wojo!!!!
06.05.03, 07:21
Nie uczcie nas, co mamy robić w Iraku zabojady ,Niemcy i inne karzelki EU !
"Sacre bleu!" - wrzask Jacques'a Chiraca rozlega się w paryskim Pałacu
Elizejskim. A w berlińskim gmachu kanclerskim słychać zgrzytanie zębów
Gerharda Schroedera i jego utyskiwanie "Donnerwetter!"
Zaskoczenie w Paryżu i Berlinie zapowiedzią stworzenia "polskiej strefy" w
Iraku jest kompletne. I wśród tamtejszych polityków narasta poczucie
poniżenia i frustracja. Bo można się spierać, czy wysłanie przez Polskę do
Iraku jednostki bojowej było zasadne, ale póki co płyną z takiej decyzji
same korzyści. A stanięcie w tym konflikcie murem za Ameryką okazało się
sukcesem na międzynarodowej arenie.
Prezydenta Chiraca żółć zalała już przy pierwszych zapowiedziach rozprawy z
Saddamem. Pieklił się, bo Francja wpakowała w irackiego dyktatora miliardy
franków. Przepadły bezpowrotnie wraz ze wspieranym reżimem.
- Zmarnowaliście szansę, by siedzieć cicho. Jeśli zaczyna się wyrażać swoje
stanowisko bez uzgadniania z Unią, do której chce się przystąpić, to nie
jest to postępowanie odpowiedzialne, a jedynie świadczące o złym wychowaniu -
łajał Polaków. Puściły mu nerwy w połowie lutego br. podczas nadzwyczajnego
szczytu w Brukseli. Zacietrzewiony Chirac miał za złe naszym dyplomatom
podpisanie listu popierającego amerykańską politykę.
Z kolei Niemcy, kiedy rozpoczęła się operacja "Iracka Wolność", kpili, że
Polacy pojechali tam po to, by kraść koła od czołgów. Sami nie wysłali do
Iraku nawet połowy feldfebla. Odkąd Niemcy pokochali pokój, najwyraźniej
uznali za wskazane pouczanie bardziej "wojowniczych" sąsiadów.
- Polska, która wysłała do Iraku aż 200 żołnierzy, zachowuje się tak, jakby
była trzecim mocarstwem obok Wielkiej Brytanii i USA - z ironią wytyka
Christoph Bertram, prezes niemieckiej Fundacji Nauki i Polityki.
- Marzenie o roli oklaskiwanego zwycięzcy może prysnąć jak bańka mydlana -
płyną z Berlina ostrzeżenia dla Warszawy. A w ślad za nimi dobre rady:
Polski nie stać na okupację Iraku. Udział 10 tys. żołnierzy musiałby być w
całości opłacony przez Amerykanów. Jednak wtedy Polacy staliby się jedynie
najemnikami USA.
A Francuzi straszą, że skoro Polskę stać na wysłanie paru tysięcy wojsk do
Iraku, to nie może wobec UE stawiać się w "pozycji żebraka" o przyznanie
środków i subsydiów rolnych. Tu Paryż i Berlin są zgodne. "Polska musi
uważać. Nie można tańczyć na wszystkich weselach. Oczekiwanie, że UE uzdrowi
niesprawne rolnictwo, i równoczesne wysługiwanie się USA, taka polityka nie
będzie na dłuższą metę możliwa" - wygrażają nam palcem.
Ich frustracja jest tym większa, że tracą zaufanie swych dawnych przyjaciół
z Ameryki. Zaczynają przypominać ludzi, którzy budzą się z koszmaru. I
krzyczą przez Atlantyk: "USA nie mogą nas ignorować!"
Tych wszystkich połajanek i rad mamy już nad Wisłą dosyć. Zwłaszcza że co
chwila Paryż i Berlin nie tracą okazji, by nie mieszać się w nasze sprawy.
Komentują i pouczają nie pytani o radę. Ale kto to mówi? Czy oba kraje
zanotowały ostatnio jakikolwiek sukces na arenie międzynarodowej? Żadnych. W
kuper dostają nawet ich futboliści. Wszystkie te lęki wydają się mieć jeden
powód. Zazdroszczą nam, że Ameryka widzi w nas partnera. A Niemcy choć
deklarują, że nie widzą powodu do udziału Bundeswehry w międzynarodowych
siłach stabilizacyjnych w Iraku, drepczą z niecierpliwości byśmy ich
poprosili, aby wzmocnili nasz sektor w Iraku.