Dodaj do ulubionych

Robert Kagan "Of Paradise and Power"

24.05.03, 13:44
JAN SKÓRZYŃSKI

Czas już przestać udawać, że Europejczycy i Amerykanie mają wspólny pogląd na
świat, a nawet że żyją w tym samym świecie.


Świat Europejczyków to królestwo Kantowskiego wiecznego pokoju, w którym
obowiązują reguły negocjacji, kooperacji i prawa międzynarodowego. Świat
Amerykanów to Hobbesowska kraina, gdzie rządzą prawa dżungli, a
bezpieczeństwo liberalnego porządku zależy od siły militarnej. Amerykanie
zatem są z Marsa, a Europejczycy z Wenus - już pierwsze zdania najnowszej
książki Roberta Kagana "Of Paradise and Power" dają zarys odpowiedzi na
pytanie o źródła transatlantyckich podziałów, które z taką siłą ujawniły się
w ostatnich miesiącach.

Pierwszą wersję tej odpowiedzi politolog z Waszyngtonu (za prezydentury
RonaldaReagana był czołowym doradcą i autorem przemówień sekretarza stanu
George'a Shultza; obecnie jest pracownikiem naukowym prestiżowego instytutu
Carnegie Endowment for International Peace i jednym z głównych ideologów
amerykańskich neokonserwatystów) przedstawił latem ubiegłego roku,
zapowiadając w pewnym sensie wydarzenia, jakie nastąpiły później. Spory wokół
interwencji w Iraku i konflikt między Francją i Niemcami a Stanami
Zjednoczonymi aż nadto potwierdziły wagę problemu, toteż książka Kagana ma
szanse wyznaczyć tor kolejnej - po debatach wokół tez Francisa Fukuyamy i
Samuela Huntingtona - wielkiej dyskusji o polityce międzynarodowej XXI w.
Będzie to dyskusja o tym, czym jest dzisiaj Zachód, czy może on - jako całość
polityczna i wojskowa - przetrwać koniec zimnej wojny i powiększającą się
dysproporcję między potęgą Ameryki a militarną słabością Europy. Czy zatem
rozdźwięk między amerykańskim a ! europejskim stylem myślenia o sprawach
międzynarodowych, który z taką ostrością wystąpił na tle kwestii irackiej,
jest incydentalny, czy też ujawnia coraz trudniejszą do zasypania przepaść
między starym a nowym kontynentem?

Zamiana ról

Teza Kagana jest jasna: podziałów na tle Iraku nie da się ująć w ramy
doraźnych rozbieżności między polityką George'a W. Busha i Jacques'a Chiraca
ani wytłumaczyć różnicami interesu narodowego. Ameryka i Europa oddalają się
od siebie już od jakiegoś czasu i jest to proces naturalny, wypływający z
zasadniczo różnych punktów widzenia i odmiennych doświadczeń historycznych.
Amerykanie widzą świat, w którym można wyraźnie odróżnić dobro od zła, wrogów
od przyjaciół. W obliczu niebezpieczeństwa wybierają twarde metody działania,
wolą stosować sankcje niż perswazje, raczej kij niż marchewkę. Problemy chcą
rozwiązywać, a groźby - eliminować. Są sceptyczni wobec międzynarodowych
instytucji i międzynarodowego prawa, wolą działać jednostronnie, a przede
wszystkim - skutecznie. Europejczycy preferują "miękkie" metody dyplomacji,
są bardziej odporni na porażki i gotowi dłużej czekać na efekty.

Wielu komentatorów uznaje, że te odmienne polityczne strategie są zakodowane
w różnicach kulturowych między Ameryką a krajami europejskimi. Kagan wskazuje
jednak, że sposoby postępowania, jakie dziś uznajemy za typowo europejskie
czy amerykańskie, mają w gruncie rzeczy niedawny rodowód. Obecne pokojowe
nastawienie Europejczyków mocno kontrastuje ze stuleciami wojen i podbojów,
którym oddawali się aż do połowy ubiegłego wieku. Z kolei Stany Zjednoczone,
tak skore dziś do użycia siły, były na początku swej niepodległości państwem
stawiającym prawo i opinię międzynarodową ponad militarną potęgę. Jeśli dziś
role się zmieniły, to w dużej mierze dlatego, że zmieniła się pozycja
partnerów z obu stron Atlantyku - przekonuje amerykański politolog. O
różnicach strategii decydują różnice potencjału. Gdy Stany Zjednoczone były
słabe, stosowały strategię słabych; teraz, gdy są potężne, zachowują się tak,
jak zawsze w historii zachowywały się mocarstwa. I odwrotnie - gdy państwa
europejsk! ie były silne, wierzyły w moc militarną; dziś patrzą na świat
oczami słabszych.

