodaj swoją opinię"
- proponują, choć wiedzą, że w większości nie znajdą w tych opiniach nic prócz
podłości i steku wyzwisk.
Moja odbijająca się czkawką tęsknota za cenzurą jest naiwna. Cenzura nic nie
załatwi. Mogłaby co najwyżej poradzić sobie ze skutkami. Ale nie leczy
przyczyn. Należy chyba zaakceptować to, że przyszło nam żyć w społeczeństwie
pełnym kompleksów. W społeczeństwie, w którym tolerancja jest tylko nic
nieznaczącym słowem. W społeczeństwie tchórzy toczonych nieuleczalną chorobą
chamstwa.
Antoni Pawlak
Newsweek 2/2005 16.01.05
...
takie stara, a takie aktualne