Gość: Damian
IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl
23.06.01, 00:00
Przeczytałem w dzisiejszej GW artykuł o panu
Gorzeliku i jego Związku Ludności Narodowości Śląskiej
i jedna rzecz mnie zastanowiła. Co ten Pan robi
na państwowej uczelni?
Jako adiunkt (w Zakładzie Historii Sztuki Uniwersytetu
Śląskiego) jest przecież PRACOWNIKIEM PAŃSTWOWYM.
Ktoś taki nie może mówić publicznie "...nie czuję się
zobowiązany do lojalności wobec tego państwa".
Albo: "małpa (tzn. państwo polskie, zarówno przedwojenne
PRL, jak i obecne - tutaj nie ma rozróżnienia) dostała zegarek
(tzn. Śląsk) i po latach okazało się że go zepsuła".
Państwa cywilizowane ze szczególną uwagą dobierają
ludzi pracujących na uczelniach. I sporo od nich
wymagają. Ważne są nie tylko kwalifikacje, ale także etyka.
Ta nie pozwala, by szkodzić pracodawcy i go publicznie
dezawuować. Taki "inteligentny i wrażliwy" człowiek,
"znakomity naukowiec", powinien odczuwać choć minimalny dyskomfort.
Niech mi nikt nie mówi, że podobnie było
za Komuny, gdy wielu pracowników uczelni
krytykowało władze państwa.
Ale ci ludzie chcieli państwo polskie poprawić, wzmocnić, a nie
rozbić ("naszym celem jest autonomia Górnego Śląska, potem
przekształcenie Polski w kraj federacyjny...")
Wiadomo że w Polsce, która dopiero (czy jeszcze
możemy używać tego słowa?) od 12 lat jest wolna, na wiele się pozwala.
Aparat państwowy jest słaby.
Ale nie może panować zupełne bezhołowie,
gdzie facet, który reprezentuje
ważną placówkę w tym państwie, jest wychowawcą młodzieży
- przyszłej elity, mówi że to państwo ma za nic.
I za pieniądze tego państwa uprawia w Internecie
propagandę przeciwko jego integralności terytorialnej.
Pracownicy Uniwersytetu Śląskiego nie mają jak widać
zbyt wielu obowiązków, skoro mogą dużo czasu poświęcać
takim sprawom. Tylko pozazdrościć...
A władze UŚ niczym się nie przejmują.
To naprawdę dziwne, że nikt jeszcze na to nie zareagował.
Bracia Kaczyńscy - do dzieła!