Brzemię odpowiedzialności

Tłumaczenie Kagana jest więc proste: do siły odwołuje się ten, kto nią
dysponuje. Ale na tym jego argumentacja się nie kończy. Pacyfistyczne i
negocjacyjne nastawienie Europejczyków wywodzi z jedynego w swoim rodzaju
doświadczenia, jakim była budowa Unii Europejskiej. Sukces tego historycznego
procesu, który zniwelował tradycyjną wrogość między głównymi mocarstwami
Europy i praktycznie wyeliminował groźbę wojny między Francją i Niemcami,
zmienił europejski punkt widzenia na sprawy międzynarodowe. Przywódcy Unii
uznali, że ich metoda przezwyciężania antagonizmów i budowania wspólnoty jest
najlepszym towarem eksportowym "made in Europe". Tymczasem jest to model
niepowtarzalny i nie da się na nim budować strategii działania w świecie,
który nie podziela ani tych metod, ani takich wartości.

Wyrzekając się stosowania siły w rozstrzyganiu sporów między sobą,
Europejczycy jednocześnie wycofali się z prób podporządkowania innych
regionów świata i bez protestu oddali przywództwo Zachodu Ameryce. W rękach
Amerykanów pozostawili także militarną odpowiedzialność za obronę kontynentu
przed zagrożeniem sowieckim. W latach zimnej wojny Europa popadła w
strategiczną zależność od USA, co wcale, jak twierdzi Kagan, nie budziło
entuzjazmu w Waszyngtonie, skąd stale wzywano Europejczyków do zwiększenia
udziału w wysiłku obronnym Zachodu.

Po upadku bloku sowieckiego uznano, że teraz wreszcie Europa wzmocni swój
potencjał militarny. Były to płonne oczekiwania. W latach 90. nie dość, że
nie narodziło się europejskie supermocarstwo, to jeszcze poszczególne kraje
Unii zaczęły słabnąć militarnie. Bez udziału Ameryki Europejczycy nie byli
nawet w stanie uśmierzyć konfliktu bałkańskiego, rozgrywającego się na ich
własnym podwórku, a cóż dopiero mówić o skutecznych interwencjach w
odleglejszych regionach świata.

Szeryf i barman

O militarnej słabości zadecydowała nie tylko niechęć europejskich rządów do
ponoszenia związanych z tym wydatków. Towarzyszyło temu przekonanie, że
zwycięski koniec zimnej wojny wraz z eliminacją strategicznego wroga
przyniósł także w jakimś sensie kres geopolityki i zwolnienie od obowiązku
myślenia w tych kategoriach. Nic takiego się nie stało po drugiej stronie
Atlantyku. Administracja zarówno George'a Busha seniora, jak i Billa Clintona
kontynuowały prace strategiczne oparte na założeniu, że Stany Zjednoczone
muszą być zdolne do prowadzenia dwóch wojen naraz. Zniknięcie konkurencyjnego
supermocarstwa przyjęto bowiem w Waszyngtonie nie jako wyeliminowanie
zagrożeń, lecz swobodę i konieczność interweniowania wszędzie tam, gdzie mogą
się narodzić nowe groźby.

Rozpoznanie tych gróźb stało się kolejnym polem rozbieżności. Amerykanie i
Europejczycy coraz bardziej różnią się w kwestii tego, co jest największym
zagrożeniem dla bezpieczeństwa międzynarodowego. Jeśli jedni mówią o tzw.
państwach bandyckich i o "osi zła" tworzonej przez Irak, Iran i Koreę
Północną, to drudzy wskazują na zbankrutowane kraje Trzeciego Świata jako
najpoważniejsze niebezpieczeństwo dla globalnego ładu. Jeśli jedni za
największą groźbę uznają terroryzm, proliferację broni masowego rażenia i
nieobliczalnych dyktatorów w rodzaju Saddama Husajna czy Kim Dzong Ila, to
drudzy mówią o konfliktach etnicznych, o walce z biedą i niedorozwojem, o
ochronie środowiska.

Europejczycy wolą dostrzegać wyzwania, jakim mogą stawić czoło za pomocą
sobie właściwych instrumentów dyplomacji i pomocy finansowej. Nie dysponując
odpowiednią siłą wojskową, by interweniować przeciwko groźbom natury
militarnej, mieszkańcy Starego Kontynentu lekceważą je - wiedzą zresztą, że i
tak zajmą się tym Amerykanie.

Stereotyp amerykańskiego szeryfa zaprowadzającego porządek w miasteczku ma
swoje źródła w rzeczywistości - twierdzi Kagan. Jeśli jednak trzymać się tej
westernowej analogii, to Europejczycy z kolei przypominają właściciela
saloonu, który ma pretensje do uga
Obserwuj wątek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka