hasz0 20.07.07, 08:13 Rycho7 do Danusi: "Wszechobecnego mozesz miec nawet na klawiaturze w klawiszu Amen (Enter). Odpowiedz Link Zgłoś Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
rycho7 Re: ________________________Wszechobe cnego mozes 20.07.07, 08:24 hasz0 napisał: > Rycho7 do Danusi: > > "Wszechobecnego mozesz miec nawet na klawiaturze w klawiszu Amen (Enter). Jak masz cos do do powiedzenia to napisz. Boisz sie? Ja nie ewangelizowalem przy pomocy stosow i Torquemady. To nie moje tradycje. Uwazasz, ze Wszechobecny nie moze byc wszedzie? Nie proponowalem poszukiwan w latrynie bo Ty jako super obrazalski zaraz bys slowotoczyl o obrazie "uczuc religijnych". Tylko mnie Twoj bozek nie dal laski pojmowania Wszechobecnosci. Odpowiedz Link Zgłoś
hasz0 _____________Pycha i zaślepienie_-> 20.07.07, 08:43 Pycha ludzka nie zna żadnych granic, bowiem na kilu „Titanica” wymalowano bluźnierczy i prowokujący Bożą sprawiedliwość napis: „Ni Dieu, ni maitre”. Napis złowieszczo głosił, że dla tego statku nie potrzeba „Ani Boga, ani Pana”, gdyż był zbudowany z tak wspaniałej angielskiej stali, że żadna siła na świecie nie zdoła go pokonać i Bóg go nie zwycięży. Nazwa statku nawiązywała do tytanów, których w starożytności zaliczono do bogów olimpijskich. Hezjod w „Teogonii” opisuje walkę, znaną jako tytanomachia, po której tytani zostali strąceni do piekieł. W pierwszym swoim rejsie z Southampton do Nowego Jorku „Titanic” uderzył w górę lodową, która się pojawiła niespodziewanie w miejscu, gdzie się jej nikt nie spodziewał. Statek zaczął tonąć, część pasażerów zdołano ewakuować na szalupy ratunkowe, lecz wkrótce okazało się, że było ich stanowczo za mało, tak że duża część pasażerów skazana była na zatonięcie wraz ze statkiem. Załoga była nie przeszkolona, gdyż zaniechano próbnych ćwiczeń. Uratowało się tylko 711 osób. Prasa angielska ogłosiła, że katastrofa była rezultatem haniebnej lekkomyślności, ryzykanctwa i braku poczucia odpowiedzialności. W 1928 r. w jednym z portów francuskich wyłowiono tajemniczą i hermetycznie zamkniętą butelkę. Po jej otwarciu, według dokumentu w niej umieszczonego okazało się, że wyrzucił ją w morze jeden z pasażerów „Titanica”. Z tego autentycznego dokumentu, jaki dotarł z „Titanica” po tylu latach do opinii publicznej, wiadomo obecnie dokładnie jakie dramatyczne sceny rozgrywały się na tonącym statku. Dziwne, że w filmach, które zostały nakręcone, tych scen nie ukazano. Na pokładzie zanurzającego się w głębiny oceanu, tego niezatapialnego olbrzyma, rozgrywały się dantejskie sceny. Ludzie po prostu wariowali ze zgrozy i śmiertelnego strachu. Wielu nie wytrzymując psychozy strachu strzelało sobie z pistoletów w głowę lub serce, inni skakali wprost w odmęty morskie, by nie czekać zatonięcia, byle zginąć jak najprędzej. Na statku było wielu milionerów, ale znajdowali się również międzynarodowi gangsterzy. W chwili katastrofy gangsterzy ci, jak opętani, biegali z workami po opuszczonych kabinach i wygarniali z szaf i biurek złoto, biżuterię, klejnoty, zegarki, portfele pełne pieniędzy, papiery wartościowe, futra oraz wszystko co przedstawiało jakąś wartość. Uginając się pod ciężarem zrabowanego bogactwa tonęli, jak inni. Jednak byli również na pokładzie ludzie, którzy w chwili śmiertelnego strachu i zgrozy zachowali się do końca w sposób godny. Wierzący skupili się wokół dwóch księży, Polaka i Anglika, i wyznawali przed nimi swoje grzechy. Klęczeli na pokładzie i odmawiali modlitwy. Z modlitwą zanoszoną do Boga zstępowali wraz z „Titaniciem” w wodną otchłań oceanu. Świat to statek w miniaturze. Bo Ziemia w rzeczywistości podobna jest do płynącego statku, a my jesteśmy pasażerami. Piotr Skarga w swoich sejmowych kazaniach porównywał upadającą Rzeczypospolitą do tonącego statku, natomiast szlachtę i magnaterię do majtków, którzy zamiast ratować statek, myśleli tylko o własnym dobytku. Na statku są klasy odpowiednio do zamożności pasażerów. W pierwszej znajdują się najbogatsi, w drugiej średnio zamożni, a w trzeciej najbiedniejsi. Taki podział jest również na świecie. Tak jak na statku zdarzają się bunty, w wyniku których buntownicy dążą do przejęcia sterów i władzy, tak samo są buntownicy na świecie, czyli masoneria, która dąży do narzucenia nowego porządku świata i panowania nad ludźmi. Współczesny świat to arogancja i pycha polityków, bezwład i chaos, szechświatowa nadprodukcja i głód, wysokie bezrobocie i siedliska ludzkiej nędzy, narkomania i samobójstwa, aborcja i eutanazja, homoseksualizm i pedofilia. Państwa Europy Zachodniej, USA, Chiny, Rosja są uzbrojone od stóp do głów w najnowocześniejszą broń, a dziesiątki państw nie są w stanie poradzić sobie z wysokim zadłużeniem, kryzysem gospodarczym i z biedą. W latach dziewięćdziesiątych Światowa Organizacja Zdrowia oszacowała, że 1,2 mld ludzi na świecie cierpiało wskutek chronicznego niedożywienia, a każdego roku od 40 do 60 mln ludzi umierało z głodu i związanych z nim chorób. W tym samym czasie w zamożnych państwach Zachodu miliony ludzi cierpi z powodu chorób związanych z nadwagą. Wysokie bezrobocie, ale również masowa migracja ludności ze wsi do miast doprowadziła do powstania na obrzeżach wielkich miast dzielnic nędzy. Naukowcy twierdzą, że gdyby żywność była rozprowadzana równomiernie, to wystarczyłoby jej dla wszystkich mieszkańców świata. Problemem wielu państw jest ogromne zadłużenie, którego obsługa pochłania znaczną część dochodów budżetowych. W 1991 r. długi państw Ameryki Łacińskiej osiągnęły wartość 430 miliardów dolarów. Obecnie wynoszą ponad 500 miliardów dolarów. Wysokie zobowiązania wobec Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego ograniczają środki, jakie państwo mogłoby inwestować w rozwój gospodarki, oświaty i służby zdrowia. Tak również jest w Polsce. W latach trzydziestych w Anglii na jednym z zebrań Britisch Association powołano zespół składający się z przedstawicieli różnych działów nauki. Zespół ten opracował plany, które miały urzeczywistnić Nową Erę. Przewodniczącym espołu został sir Frank Smith, sekretarz Towarzystwa Królewskiego. Powstał nawet ruch Nowej Ery. Uczeni ci doszli do wniosku, że finanse i przemysł eksploatują odkrycia naukowe przy niedostatecznej kontroli praw ekonomicznych. Winą obarczono przemysłowców, ekonomistów, bankowców, polityków i handlowców. Postanowiono, wykorzystując odkrycia naukowe, wywołać wojnę eliminacji, która pochłonie trzecią część ludności świata, a zarazem usunie wszystkich przeciwników „postępu”. Zaplanowano, by na przeludnione obszary świata, a w szczególności na Daleki Wschód, zrzucić bombę bakteriologiczną z zarazą, która łączyć będzie w sobie tyfus, cholerę, dżumę i ospę. Ich oczom ukazały się w całej rozciągłości spustoszenia dokonane przez wynalazki naukowe, cierpiąca najokropniejsze męki ludzkość, cywilizacja obalona przez szaleńcze zastosowanie odkryć naukowych. W tamtych latach była to wizja przyszłości, która współcześnie staje się rzeczywistością. Szaleńcy ci, kiedy doprowadzili świat do katastrofalnej sytuacji, załadowali się na statek, lecz zamiast zwierząt Noego, zabrali do swojej arki plany, wykresy i formuły, według których mieli zbudować nową cywilizację. Wylądowali na Antarktydzie, gdyż według ich teorii, zaginiona Atlantyda znajdować się ma głęboko pod zamarzniętym antarktycznym lądem. Czekając na powrót, układali plany urzeczywistnienia Nowej Ery. O ile ktoś nie daje temu wiary, to trzeba jeszcze dodać, że siedemdziesiąt lat temu uczeni ci projektując „państwo doskonałe” wyposażyli je we wszelakie dostatki, a mianowicie w służbę zdrowia, pożywienie, odzież, energię, środki transportu i łączności, w samoloty przekraczające barierę dźwięku, broń atomową, szklane domy i mieszkania, hipermarkiety, rozrywki oraz w racjonalny podział olbrzymiej ilości wolnego czasu, jako szczodry dar nauki. Z dziedziny medycyny, uczeni ci zakładali przedłużenie życia i unicestwienie chorób, oraz stworzenie człowieka z probówki. Dzisiaj wiemy, że zapłodnienie in vitro jest faktem. Dzieci urodzone przy użyciu tej techniki często są nazywane „dziećmi z probówki”. W prognozach XXI wieku w książce „Wojny” Francois Heisbourg przewiduje, że Daleki Wschód w 2014 r. będzie do złudzenia przypominał Europę z 1914 r. lub Bałkany pod koniec XX wieku. Francois Heisbourg jest głównym strategiem wielkiej europejskiej firmy, która zajmuje się sprawami obrony i przestrzeni kosmicznej W latach 1981-84 był doradcą do spraw bezpieczeństwa wewnętrznego w Ministerstwie Obrony F Odpowiedz Link Zgłoś
hasz0 _____tera Rychu malutki przerywnik.... 20.07.07, 08:44 Aby zrozumieć naturę grzechów głównych, a zwłaszcza pierwszego i podstawowego z nich - grzechu pychy — trzeba się cofnąć do początku i modelu wszystkich grzechów, jakim jest grzech pierworodny opisany w trzecim rozdziale Księgi Rodzaju. Z braku miejsca nie możemy wdać się tu w jego dokładną analizę, stąd też skupimy się tylko na samej jego istocie. Polega ona na tym, że człowiek dał się oszukać szatanowi i to w najczulszym punkcie dotyczącym natury Boga. Szatan przekonał człowieka, że Bóg nie jest miłością, że jest zagrożeniem, rywalem człowieka oraz do tego, że jeśli człowiek zerwie układ z Bogiem i stanie na własnych nogach, sam będzie jak Bóg, sam będzie decydował o tym, co jest dobre, a co złe. Za grzechem pierworodnym stoi pierworodne kłamstwo tego, który kłamcą był od początku. Ponieważ kłamstwo to, w które człowiek uwierzył, dotyczy miłości, a miłość Boga dostępna jest jedynie przez wiarę, człowiek zamknął sobie drogę do miłości Boga, co więcej, zamknął w swym sercu drogę do Boga jako miłości. Człowiek zaś stworzony z miłości i dla miłości, nie może bez niej żyć. Życie człowieka bez miłości staje się absurdem. Słowo Boże nazywa taki stan człowieka bez ogródek - „śmiercią”. Tak żyć po prostu nie można, człowiek musi być kochany. Dlatego po odcięciu się od bezwarunkowej miłości Boga człowiek stwierdza z przerażeniem, że może być niekochany, że może być niegodny miłości. Traci grunt pod nogami, zaczyna czuć się zagrożony i to w tym, co dla niego najważniejsze. Jest to pierwsza reakcja człowieka po grzechu. Pismo Święte mówi: „poznali, że są nadzy”. Rodzi się wstyd, który w gruncie rzeczy jest lękiem o własną godność, ostatecznie o godność bycia kochanym. Poprzez ten specyficzny lęk człowiek mówi: „Nie mogą mnie pozbawić mojej godności, mojego honoru, poczucia, że jestem kimś, nie mogą mnie sprowadzić do rangi zwierzęcia”. W pewnym sensie spełnia się tu kłamliwa obietnica szatana: poprzez lęk o siebie i o swoją godność człowiek staje w centrum swojego świata, on sam dla siebie staje się najwyższą, ale jednocześnie zagrożoną wartością. Zyskuje pewne atrybuty boskości, ale nie czynią go one Bogiem, lecz bożkiem dla samego siebie. Tekst święty mówi dalej, że „zrobili sobie wtedy przepaski”. Tu rodzi się pycha jako pewna strategia ukrywania tego, o co się w nas boimy, i zdobywania ludzkiej miłości. Jej podstawą jest więc lęk o własną godność niegwarantowaną już przez bezwarunkową miłość Boga i postawienie w centrum swego świata własnego zalęknionego i obolałego ja. Odpowiedz Link Zgłoś
hasz0 _________i z refleksją czytaj dalej -> 20.07.07, 08:54 Obrony Francji, a następnie w latach 1987-92 był dyrektorem Międzynarodowego Instytutu Badań strategicznych w Londynie. Indie zamieszkiwane przez 1,1 miliarda ludzi, w przeciwieństwie do Chin, stanowią zbieraninę różnych grup i kast etnicznych, językowych i religijnych. Indie są państwem wielonarodowym, zróżnicowanym pod względem etnicznym, religijnym i kulturowym. W latach dziewięćdziesiątych, religijne i etniczne animozje, zwłaszcza między hinduistami i sikhami oraz między hinduistami i muzułmanami, doprowadzały wielokrotnie do krwawych walk. Indie posiadają broń nuklearną. Przewiduje się rozpad Indii poprzez straszną wojnę. Karnataki, Maharasztra i Bengal będą dążyć do niepodległości. Etnicznej kruchości Indii towarzyszy geograficzne i polityczne rozproszenie terytorialne nie połączonych, lecz indywidualnych silnych secesjonistów, co ma doprowadzić szczególnie do gwałtownego konfliktu. Silny gospodarczo Pendżab podzieli trójstronna wojna domowa między eparatystami sikhijskimi, siłami rządu centralnego i lokalnymi władzami hinduskimi. Maharasztra, jeden ze stanów secesjonistycznych, ma użyć przeciwko siłom federalnym broń bakteriologiczną. W odwecie siły federalne użyją pociski balistyczne Prithwi, które zostaną wyposażone w głowice nuklearne. Zostaną zniszczone wielkie miasta i zginie miliony ludzi. Świat będzie się trzymał z dala od tej masakry. Jednak gospodarkę światową ogarnie dewastujący kryzys społeczny i ekonomiczny. Więc wszystko będzie się odbywać tak, jak zaplanowali w latach trzydziestych uczeni z Britisch Associaton. Celem masonerii są Stany Zjednoczone Świata. Podział Jugosławii jest faktem. Nowy porządek świata opiera się na platońskiej filozofii i jego idei „państwa doskonałego”, Atlantydy. Jest on bluźnierczy i prowokujący sprawiedliwość Bożą. Tak jak budowniczowie „Titanica”, tak i masoni budują nowy porządek świata, którego żadna siła nie zdoła zniszczyć. W tym nowym porządku nie ma miejsca dla Boga i Praw Bożych. Kościół Katolicki ma być sprowadzony do roli sekty. Atlantyda Platona kończy się wielkim kataklizmem, gdyż „tym, którzy nie potrafią dojrzeć życia naprawdę szczęśliwego, wydawało się właśnie wtedy, że są osobliwie piękni i szczęśliwi, kiedy napełniała ich chciwość niesprawiedliwa i potęga”. Dlatego „później przyszły straszne trzęsienia ziemi i potopy, i nadszedł jeden dzień i jedna noc okropna, a wyspa Atlantyda zanurzyła się pod powierzchnią morza i zniknęła”. ONZ Wielu sądzi, że to ONZ jest czymś w rodzaju rządu światowego. Tymczasem jest to zasłona dymna do ustanowienia przez masonów nowego porządku świata i rządu światowego. Przejęła ona funkcje Ligi Narodów, która została założona w 1919 r. z inspiracji masonerii. Czy Liga Narodów spełniła swą rolę? Powstała zaraz po pierwszej wojnie światowej, która według państw członkowskich „miała zakończyć wszystkie wojny”, by nie powtórzyła się rzeź z pierwszej wojny. Nie zdołała ona jednak zapobiec agresji i utrzymać pokoju światowego. Choć powstała ona z inicjatywy prezydenta USA, Woodrowa Wilsona, to Kongres sprzeciwiał się jego polityce, i nie ratyfikował Statutu Ligi Narodów. Wiemy też, że polityka Anglii i Francji, członków Ligi, szła na ustępstwa Hitlerowi, co wzmocniło jego politykę ekspansji, i w rezultacie doprowadziło do wybuchu drugiej wojny światowej. Radzie Ligi Narodów przewodniczył mason Leon Bourgeois. Jego nazwisko jest wymienione w „Protokółach Mędrców Sjonu”. W wykładzie XVI w punkcie 8 mówi się o nim w sposób następujący: „Jeden z najlepszych agentów naszych we Francji, mianowicie Borgeois, ogłosił już nowy program wychowania poglądowego”. Bourgeois Leon /1851 - 1925/ był politykiem francuskim, który szybko zrobił karierę polityczną. Piastował liczne państwowe stanowiska: od 1888 r. był deputowanym, od 1890 r. był ministrem spraw wewnętrznych, następnie oświaty i później sprawiedliwości. W 1902 został prezydentem Izby, w latach 1895-96 kierownikiem radykalnego gabinetu, w 1906 r. został ministrem spraw zagranicznych. W 1920 r. otrzymał pokojową nagrodę Nobla. Był członkiem tajnej masońskiej loży Hermetyczny Zakon Złotego Brzasku. Już 14 sierpnia 1941 r. Winston Churchill i Franklin Delano Roosevelt spotkali się na pokładzie okrętu wojennego „Prince of Wales”, by wydać wspólnie tzw. Kartę Atlantycką, która zawierała postanowienia o utworzeniu koalicji antyhitlerowskiej oraz międzynarodowej organizacji świata. USA choć jeszcze formalnie w wojnie nie uczestniczące, to prowadziły politykę dość ścisłej współpracy z Anglią. Podstawę takiej współpracy stanowiła uchwalona w marcu 1941 r. ustawa „Lend - Lease - Act”. Karta Atlantycka przewidywała zachowanie przez akceptujące ją państwa zasady wolnego wyboru formy rządu, równości państw w dziedzinie międzynarodowego handlu, oraz że żadne państwo nie będzie mogło dokonywać zaboru ziem innego państwa. Nazwa „Narody Zjednoczone”, której inicjatorem był Roosevelt, została użyta po raz pierwszy w Deklaracji Narodów Zjednoczonych 1 stycznia 1942 r. Tego dnia w Waszyngtonie przedstawiciele 26 państw świata, w tym i Polski, podpisali Deklarację Narodów Zjednoczonych. Uczestnicy tego spotkania składając podpis pod tekstem Deklaracji, wyrazili poparcie dla „celów i zasad” zawartych w Karcie Atlantyckiej. Jednocześnie zadeklarowali w imieniu swych narodów wolę dalszej walki, oświadczając, że „całkowite zwycięstwo nad ich wrogami niezbędne jest dla obrony życia, wolności, niepodległości i wolności religii oraz dla zachowania praw człowieka i sprawiedliwości zarówno we własnych, jak i innych krajach”. Praktyka pokazała, że ideały Karty Atlantyckiej i Deklaracji Narodów Zjednoczonych pozostawały często w sprzeczności z działalnością niektórych państw, które podpisały Deklarację, głównie ZSRR. USA i Anglia szły na daleko posunięte ustępstwa względem ZSRR. W dniach 24 - 30 marca 1942 r. premier RP Władysław Sikorski przebywał z oficjalną wizytą w Waszyngtonie. Podczas rozmów z Rooseveltem powiedział, że uznanie zachodniej granicy ZSRR uczyni z Polski łatwą zdobycz dla tego państwa. Dodał, że pomoc dla ZSRR nie powinna oznaczać zgody na jego terytorialną ekspansję, tym bardziej, że jest ona sprzeczna z Deklaracją Narodów Zjednoczonych. 26 kwietnia tego samego roku rząd angielski uznał zachodnie granice ZSRR na obszarze dawnych państw bałtyckich i Rumunii. Przeciw takiemu stanowisku Anglików zaprotestował Sikorski, który odebrał to, jako przyzwolenie na uznanie wszystkich radzieckich aneksji w Europie Wschodniej. Następnym etapem było zwołanie w dniu 30 października 1943 r. spotkania ministrów spraw zagranicznych Chin, USA, Anglii i ZSRR, na którym przyjęto Deklarację Moskiewską. W jej artykule 4 zapisano, że w najbliższym terminie powołana zostanie „ogólna organizacja międzynarodowa oparta na zasadzie suwerennej równości wszystkich państw miłujących pokój”. Na konferencji odbytej na przełomie sierpnia i września 1944 r. w Dumbarton Oaks, Anglia, USA, Chiny i ZSRR uzgodniły wstępny projekt organizacji świata. Na konferencji w Jałcie w lutym 1945 r. przywódcy mocarstw Winston Churchill, Roosevelt i Stalin dyskutowali nad zasadami, na których miała się oprzeć ONZ, oraz ustalili czas i miejsce konferencji założycielskiej tej organizacji. Trójka ta dokonała w Jałcie bandyckiego podziału świata, i jednocześnie stworzyła ona zasłonę dymną dla dalszych masońskich haniebnych celów. Prezes Rady Ministrów Rzeczypospolitej Polskiej na Emigracji, Arciszewski w przeddzień konferencji w Jałcie mówił: „Chodzi o to, że w rzeczywistości nie ma już szczerych stosunków międzynarodowych. Są tylko przejawy siły. Jeśli pokój w Europie ma być trwały, musi być oparty na zasadach Odpowiedz Link Zgłoś
hasz0 Next _________i z refleksją czytaj dalej -> 20.07.07, 09:18 sprawiedliwości, poszanowania prawa, dobrym sąsiedztwie między państwami w stosunkach międzynarodowych”. W telegramie wysłanym do Roosevelta błagał: „Chcę wierzyć, że istotne wolności będą zagwarantowane mojemu narodowi”. Churchill i Rosevelt bez żadnych skrupułów oddali Polskę we władanie Stalinowi. W kwietniu 1945 r. rozpoczęła się w San Francisco konferencja, w czasie której tworzono ogólny zarys Karty Narodów Zjednoczonych, a 24 października tego roku powołano ONZ. Do jej celów zapisanych w Karcie należały zakończenie wojny, utrzymanie pokoju i praca na rzecz przestrzegania praw człowieka, tolerancji oraz postępu społecznego i gospodarczego. Kartę podpisało 50 państw, wśród nich Polska. Wymieniono w niej sześć głównych organów ONZ. Do najważniejszych należy Rada Bezpieczeństwa, która składa się z 5 stałych członków, oraz 10 niestałych wybieranych na dwa lata. Do stałych członków należą: USA, Anglia, Chiny, Francja i Rosja. Na czele ONZ stoi Sekretariat z Sekretarzem Generalnym. Obecnie do tej organizacji należą 184 państwa. ONZ wypowiada się w formie rezolucji. ONZ miała w założeniu służyć utrzymaniu pokoju w świecie, lecz zakres jej władzy jest w praktyce ograniczony. Od 1945 r. nie było wojny o zasięgu światowym, jednak na całym świecie wybuchały wojny o zasięgu lokalnym. Owszem, ONZ pełniła rolę negocjatora w wielu takich konfliktach, lecz zazwyczaj nie była w stanie ich rozwiązać lub im zapobiec. Więc nie wypełniała ona swego zadania. USA i ZSRR realizowały swoje światowe cele nie licząc się z Kartą ONZ. John E. Rankin, kongresmen Stanów Zjednoczonych Ameryki stwierdził, że „ONZ jest największym oszustwem w historii świata”. Organizacja ta ma flagę w błękitnym kolorze. Jest na niej przedstawiona Ziemia, którą oplatają pięć koncentrycznie ułożonych na siebie kół o coraz mniejszej średnicy, czyli świat koncentrycznych kręgów / „Tarcza Achillesa”, Zeszyt Narodowy nr 5/. W czasie wojny w Zatoce Perskiej w 1991 r. George Busch, prezydent USA, często mówił o „nowym porządku światowym”. Wielu sądziło, że to ONZ jest czymś w rodzaju światowego rządu, lecz ONZ jest zasłoną dymną dla działań tajnego światowego rządu, który nazywa się „Klub 300”, oraz jego pomocniczych organizacji takich jak Rada Stosunków Międzynarodowych USA, Królewski Instytut Spraw Zagranicznych, Klub Bildenberg, Klub Rzymski i wiele innych tajnych organizacji /Zeszyt Narodowy nr 2/. Rada Stosunków Międzynarodowych /The Council on Foreign Relations, w skrócie CFR/ została założona w USA przez illuminatów w 1921 r. Poważnej pomocy finansowej udzielił Radzie David Rockefeller, który był jej przewodniczącym. Człowiek ten w 1945 r. kiedy powstała Grupa de Bildenberg, również udzielił tej organizacji poważnej pomocy finansowej, a w 1973 r. utworzył Komisję Trójstronną, która jest międzynarodowa. Jej celem jest międzynarodowe połączenie interesów handlowych i bankowych przez przejęcie kontroli nad państwami. Rada Stosunków Międzynarodowych jest filią Królewskiego Instytutu Spraw Zagranicznych. Główna siedziba Rady w USA znajduje się w Nowym Jorku, w budynku Rockefellerów. Członkami Rady są bankierzy z Wall Street, ekonomiści, politycy, dziennikarze oraz kolejni prezydenci USA i ich doradcy. Jej celem było utworzenie jednego światowego rządu przez likwidację państw narodowych. „Demokracja jest najgorszym z możliwych ustrojów bowiem są to rządy hien nad osłami.” Arystoteles W lipcu 1782 roku w Wilhelmsbaden, niedaleko od Frankfurtu nad Menem, odbył się Kongres Wszechmasoński, który już wtedy był opanowany od środka przez Iluminatów Weishaupta. Podczas tego spotkania nastąpiła unifikacja kilku odłamów masońskich, wśród których wiodącą rolę pełnili Martyniści, Iluminaci francuscy. Kongres poprzedził okres intensywnych negocjacji pomiędzy Weishauptem a czołowymi masonami Europy, zakończony osiągniętym porozumieniem 20 grudnia 1781 roku. O czym mówiono podczas tego sabatu „wtajemniczonych” świat nie wie, zapewne jest to tajemnicą kilku, niesłychanie pilnie strzeżoną. Co natomiast wiadomo, to tylko strzępy informacji, zawarte miedzy innymi w biografii hrabiego de Virieu, uczestnika spotkania: Przywiozłem z powrotem tragiczne tajemnice. Nie zdradzę ich wam. Spisek, jaki się układa, jest tak dobrze pomyślany, że będzie niemożliwością dla monarchii i kościoła mu umknąć.” Od tego też czasu, jak zapewnia nas autor biografii hrabiego, wypowiadał się on o masonerii z nieskrywaną grozą. Co jeszcze wiadomo na pewno na temat Illuminatich sięga początkami raportu władz bawarskich, które poleciły przeprowadzenie rewizji w domu Von Zwacka 11 października 1785 roku, a więc cztery lata po kongresie. Otóż ze znalezionych dokumentów wynikało niezbicie iż zaplanowano: „światową rewolucję, która zada śmiertelny cios ludzkości (...) która spełni się jako rezultat pracy tajnych stowarzyszeń, co jest i będzie naszą najgłębszą tajemnicą.” A zatem, cóż to za okropny spisek układał się w Wilhemsbaden. O czym mógł radzić szatański miot, czego jeszcze ludzkość nie doświadczyła? Ano, jak myślę, Adam Weishaupt wyłożył na kongresie zebranym masonom podstawowe zasady demokracji jako systemu, przy pomocy którego dostaną kiedyś w swe szpony padół ziemski. Kiedy mowa o demokracji, zdumiewające, jak tzw. szeroki ogół społeczny odnosi się do tego wątku a właściwie z jaką zaciekłością zwalcza jakikolwiek próby dyskusji na ten temat. Dowodzi to, jak sądzę, jednego a mianowicie, że nowczesna propaganda jest w stanie wymazać znaczne obszary szarej materii w mózgu przeciętnego Sylwka i Tereski Pudło, zakładając oczywiście, że ta materia w ogóle istniała, że było z czego wymazywać. I tak, zamach na dzisiejszą demokrację kojarzy się głównie z napadem na wolność, na zdobycze socjalne, na historię ludzkości, podczas której miliony oddały życie właśnie w imieniu demokracji. Wszak to w obronie demokracji cały świat jednoczył się do wojny z nazizmem niemieckim, ponosząc przy tym horrendalne straty. Tyle tylko, że jak powiedział to bardzo ładnie J. C. Guillebaud, „Holocaustu dopuścił się nazizm zrodzony, przy całym swym barbarzyństwie, w ramach nowoczesnej demokracji. I stąd pytanie o demokrację”. Ano owszem, warto zastanowić się nad tym dziwnym systemem politycznym, i to pomimo a być może właśnie dlatego, że jest on tak bardzo zażarcie broniony przez wszystkie rządy tzw. równości społecznej. Ja osobiście sądzę, że kiedy Adam Weishaupt zastanawiał się, jak można by było najefektywniej zniszczyć naszą łacińską cywilizację, musiał od razu założyć, że nie da się tego przeprowadzić w systemie autentycznie monarchistycznym. Innymi słowy, zdawał sobie sprawę z tego iż dużo łatwiej jest oszukać mało wykształcone setki milionów niż kilka tysięcy światłej arystokracji. Po drugie, musiał wiedzieć, że bez destrukcji kościoła, jako strażnika wartości moralnych i etycznych, też mu się nie powiedzie. Stąd, jak sądzę, sięgnął do czasów antycznych i reanimował system demokratyczny, o którym to profesor KUL, filozof i polonista, Henryk Kiereś mówi iż: ...jest to taki ustrój gdzie rządzi większość, która jest manipulowana, której stwarza się miraż, że to ona wybiera, a w gruncie rzeczy ów wybór jest kierowany przez wąska grupę manipulatorów.” Jeśli zaś chodzi o kościół katolicki to ataki nań nie ustają aż do dzisiaj a sama destrukcja prowadzona jest dwoma torami. Z jednej strony zmasowana ofensywa medialna a z drugiej rozsadzanie podstaw od wewnątrz. I tak, gdyby opierać się na informacjach prasowych, większość pedofilów ukrywa się dziś w sutannach. Mało tego, księża są usuwani z kościelnych stanowisk na podstawie domniemanej wiedzy o nieprawidłowościach czy też wręcz totalnie sfabrykowanych „dowodów winy”, w dodatk Odpowiedz Link Zgłoś
hasz0 & Next _________i z refleksją czytaj dalej - 20.07.07, 09:27 w dodatku szytych aż nadto grubymi nićmi. Ale, trzeba zaraz dodać, księża czy też inni hierarchowie niewygodni władcom dzisiejszego świata. Przecież ich miejsca potrzebne są fałszywym kapłanom, którzy potrafią tak skutecznie chronić się za parawanem społecznej adoracji sutanny. Jednym z nich jest być może niejaki William Swing, biskup z USA. W czerwcu 1996 roku zaproponował on utworzenie tzw. „Zjednoczonej Religii”, która ma stać się duchowym partnerem Organizacji Narodów Zjednoczonych. I wszyscy ci, którzy uważają, że droga do Boga prowadzi przez Jezusa Chrystusa, nie są zapraszani do organizacji jako chrześcijańscy fundamentaliści, nie tolerancyjni ortodoksi. I tylko szkoda, że nie ma więcej tak odważnych kapłanów jak Biskup Fuldy, J. Dyba, który w 1995 roku tak pięknie powiedział: „W demokracji panuje większość, w kościele prawda. Biskup nie musi być ponownie wybierany, dlatego może mówić prawdę.” Kiedy zaś już mowa o dzisiejszej demokracji to warto przypomnieć sobie, że dwie Wojny Światowe z horrendalnymi stratami ludzkiej materii, które w efekcie genetycznie wykrzywiły Europę, dokonały się w systemach demokratycznych. Nie od rzeczy będzie tu także przypomnienie, iż bez tego wykoślawienia genetycznego, prawdopodobnie nie byłoby dziś mowy o Unii Europejskiej, która, jak sądzę, wkrótce okaże się gigantycznym Euro - kołchozem. Będą albo już są stosowane zasady kołchozowe, gdzie, jak w tym starym dowcipie, dzielili świnię po uboju. Kierownik z zastępcą wzięli po połowie i ogłosili, że jak komu się nie podoba, to dostanie po ryju. No, ale żeby zapędzić Europejczyków do kołchozu, trzeba było najpierw wymordować najodważniejszych i inteligencję, tak, by patriotyzm przestał być przeszkodą w realizacji planu, nakreślonego przez Weishaupta w 1776 roku. Dziś, co niesłychanie znamienne, Stany Zjednoczone Północnej Ameryki, przy wsparciu posłusznych wasali (w tym Polski) dokonują militarnej inwazji suwerennych państw, by, jak to ujmuje aktualny prezydent USA, upewnić się, że będą tam zainstalowane „demokratyczne” rządy. Innymi słowy taki ustrój, przy pomocy którego możni tego świata dostana to co chcą, nawet wbrew żywotnym interesom rodzimej ludności. Kto ma jakiekolwiek wątpliwości w tym względzie niech bliżej przyjrzy się Polsce, która jest przecież nominalnie demokratycznym państwem. Tak więc na naszych oczach dokonuje się ostatni etap Wielkiego Planu, mającego na celu zniszczenie dorobku cywilizacyjnego białych ludzi z Europy. Rzecz w tym, że nową budowlę, zwaną Nowy Porządek Światowy można budować tylko na ruinach starego systemu. Jak pisał w „Time” w 1992 roku Strobe Talbott w artykule zatytułowanym „Narodziny Globalnego Narodu” („The Birth of the Global Nation”: „Narodowość, tak jak jest obecnie rozumiana, zostanie obalona. Wszystkie państwa zostaną poddane jednemu, globalnemu rządowi (...)”. 23 września 1994 roku, David Rockefeller podczas prelekcji dla ambasadorów ONZ: „Obecnie znajdujemy się na krawędzi globalnych przemian. Wszystko, co potrzebujemy, to odpowiednio wielki kryzys światowy, by narody zaakceptowały Nowy Porządek Światowy”. Gdyby zaś ktoś zastanawiał się, po co komu ta cała transformacja, odpowiedzi udzielił już w 1992 roku były prezydent Citicorp (światowy potentat finansowy, zatrudniający około 300 tysięcy pracowników) Walter Wriston: „Prawdziwa globalna gospodarka wymaga zniesienia państwowej suwerenności. I niech nikomu się nie wydaje, że będzie mógł uciec z tego systemu”. Tak więc wygląda na to, że nowi właściciele ziemskiego globu chcą zgarnąć całą pulę, bez reszty. I, jak sądzę, jedynym pocieszeniem dla przyszłych generacji może być tylko to, iż nawet szatański miot będzie potrzebował lokai i parobków. Sadząc po teraźniejszych gabinetach i parlamentach - nie zabraknie im służby. Według encyklopedii liberalizm to wolność, wyrozumiałość i tolerancja zarówno w życiu prywatnym jak i gospodarczym. Po tym jak w „komunie” nie wolno było nawet myśleć inaczej niż to wskazał Lenin, zachłysnęliśmy się, że można teraz oglądać prawie wszystko nie tylko w telewizji ale i na ulicy. Kiedyś Rzymianie wołali: „chleba i igrzysk”. Dano więc i naszemu ludowi rozrywki w postaci telewizji, boisk piłkarskich gdzie policja na bezrobocie raczej nie narzeka... W telewizji co chwilę, zarówno dorośli jak i dzieci, mogą oglądać wyczerpujące filmowe instrukcje jak po trupach dojść do pieniędzy. Nie zapomnijcie jednak, że w razie wpadki nie wszyscy wychodzą z więzienia ze względu na chorobę! W imię tolerancji i wolności przymykamy oko na dziewczynki z przydrożnych agencji towarzyskich, gdzie jedyną higieną jest woda z plastikowej butelki i nikomu nie przeszkadza, że na to patrzą dzieci. O porządku nawet nie wspomnę - wystarczy spojrzeć ile i jakich śmieci jest w miejscach gdzie można obserwować seks, jak w klatce z małpami. A wydawać by się mogło, że już dawno zeszliśmy z drzewa. Mamy jednak zdrowe odruchy samozachowawcze i panikujemy przed ptasią grypą. Zamykamy bogu ducha winne kury w kurnikach / co na to ochrona zwierząt? /, a jakoś nikt nie martwi się ilu uczestników przydrożno-leśnego seksu zostanie zarażonych AIDS. Nikt nikogo nie zamyka, a nawet paluszkiem nie pogrozi...Przecież im więcej wydajemy z naszych składek na chorych na AIDS, tym mniej mamy dla ludzi chorych nie z własnej winy... Jakoś nikt nie mówi o eutaazji nieuleczalnie chorych na AIDS, za to czerpiemy z wzorców liberalizmu zachodniego gdzie nowonarodzonym i starcom „reguluje się” prawo do życia. A w sferze gospodarczej? Tylu tu chętnych do kasy, że muszą stać w kolejce do różnych komisji sejmowych, żeby rozstrzygały o ich winie - sądy już nie nadążają... Oj, o rozrywki dla mas władcy tego świata zadbali aż nadto! Nieco gorzej z chlebem... Puszczono to zatem na żywioł. I tu co zaradniejsi radzą sobie sami, bo w liberalizmie państwo nie wtrąca się do gospodarki jest wolna konkurencja. A więc Owsiak ma rację: róbta co chceta? Nieco inaczej wygląda w państwach, które w łaskawości swej przyjęły nas pod swoje wspólnotowe skrzydła, podobno na naszą własną prośbę. Niby to w Europie jest liberalizm, są nawet dopłaty ale nie dla wszystkich równe. A więc znowu planowa gospodarka socjalistyczna! Gdzie więc ta obiecana wolność liberalizmu? W polityce to tak jak w lesie - im głębiej w las... tym mniej widać! Czy aby na pewno? U nas z liberalizmem utożsamia się Platforma Obywatelska. Jeśli dojdą do władzy to czy będą naprawdę „ojcami narodu”? Czy starczy im „kasy wdzięczności” chociaż dla tych, którzy na nich głosowali? Czy będą reprezentowali interesy Polski i Polaków? Czy wyciągną lekcję z historii, że Polska popadała w niewolę, a nikt Jej nie przychodził z pomocą? Co PO-wcy zrobią, by szarym ludziom, a nie elicie działo się lepiej; żeby było jedno prawo dla wszystkich? Zobaczymy... dokumenty źródłowe, niedoceniane czy wręcz ignorowane przez naszych badaczy. Warto je przytoczyć. Oto kilka przykładów. Cytat z dokumentu z dnia 25.XI.1939 r., zatytułowanego „Sprawa traktowania ludności byłych polskich obszarów z rasowo politycznego punktu widzenia”, opracowanego na zlecenie Urzędu ds. Rasowo-Politycznych NSDAP, którego autorami byli dr E. Wetzel (kierownik centrali doradczej tego Urzędu) oraz dr G. Hecht (kierownik Oddziału dla Volksduetschów i Mniejszości w powyższym Urzędzie): „Opieka lekarska z naszej strony ma się ograniczyć wyłącznie do zapobieżenia przenoszeniu chorób zakaźnych na teren Rzeszy. (...) Wszystkie środki, które służą ograniczaniu rozrodczości, powinny być tolerowane albo popierane. Spędzanie płodu musi być na pozostałym obszarze Polski niekaralne. Środki służące spędzaniu płod Odpowiedz Link Zgłoś
hasz0 Re: & Next _________i z refleksją czytaj dalej - 20.07.07, 09:47 Omawiany wyżej plan zalecał również, by na roboty przymusowe do Niemiec wywozić przede wszystkim mężczyzn żonatych i kobiety zamężne, gdyż w ten sposób rozbija się rodziny, co wpłynie na zmniejszenie przyrostu naturalnego. Zgodnie z powyższym planem Verordnung (Rozporządzenie) Generalnego Gubernatora Franka z dnia 9 marca 1943 r. wprowadziło pełną niekaralność aborcji dokonywanych przez Polki i przedstawicielki innych niższych narodów, zwiększono natomiast kary za aborcję dzieci niemieckich - aż do kary śmierci włącznie. W 1942 r. na terenie Generalnego Gubernatorstwa stopa urodzeń wynosiła 18,6 promil, w 2003 r. w III RP wyniosła ona zaledwie 9,2 promil - czyli niecałą połowę tego co w podczas wojny i okupacji. Stopa urodzeń w Polsce od 1989 roku nie zapewnia już zastępowalności pokoleń, zaś jej poziom w 2003 r. oznacza, że populacja odtwarza się zaledwie w 60 procentach. Komentowanie tych faktów jest chyba zbędne. Czytelnik może sobie sam odpowiedzieć na pytanie: czy Polska (i nie tylko Polska) współczesna jest przedmiotem agresji demograficznej, w której wykorzystywane są metody zalecane przez hitlerowskich ekspertów. Przeglądając po wyborcze komentarze zauważyć można ogromną nerwowość tzw. ,,mniejszości niemieckiej,,. By nie być posądzony o złośliwość przytoczę fragment artykułu pt. Im Lokal / W lokalu /, który ukazał się w wydawanym na Górze Świętej Anny tygodniku niemieckojęzycznym Oberaschlesien nr.18/2005 str.2 z dnia 28 września 2005 roku: ’’ Wszędzie oddawali starsi także i tym razem głosy na listę niemiecką / każdy mógł wybierać trzech kandydatów! / zaznaczając trzech Niemców najlepiej , chociaż tuż za nimi znajdował się na liście kandydat LPR , który znany jest ze swej wrogości do Niemców , szerzeniu żywiołu polskości na Śląsku Opolskim Grabowski , umieszczony po nazwisku , byłby wszedł do Senatu o mało co . On określa miejscowych Niemców jako ,,sztuczny produkt,,. Zdumiewające ludzie, na których On napada w,, Myśli Polskiej,, w otwarty sposób, oddają na niego głosy. Oddają kartkę, na której obok niemieckich kandydatów zaznaczone jest krzyżykiem nazwisko Grabowskiego. Niewiedza czy głupota?,, Podpisujący się pod tymi słowami skrótem EC autor refleksji po wyborczych zarzuca mi wrogość do Niemców. Nigdy nie byłem wrogiem żadnego narodu. Jednak nie można być obojętnym będąc Polakiem, gdy stawiane są pomniki nazistowskie, gdy zdejmuje się godło polskie z państwowego urzędu czy zakłamuje się historię Śląska . Na nikogo nie napadam - jak zarzuca mi autor ukrywający się pod literkami EC -staram się zawsze dojść do prawdy. W cytowanym artykule autor użył określenia, że szerzy żywioł polski - ale gdzie? Na ziemiach polskich?! Czy kogoś może dziwić, że występuje w obronie słusznych praw i należytego ich poszanowania? Ta ziemia mnie karmi, tutaj pracuję - tutaj urodziły się i kształcą moje dzieci. Przypuszczam, że tak jest też w przypadku autora tego artykułu. Czy można nie być wdzięcznym za te dobrodziejstwa? Czy wobec tego słuszną rzeczą jest robić zarzut z tego, że będąc w Polsce, i będąc Polakiem „szerzy się żywioł Polski”? Miłość do Ojczyzny jest jak miłość do Matki. Nie ze wszystkim się zgadzam co Matka nam karze, nie zawsze podzielam jej zdanie - ale zawsze Ją szanuje i zawsze będę Jej bronił. Skąd się bierze ta nerwowość? Sprawa jest nader prosta wystarczy popatrzeć na liczbę głosów oddanych na tzw. mniejszość niemiecką w ostatnich pięciu wyborach do Polskiego Parlamentu: 1990 głosowało 135 220 osób 1993 110 454 osób 1997 82 008 osób 2001 55.254 osób 2005 40 050 osób Tempo spadku jest zawrotne. Często w swojej kampanii wyborczej rozmawiałem z Ślązakami, którzy przyznawali się, że wzięli paszporty niemieckie, by łatwiej znaleźć pracę w Niemczech czy Holandii. Żalili się, że są na „zachodzie” oszukiwani i gorzej traktowani jako pracownicy. Pierwszy rektor Uniwersytetu Opolskiego prof. A. Marek swoją książką ,,Głos zniewolonego Śląska,, i Maciej Ślęczek rodowity Ślązak autochton, uczciwy człowiek , który zawsze mówi publicznie tzw. mniejszość niemiecka, pozwolili mi wyrobić sobie zdanie o tzw. Niemcach na Śląsku Opolskim.. Ci Panowie są dla mnie autorytetami w sprawach Śląskich. Niestety nie może nim być np. Brunon Kozak dziś nazywający siebie Bruno Kosakiem. Moi starsi koledzy pracujący w Kędzierzyńsko-Kozielskiej oświacie wspominają Brunona Kozaka jako zaangażowanego aktywistę - prezesa Związku Nauczycielstwa Polskiego w powiecie kozielskim, stojącego dzielnie na trybunie pierwszomajowej i skandującego komunistyczne hasła. Bruno Kozak jako kierownik szkoły uczył też języka rosyjskiego. I przyszedł pamiętny rok 1990, gdzie nasz prezes i nauczyciel języka rosyjskiego poczuł, że wiatr wieje teraz od zachodu i przemienił się w aktywistę tzw. mniejszości niemieckiej. Aż strach pomyśleć, co by było gdyby wiatr historii zawiał znów od wschodu. Tego typu ludzie nie mogą być dla mnie autorytetami. W wyborach do Senatu dostałem 46325 głosów czyli 17,33 % - a najlepszy kandydat Komitetu Wyborczego Wyborców „Mniejszość Niemiecka” Rudolf Schweda tylko 31632 głosy czyli 11.8 % . Pan Rudolf obkleił wszystkie słupy i płoty swoimi plakatami . Były prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego a dziś działacz DFK Pan Kozak ( dziś Kosak) dostał niespełna 30660 głosów jest się więc czym denerwować. LPR wydrukowała mi dwadzieścia tysięcy ulotek i ani jednego plakatu. Poświeciłem jednak swój czas, by jeździć na spotkania z moimi przyszłymi wyborcami. Przejechałem tysiące kilometrów. Długie rozmowy, dyskusje utwierdziły mnie w przekonaniu, że ludzie są często zdezorientowani. Najlepiej są zorientowani w sytuacji politycznej słuchacze Radia Maryja i czytelnicy Naszego Dziennika. Spotkania z wyborcami zaowocowały również nawiązaniem nowych znajomości a nawet przyjaźni. Miałem też częsty kontakt z organizacjami kresowymi. Nigdy nie kryłem - a wręcz zawsze byłem dumny - z moich korzeni kresowych. Moją miłość do Ojczyzny wyniosłem z domu rodzinnego i w tym duchu wychowuję swoje dzieci. Dobry wynik w wyborach, za który dziękuję wszystkim wyborcom - mobilizuje mnie do dalszej pracy dla Polski. Praca ta ma na pozór charakter eseistyczny - na pewno nie rozwiąże ona problemów działania, praktyki (praxis), może jednak przybliżyć nasz politechniczny wzór praktyki kosmologicznej oraz to, skąd by się brała ta nasza kosmologiczna praxis inżynieryjna. Celem pracy jest także uwidocznienie źródeł naszego politechnicznego (swoiście operacyjnego) nastawienia do realizmu, poznania, praktyki, kopernikanizmu. Prakseologicznemu (w naszym sensie i nieinstrumentalistycznemu) rozumieniu kopernikanizmu przeczy najnowsze doświadczenie, zresztą wbrew oficjalnym deklaracjom. Jeszcze akapit, kilka zdań, nad którymi trzeba się zastanowić, zdań, napisanych najpierw tzw. trudniejszym językiem, lecz nie tak znów trudnym, a potem - językiem współcześnie oczekiwanym - łatwiejszym, niestety ciągle i tak „trudnym”, bo nie gazetowym: miłym, lekkim i przyjemnym. Będą te uwagi dotyczyć modnej literatury związanej jednak i z nanotechniką. W ćwierć wieku po pracach naukowych i referatach w Politechnice Wrocławskiej, okazuje się, że idea przedstawiona wtedy przez pracownika Instytutów Metrologii, Fizyki i Nauk Ekonomiczno- Społeczych Politechniki Wrocławskiej dotyczy dziś, ciągle, po ponad ćwierć wieku - podnoszonego zagadnienia przewidywania rozwoju technologii najnowszej, nanotechnologii. Aby dokładnie oddać nastrój i nie być posądzonym o koloryzowanie, warto jest w sprawie praktyki technologicznej, znaczenia praktyki nanotechnologii wprost zacytować. „Świat Marketingu”, który reprezentuje wiośnianą rewolucję po Polskiej Wiośnie, po Roku 1989, dokonana w imię większej produkcji na głowę w maszynach budowlanych i przemyśle, p Odpowiedz Link Zgłoś
hasz0 ________________Hołd PWr__________________ 20.07.07, 09:48 Praca ta ma na pozór charakter eseistyczny - na pewno nie rozwiąże ona problemów działania, praktyki (praxis), może jednak przybliżyć nasz politechniczny wzór praktyki kosmologicznej oraz to, skąd by się brała ta nasza kosmologiczna praxis inżynieryjna. Celem pracy jest także uwidocznienie źródeł naszego politechnicznego (swoiście operacyjnego) nastawienia do realizmu, poznania, praktyki, kopernikanizmu. Prakseologicznemu (w naszym sensie i nieinstrumentalistycznemu) rozumieniu kopernikanizmu przeczy najnowsze doświadczenie, zresztą wbrew oficjalnym deklaracjom. Jeszcze akapit, kilka zdań, nad którymi trzeba się zastanowić, zdań, napisanych najpierw tzw. trudniejszym językiem, lecz nie tak znów trudnym, a potem - językiem współcześnie oczekiwanym - łatwiejszym, niestety ciągle i tak „trudnym”, bo nie gazetowym: miłym, lekkim i przyjemnym. Będą te uwagi dotyczyć modnej literatury związanej jednak i z nanotechniką. W ćwierć wieku po pracach naukowych i referatach w Politechnice Wrocławskiej, okazuje się, że idea przedstawiona wtedy przez pracownika Instytutów Metrologii, Fizyki i Nauk Ekonomiczno- Społeczych Politechniki Wrocławskiej dotyczy dziś, ciągle, po ponad ćwierć wieku - podnoszonego zagadnienia przewidywania rozwoju technologii najnowszej, nanotechnologii. Aby dokładnie oddać nastrój i nie być posądzonym o koloryzowanie, warto jest w sprawie praktyki technologicznej, znaczenia praktyki nanotechnologii wprost zacytować. „Świat Marketingu”, który reprezentuje wiośnianą rewolucję po Polskiej Wiośnie, po Roku 1989, dokonana w imię większej produkcji na głowę w maszynach budowlanych i przemyśle, produkcji mleka, mięsa, masła i w całym rolnictwie. Jak znajdujemy w piśmie „Świat Marketingu”, nanotechnologia - najważniejszy kierunek w nowoczesnych technologiach - chce w I połowie XXI w. wytwarzać światy. Jak się okazuje ze świata ekonomii, nie tylko „Świata Marketingu”, wytwarzanie światów, czyli zadanie nanotechnologii oznacza - jak się to szumnie powiada, ale bez najmniejszego zgłębienia teoretycznego istoty problemu, o czym za chwilę - pełną (chirurgiczną) kontrolę nad materią, produkcję, oznacza, cytuję wyrażenia ekonomiczne - produkcję bez zahamowań i bez skutków ubocznych, wzrostu entropii (zanieczyszczeń). Kosmologiczna technologia lansowana w świecie marketingu i ekonomii, czyli nanotechnologia ma więc zlikwidować zanieczyszczenia, odnowić środowisko, słowem - zmniejszyć entropię i dać w I połowie XXI w. nowe źródła energii, odnawialne, alternatywne, niewyczerpalne, bez skutków negatywnych - z wyłącznie skutkami pozytywnymi. Reasumując - lecz znowu w duchu całej tej myśli nowatorskiej XXI wieku - treść nowego pomysłu, artykułu reprezentującego myśl nie tylko z Akademii Ekonomicznej w Poznaniu, czy ograniczona do ekonomo-informatyka Ireneusza P. Rutkowskiego, nanotechnologia da nano-wojaże (inteligentne?), nano-wiedzo-wypoczynek, inteligentne cyber- olejki do opalania (zmniejszające lub pochłaniające nasłonecznienie), wiedzo- rozrywkę, nano-kulturę, turystykę, podróże, jak to się tajemniczo określa, w przestrzeni oraz zmieni też czasoprzestrzeń masę fizyczną i zrewolucjonizuje ... marketing, a także menadżerstwo, merkantylizm, ekonomię, zarządzanie substancją ożywioną, organizację rynków i produkcji. Warto jest przytoczyć tego wyraźnego ducha współczesnej nauki, zwłaszcza nauki o zarządzaniu, bo jednak nie tyle o marketing, ile o czas i o przestrzeń tu, w tym studium, studium z konieczności jednak o Szkole Wrocławskiej, nam chodzi. Stwarzająca światy nanotechnologia, czyli nowa ekonomia, oznacza też bio-techniczne wyparcie organizmów i człowieka - z samego rodzenia ludzi na rzecz budowania (manipulowania) geno-materiału, czyli rodzenia struktur molekularnych (ostatecznie maszyną jest człowiek - ze stanowiska nanotechnologii), dobrze dostosowanych do zmieniającej się rynkowej cyber- informacji, budowania człowieka atom po atomie, przez biomechany, info-montery, samoreplikatory, atoli wprost z umieszczania materiału okupującego trajektorie w odpowiednich miejscach innych trajektorii, zatem przez struktury molekularne, ergo przez maszyny, bez pośrednictwa naturalnych matek, tak jak DNA-montery urodzą upragnione przez przyszłe matki dinozaurki, a inteligentne samoreplikatory urodzą upragnione wartościowe, tzn. inteligentne, a jakże, produkty: dzieci inteligentne z wiedzą o usługach i koniecznie z tym, co znamy od Roku 89 - czyli dzieci z ... tzw. umiejętnościami. Przejawia się tu zagadnienie platformy prakseologicznej. Jest więc cała ideologia umiejętności, w odniesieniu do platformy nowomowy, którą to technologię inżynierii języka powołano w ramach neutralizowania pułapek ekskluzji wolnorynkowej. Zagadnienie prakseologiczne uległo tu wypaczeniu i wymaga namysłu. Cyber-informaty wytworzą (urodzą), zgodnie z indywidualnymi pragnieniami (no i potrzebami), wiedzo-urod(z)ą dzieci na zapotrzebowanie, z automatycznym (ot co!) „istotnym udziałem niematerialnej wartości dodatkowej”. Industrialne cyfrowe bio- replikatory wyprodukują dzieci innowacyjne, oparte na wiedzy (i o zysku, więc i wiedzy analogowej, info-hybrydowej), całkowicie zoptymalizowane pod względem wydajności, bez ryzyka niewiedzy (i rynkowej), nieinteligencji, niewydajności, niezoptymalizowania. O nowoczesnej (i rynkowej) przytomności (i usługowej) nanotechnologów świadczy najlepiej pogląd, że kraj, który opanuje nanotechnologię, konkurencją zdominuje inne kraje; nanotechnologia, czytamy, to także pomoc białych - kolorowym, bo biali (powiedzmy dla jasności: biali w typowym dla nich usługiwaniu) nanotechnicznie urodzą nano-żywność dla kolorowych oraz zaprowadzą rewolucyjne nano-zmiany społeczne, psychiczne, socjalne. Jest tu, w tej pracy, opisana część politechnicznej inżynierii i pewnego sposobu rozumienia modelowania, które czy to ukształtowały humanistykę, czy to miały związek - tego nie przesądzajmy - z atmosferą Politechniki. Na pewno Politechnika miała ducha w latach 70. Ale jaki on był, jak był złożony? Czym był ukształtowany? Czy to był duch po prostu potocznego życia albo życia spontanicznego, czy jednak spontanicznego w znaczeniu wielkokorelatywnym, a nie ideologii wybiórczego darwinizmu, który zresztą to darwinizm nie może być inny jak wybiórczy? Czy łatwiej było tę atmosferę tworzyć i czy był możliwy jej dalszy rozwój, po stanie wojennym? Przedstawiam skróconą historię, jednak o znaczeniu psychologicznym i socjologicznym, naszych politechnicznych recepcji fizyki inżynieryjnej w odniesieniu do inflacji - wtedy to nazywaliśmy modelami, bo „inflacja” to nazwa zachodnia. Dziś się pomija nasze polskie żywe doświadczenia, przytłacza nas walec - kto wie czy w najmniejszym jeszcze stopniu francuszczyzny. „Naszych recepcji fizyki” znaczy: moich, ale odniesionych do koncepcji teoretycznych Teresy Grabińskiej, a także tych osób, które po moich wykładach uważały to, co odnoszę do inflacji, w latach 70., za oczywiste - z różnych powodów, najczęściej ontologicznych, teoriopoznawczych. Dziś te względy ulegają zanikowi - na rzecz dostosowania się do prawa, a nawet ciasno rozumianego przepisu. Osoby te wyrażały to powinowactwo mniej lub bardziej otwarcie w latach 70., po prostu w tym uczestniczyły. Ze względów zaś bardziej związanych z polską kulturą w nauce (kulturą namilczania się) sprawy te nie były ublikowane. Nie chodzi tu o ograniczenia w publikowaniu, bo i te były - bardzo silne. (Będzie o tym jeszcze mowa, ale publikować bezproblemowo mogli albo marksiści - po prostu osoby podpierające się nieskończonym autorytetem partii, albo księża w pismach kościelnych. Niemarksiści i nieksięża z publikowaniem mieli kłopoty). Od 89 r. opinia jest karmiona, jak na jakimś froncie, super- nowoczesnymi zasadami w historii Odpowiedz Link Zgłoś
hasz0 Re: ________________Hołd PWr__________________ 20.07.07, 09:52 w historii, w naukach empirycznych, w astronomii, w naukach ekonomicznych (tak się sprzedaje wolny rynek), ścisłych, w kosmologii w celu wykazania, przodowania od Roku 89 produkcji, per capita, i produkcji w wysokich technologiach. Toczy się walka o dusze i niniejszy artykuł jest bardzo skromną próbą uchronienia od zapomnienia naprawdę drobnej części, mikroczęści naszej historii - tu: historii naszej szkoły. Od Wiosny 89, tzn. wbrew oczekiwaniom, które do Wiosny doprowadziły, nie ma w ogóle klimatu do rejestrowania tez wypowiedzianych w Polsce - na wiele lat przed Zachodem. Jest to przykład wykorzystania słusznych oczekiwań naprawy do pogorszenia sytuacji. Wiele nowatorskich stwierdzeń najlepszych przedstawicieli nauki amerykańskiej XXI w. wypowiedział w latach 50. Jan Gadomski. W 40 lat po lądowaniu na Marsie, sfinansowanym przez RWPG, amerykańskie lądowanie na Marsie przedstawia się jako dowód niezdolności krajów słowiańskich do generowania najbardziej zaawansowanych technologii, a zniszczenie krytycznej władzy sądzenia jest tak wielkie, że młodzież, idąc za nowoczesnym dziennikarstwem, tego już nie widzi. Aby uświadomić sobie zanik krytycznego myślenia na Atlantydzie i rozwój plotki, wystarczy powiedzieć, że to co było w RWPG normą (loty na stację orbitalną, Marsa) to jest dziś przedstawiane jako dowód postępowości kapitalizmu, a minimalny wzrost czy wręcz ubytek ludności jest wielkim osiągnięciem gospodarczym, rewolucją gospodarczą, dowodem efektywności techników, sprawności wolnego rynku, efektywności zarządzania przez zwalnianie i limitowanie dostępu do podstaw utrzymania życia nowoczesnych społeczeństw. Jeżeli sfinansowanie lądowania aparatów RWPG na Księżycu w 1959 przedstawia inteligent, mający się za wybitnego przedstawiciela inteligencji, jako naganne rozbicie statku, i dowód słuszności podbicia Słowian między morzami ABC, to można sobie łatwo wyobrazić, że faktycznie w obliczu walca medialnego skazuje się naszą historię na zapomnienie. Prawdą jest, że sfinansowanie wielkiego przyrostu gospodarczego i planu Ciołkowskiego budowy stacji kosmicznych podjęło się tylko RWPG, nie zaś kraje zachodnie. Od r. 89 rozwój technologii jest tak nikły, że w porównaniu do rewolucji lat 50. i 80. napędzanej przez RWPG - właściwie zanikł. W związku z sytuacją po roku 1945, trzeba powiedzieć, że nie publikowano wiele ważnych ujęć, czy osiągnięć - ważnych ze stanowiska tego, co później znajdowaliśmy w literaturze zachodniej. Osoby związane (bo nie zajmujące się!) z inflacją nie zabrały się do opisania tego, co miało miejsce w Politechnice Wrocławskiej. Bardziej przyzwyczaiły się do stałej sytuacji utrudniania publikowania wyników i niech nikt nie mówi o dostępności publikowania, chyba, że ma na myśli pisma załóg przedsiębiorstw, zwykle fabrycznych, zwłaszcza w latach 1982-89. Wydawnictwa bardziej interesowały się obcą twórczością, stwierdzał to nawet Związek Literatów Polskich. Po 89 r. wcale nie opracowano tego zagadnienia, przeciwnie - zostało ono stłumione. Uczciwie mówiąc, publikowanie było trudne, także w Rocznikach KULowskich, w końcu piśmie jednak dla księży, a nie dla cywilów. I trudne było, powiedzmy, w PWN, Studiach Filozoficznych, dostępnych dla kół bardziej, a nie mniej, jednak amiestniczych. Mógłbym tego nie pisać - wystarczy wskazać na efekty naszego myślenia o fizyce, w postaci publikacji zagranicznych. Nie wszystko jednak można przedstawić w publikacjach stricte naukowych, często pomija się tło społeczne, środowiskowe, światopoglądowe. Aby opisać takie sploty, trzeba często tę samą sprawę naświetlać z różnych stron i tak uczynimy. Wiele czynników sprzyjało zjawieniu się gotowej koncepcji inflacji, w 1976 r., na Konferencji Metodologii Nauk w Politechnice Wrocławskiej w Mirosławicach. Nie minę się z prawdą, jeśli powiem, że na przykład w Politechnice Wrocławskiej,aspirującej do Technological Institute w latach 70., tkwił jednak napęd klasy Technical Uniwersity i nie został on całkiem zmarnowany, choć mogło być, i chcieliśmy, żeby było, lepiej. Ten napęd Technical Uniwersity miał, pomimo panowania KU PZPR, pozytywne znaczenie dla, co tu dużo mówić, wyższego rozumienia fizyki inżynieryjnej. Pamiętam jak wprawiało to w osłupienie profesorów z Instytutu Metrologii Elektrycznej. Nie wiedzieli, co na to powiedzieć, nawet protestowali - ze stanowiska czysto inżynieryjnego, ale strażników porządku minionego zadziwiała nasza ruchliwość tematyczna. W rzeczywistości byliśmy metodologami nauk, a jest wiele nauk. Rektora nie drażniła wielotematyczność. Zajmowaliśmy się robotyką, biogenezą, elektromagnetyzmem, mikrofalami, automatyką, łącznością, zabezpieczeniami, modelami, teorią jakości, implantów, techniką kontroli i pomiaru, komputerową (gramatyki), mieliśmy plan konstruowania nowych materiałów, a nie tylko transferem technologii, ekologią, teorią środowiska, materią ukrytą. Trzeba o atmosferze przecież powiedzieć, aby zrozumieć, na czym polegał wątek socjologiczny naszych odkryć i teorii, a także hipotez. Wpomniane dopiero co te „inne” osoby przychylne inflacji z 1976 r. - dziś owiedzielibyśmy teorii spoza wąsko rozumianej kosmologii - uczestniczyły w rozumieniu tej koncepcji (inflacji), tworzyły klimat, z którego potem powstawała pewna organizacyjna i nawet finansowa przychylność, stanowiły dodatkowe tło dla wypowiadanych przez nas zdań, dawały atmosferę - często polemiczną, ale najzwyczajniej uznanie. Na wszelki wypadek: Proszę mi nie zarzucać tendencyjnej apoteozy okresu minionego. W moim wspomnieniu, nie pozbawionym trudnych elementów, wymagających od czytelnika niezwykłej wyobraźni, postępuję trochę jak Autor w „Beniowskim”. Wielkie wydarzenia, epoka krwawa (wyrażenie Słowackiego! - przyjęte na radach) - a tymczasem Beniowski dość przypadkowo znalazł się Barze i chyba nikłą rolę odegrał (tam) w obronie polskości. W latach 70. wielki wybuch (big bang) mieliśmy za produkt quasi- komputerowego skanowania teorii fizycznych po jakościach: Mianowicie jakości wchodzą w stosunek z fizyką matematyczną i są przez nią manipulowane aż do końca - do uzyskania zgodności z obserwacjami, tymczasem my poszukiwaliśmy (w Politechnice była ta atmosfera) wyjścia z pułapki wielkiego wybuchu. Co to była za pułapka? - z niedowierzaniem pyta nas fizyk z P.Wr., który powiedział, że w ogóle nie rozumie, co to się wtedy w latach 70. tu działo. Odpowiem: pułapka niekosmologiczności wielkiego wybuchu. I tym wtedy żyliśmy. Nic dziwnego, że dochodziliśmy do inflacji. Nie zarzucajmy własnej historii. Takie były powody wprowadzenia przez nas koncepcji wszechświatów we wszechświecie. Robiliśmy to w ramach koncepcji, którą opisałem w pierwszym rozdziale „Wszechświat i metafizyka” (PWN, Warszawa 1998). Tę koncepcję - stustronicowy manuskrypt - wydałem w: Z Zagadnień Filozofii Przyrody i Filozofii Przyrodoznawstwa, t. VII, 1985. TECHNICZNA RECEPCJA FIZYKI NIECH SIĘ KAŻDY ZMIERZY Z REYMONTEM Godzi się tu powiedzieć najogólniej, bez oddzielania wątków merytorycznych od psychologicznych i socjologicznych, że z tej atmosfery naukowej pro- metodologicznej, która panowała w Politechnice, a której nie ma w UE i która upada z faktycznym dostosowywaniem Polski do UE od 89r., brała się częściowo nasza recepcja fizyki technicznej i w ogóle każdej fizyki. Była ta nasza recepcja recepcją kosmologiczną - a to oznacza pewien praktycyzm, którego nie mogą zrozumieć zwykli fizycy, a o czym jeszcze tu dokładniej napiszę. Nasz praktycyzm w nauce, nieznany gdzie indziej, brał się z naszej współpracy z cybernetykami, z naszych dwuinstytutowych etatów, z aury inżynieryjnej. Później zaowocował on praktycyzmem w pracach psychologicznych, w nowych teoriach psychologii humanistycznej. Czy można podać jakiś przykład tej osobliwej naszej recepcji fizyki w Politechnice Wr Odpowiedz Link Zgłoś
hasz0 Re: ________________Hołd PWr__________________ 20.07.07, 09:54 Czy można podać jakiś przykład tej osobliwej naszej recepcji fizyki w Politechnice Wrocławskiej? Można, jest nasza recepcja fizyki widoczna w wielu pracach na każdym kroku. To kosmologizowanie-w-praktyczności obejmowało także rozszczepianie jądra atomowego, które inspirowało nas do poszukiwania teorii modeli. Takiego nastawienia nigdzie indziej nie było. Nie było na przykład w Uniwersytecie B. Bieruta, UW, w UJ. Uważaliśmy, że nowocześni fizycy jądrowi i w ogóle nauka nowoczesna, bazuje zbyt sztywno na pomiarach i rozwija - jak to mówiłem z T. Grabińską, przy aplauzie innych, wymieńmy tu prof. Hadrysia, dr B. Łysakowską - pakiety katalogistyczne, które powstają ze skanowania tzw. opowieścią kauzalną. Termin ‘opowieść kauzalna’ oznaczał pół-naukę, którym to mianem ochrzciliśmy zachodnie tendencje, podejście kauzalne. Mówiliśmy też o pół- modelach albo pra-modelach, o pseudo- nauce. Inni, z naszej grupy, też to „wiedzieli”, lecz nie rozwinęli swych przemyśleń do postaci teorii fizycznych teorii. Opowieści causal stories są kategorią należącą do naszych rozważań. To jedna strona tego splotu. Co miało status causal stories, nie nadawało się do naszych celów, wytwarzania szechświatów. Było też tak, że kosmologię utechnicznialiśmy. To druga strona. Ona wywoływała jeszcze większe zdumienie, ponieważ utechnicznienie kosmologii było wtedy nie do pomyślenia, i dopiero potem powstała odpowiednia moda - jednak na zasadzie tylko słownych zabaw. Przedtem sprawa wyglądała całkowicie odkrywczo. Niewiarygodnie. To utechnicznianie kosmologii nie wiązało się z tym, co nazywaliśmy parametryzowalnością, bo dotyczyło kresu rzeczywistości. Jak powiedziałem, moja opowieść nie rozwiąże problemów praktycznych ani praktyki jako takiej, działania w ogóle. Jest bardziej może nastawiona na istnienie. Jest to opowieść o naszym politechnicznym rozumieniu kosmologicznej praktyki, która by się brała z istnienia, a mniej z działania, która też działanie odnosiła do globalizmu. Nasze politechniczne nastawienie do realizmu, praktyki na pewno nie brało się z zegarowego działania, raczej kopernikowaliśmy zegarmistrza, przekształcając go w zegarmistrza świata. Nie wiem, czy to nasze rozwijanie modelu, praktyki było związane z politechnicznym klimatem zarządzania i zachęcania do oryginalności. Nasza szkoła naukowa wypracowała w oficjalnym totalitaryzmie politechnicznym własne oryginalne rozumienie modeli i inżynierii. Nie jest łatwo opisać, jak się ukształtowała duchowość Politechniki, na to trzeba pióra Reymonta - podobnie jak nie jest łatwo to zrobić temu, kto by chciał uchwycić różnicę między Politechniką Wrocławską a klimatem akademii krakowskich. Dlaczego „za komuny” ok. jedna trzecia Instytutu Nauk Ekonomiczno-Społecznych Politechniki Wrocł. uczestniczyła w ruchu oporu - co stanowi niebywały kontrast w porównaniu z Wydziałami Humanistycznymi, uniwersyteckimi, PANowskimi. Jest także różnica między dzielnicami Polski - na pewno i Politechnika miała ducha, ale problem w tym „tylko”, jak to opisać. Niestety, po Roku 89 jedyne pismo Sigma, jako tako niezależne, zostało zlikwidowane - a myśmy w 198S sądzili, że powstanie drugie takie, a potem jeszcze inne. Czy Pryzmat oddawał w 199k, k, S = 0, ...,9 ducha Politechniki - i jakiego, każdy niech sobie na to odpowie i na pytanie, czym był on ukształtowany i czy to był duch życia, w jakimkolwiek sensie. Nie bez kozery - „w jakimkolwiek sensie”. Niech się każdy zmierzy z Reymontem, wolna droga, nikt nikomu nie zabrania wznieść się na poziomy. UNIKAĆ PROSTYCH STWIERDZEŃ Mam tu uwagę, na którą mi chyba każdy pozwoli, ponieważ moja teza o pomocy organizacyjnej dla badań metodologicznych władz Politechniki Wrocławskiej w latach 70. wywołała 10 I 2004 na radzie Wydz. Architektury protesty i posądzenia mnie o sprzyjanie, Bóg wie, jakim ciemnym siłom. Szły w tym kierunku sarkastyczne i wtórujące im śmiechy. innych profesorów odnośnie do dorobku wrocławskiej szkoły metodologii. Muszę więc dodać, że na pewno Politechnika Wrocławska nie była ani rajem, ani nawet takim miejscem pracy, na jakie pracownicy zwyczajnie zasługiwali! Żadnego totalitaryzmu nie zamierzam pochwalać - niech to będzie jasne. Ale w Politechnice sytuacja była nie taka prosta. Może jeszcze działał duch Szkoły Lwowskiej? W tym wspomnieniu, które ma znaczenie dla teorii nauki, dla naukoznawstwa, na przykład dla teorii pół-socjologicznych stylów myślowych, będę starał się programowo unikać aż tak prostych stwierdzeń, typowych dla lat 90., ponieważ wszystko co jest kalką języka gazetowego, jest mierne. Celem tego szkicu jest uchronienie od zapomnienia tej części naszego wrocławskiego rozumienia fizyki, która nas przed r. 1989 poruszała, uchronienie tego, o co wtedy walczyliśmy, powiedzmy do r. 1989, i co miało oddźwięk w strukturze jednak już nie samorządnościowej, która nastąpiła po 89. Przedstawię historię, którą dobrze znam, a której z braku mediów, dotąd nie opisano. Wiele osób mogło ją opisać, jednakże jedno jest pewne: nikt nie lubi pisać do szuflady, nie lubi nawet po 89. I tak znika nam historia. Pod tym względem rządy esbe fatalnie wpisały się w słowiańskie mniejsze przywiązanie do pisania niż do mówienia. Czy po 89 sytuacja się poprawiła? - o tym powiedzą badacze atmosfery na uczelniach. Na pewno nie w pierwszych najważniejszych dla gospodarki (cybernetycznej analizy gospodarki i in.) latach 89-93 i nie na miarę naszych oczekiwań. Zacznę od tego, że w latach 70. ostry jak brzytwa Rektor, członek Politbiura, stworzył modelową, na pierwszy rzut oka, przerażającą nas wtedy swą ostrością własną wersję totalitarnego zarządzania uczelnią, w której znalazło się miejsce dla teorii fizyki, tego, czego ludzie nie rozumieją, a dla świętego spokoju etykietują dziś swobodnie i samorządnie słowem ‘filozofia’. Można sobie zdać sprawę z tego, jak bardzo jest trudno opisać to wszystko, skoro powiem teraz tak: Na płaszczyźnie życiowo- organizacyjnej nasza kosmologiczna koinonia, czy grupa poszukiwania sensu praw, nigdy tego ostrego modelu nie traktowała poważnie, a nawet z nim walczyła, gdy inni być może się poddawali. Wiele osób, które tworzyły atmosferę (mówię o tej pozytywnej atmosferze), różnie się zachowało po 13 grudnia, częściej mało świetlanie, bywało niejednoznacznie, czego też oczywiście nie pochwalam i nigdy nie chciałbym, aby moje wspomnienie było traktowane jako próba jakiegokolwiek ich wybielania. Na pewno mogło być lepiej i oni ponoszą winę za blokowanie naszych starań, za to, że nie było tak dobrze, jak mogłoby być. Szczerze mówiąc, psychologiczne aspekty mało mnie w tym wspomnieniu interesują, a jeśli już to piszę, to z punktu widzenia następnych 16 letnich doświadczeń myślenia rynkowego, marketingowego. Czy nie myślenia wąskiego i żelaznego? Z porównania wyników naukowych, a także z porównania następnych wersji zarządzania nauką i nauczaniem w uczelni, był ten model z lat 70. - jak się okazuje - nie tak bardzo, jak to teraz mówią, z żelaza. I to nawet nie w tym rzecz, że ktoś powiedziałby, że do Wiosny 89 „nie zawsze” była Politechniką z żelaza. Bo ani nie była z żelaza, i miała miękkie populacje (permanentne) teoriopoznawcze, ani nie była li tylko Politechniką, rozwijając szkołę taką, która w ograniczeniu rynkowym ginie, wszak taka wolność (hazardyzacja) zawsze powoduje, że gorsze wypiera lepsze - wbrew temu, co wtłoczono ludziom do głowy środkami nieetycznymi (hipnozą). Teoriopoznawcze populacje w Politechnice - to nasz stały termin. Taki (jak podają w papierach) naprawdę ten układ nie był - o ile tylko uwzględnimy prawo, dobrze znane nam z lat 70., T. Grabińskiej z zakresu teorii języków: „nieostrość koordynacyjna zwiększa się gdy język zyskuje na ostrości semantycznej. Nieostrość koordy Odpowiedz Link Zgłoś
cyborg.jr Re: ________________Hołd PWr__________________ 20.07.07, 09:57 recepcja czy percepcja....? opier'doliłem wczoraj faceta z recepcji ... dał mi zimmer nr 13 ... czego nie lube ... Odpowiedz Link Zgłoś
hasz0 Re: ________________Hołd PWr__________________ 20.07.07, 09:59 Zacznę od tego, że w latach 70. ostry jak brzytwa Rektor, członek Politbiura, stworzył modelową, na pierwszy rzut oka, przerażającą nas wtedy swą ostrością własną wersję totalitarnego zarządzania uczelnią, w której znalazło się miejsce dla teorii fizyki, tego, czego ludzie nie rozumieją, a dla świętego spokoju etykietują dziś swobodnie i samorządnie słowem ‘filozofia’. Można sobie zdać sprawę z tego, jak bardzo jest trudno opisać to wszystko, skoro powiem teraz tak: Na płaszczyźnie życiowo-organizacyjnej nasza kosmologiczna koinonia, czy grupa poszukiwania sensu praw, nigdy tego ostrego modelu nie traktowała poważnie, a nawet z nim walczyła, gdy inni być może się poddawali. Wiele osób, które tworzyły atmosferę (mówię o tej pozytywnej atmosferze), różnie się zachowało po 13 grudnia, częściej mało świetlanie, bywało niejednoznacznie, czego też oczywiście nie pochwalam i nigdy nie chciałbym, aby moje wspomnienie było traktowane jako próba jakiegokolwiek ich wybielania. Na pewno mogło być lepiej i oni ponoszą winę za blokowanie naszych starań, za to, że nie było tak dobrze, jak mogłoby być. Szczerze mówiąc, psychologiczne aspekty mało mnie w tym wspomnieniu interesują, a jeśli już to piszę, to z punktu widzenia następnych 16 letnich doświadczeń myślenia rynkowego, marketingowego. Czy nie myślenia wąskiego i żelaznego? Z porównania wyników naukowych, a także z porównania następnych wersji zarządzania nauką i nauczaniem w uczelni, był ten model z lat 70. - jak się okazuje - nie tak bardzo, jak to teraz mówią, z żelaza. I to nawet nie w tym rzecz, że ktoś powiedziałby, że do Wiosny 89 „nie zawsze” była Politechniką z żelaza. Bo ani nie była z żelaza, i miała miękkie populacje (permanentne) teoriopoznawcze, ani nie była li tylko Politechniką, rozwijając szkołę taką, która w ograniczeniu rynkowym ginie, wszak taka wolność (hazardyzacja) zawsze powoduje, że gorsze wypiera lepsze - wbrew temu, co wtłoczono ludziom do głowy środkami nieetycznymi (hipnozą). Teoriopoznawcze populacje w Politechnice - to nasz stały termin. Taki (jak podają w papierach) naprawdę ten układ nie był - o ile tylko uwzględnimy prawo, dobrze znane nam z lat 70., T. Grabińskiej z zakresu teorii języków: „nieostrość koordynacyjna zwiększa się gdy język zyskuje na ostrości semantycznej. Nieostrość koordynacyjna dotyczy koordynacji terminów teoretycznych z odpowiadającymi im wielkościami empirycznymi”. Elementy tego ostrego modelu występowały często w wadze papierowej i je nieustannie po swojemu obchodziliśmy. Muszę powiedzieć, że mieliśmy już wtedy świadomość tej papierowości - w latach 70. i 80. To nie jest żadne wybielanie władz Politechniki. Sami ucierpieliśmy z ich powodu wystarczająco dużo. Dlaczego np. jeden z poważnych uczonych wchodził w rolę komisarza nam przeciwnego, chociaż znał nasze patriotyczne poglądy i je tolerował, a nawet do nich zachęcał? Nie odpowiem na każde pytanie wyczerpująco, ponieważ chciałbym innym zostawić miejsce do tworzenia teorii i nie zamierzam nikogo, kto jest uczonym, z tego zadania uczonego zwalniać. Wskazówkę uczeni znajdą w książce T. Grabińskiej pt. „Realizm i instrumentalizm w fizyce współczesnej”, PWr 1992. Jest to prawdziwa (mógłbym napisać jedyna) książka z filozofii fizyki, a jeżeli tak nie jest, niech mi pokażą inną - to co uprawiają koledzy fizycy. Niepotrzebnie za to się wzięli - za amatorskie nauczanie tzw. filozofii fizyki, która w ich wydaniu jest po prostu najczęściej niedobrą popularyzacją fizyki. Niech pod hasłem „filozofia’ nie popularyzują fizyki, lecz najpierw stworzą teorię filozoficzną czegokolwiek, może być nauczania albo kopernikanizmu. To, co robią jako filozofię, jest popularyzacją, oszukiwaniem studentów, antynauką. To, co jest powieleniem z podręczników i jest brane od innych autorów, nauką nie było i nie jest, i jest tylko dydaktyką lub historią, ale nie filozofią. To tak, jakby niczego w fizyce nie robili, odkryć nie mieli i zajmowali się powtarzaniem tego, co przed nimi zrobili inni. Jeżeli do roku 2000 filozofami nie zostali, to płonne są nadzieje, że w roku 2000 nimi będą. Powtórzę: "taka wolność (hazardyzacja) zawsze powoduje, że gorsze wypiera lepsze - wbrew temu, co wtłoczono ludziom do głowy środkami nieetycznymi (hipnozą)" Odpowiedz Link Zgłoś
hasz0 rekt. Porębski został po wypadkach III 1968 z1sekr 20.07.07, 10:05 POP PZPR... i zwykłęgo dr awansował na profesora i w 3 m-ce jako rektor zamienił Politechnikę w zwaną dalej... "szkołę" oraz wydawał regularnie "Księgi pana Tadeusza" skreślony student traktował ten przypadek jako poważne wezwanie do dziekana który pokazywał mu paragraf w ksiedze nr taki a taki... student pokazywał w swojej nr taki a taki paragraf wg którego nie był skreślony i...wracał do brydża. Odpowiedz Link Zgłoś
rycho7 o domyslaniu sie 20.07.07, 15:34 hasz0 napisał: > POP PZPR... Domyslam sie, ze robiasz za ironie i Wszechmogacego wcieliles w Porębskiego. Nie da sie ukryc, ze w Twoich urojeniach robi on za Pierwszego Sekretarza Najwyzszej Organizacji Partyjnej Popieprzonych Zadymiarzy Porubstwa Rujnego. Odpowiedz Link Zgłoś
hasz0 Tadeusz Porębski był 1 sekr. POP PZPR P Wr. 20.07.07, 15:47 i dr inż. - awansował ideologicznie na prof. zwyczajn. i rektora za zasługi w przewodniczeniu Senackiej Komisji Dyscyplinarnej Politechniki i wydaniu około 100 wilczych biletów na polecenie SB. Takie mundre dr awansowały w PRL-u w niecałe 3 miesiace o tyle szczebli... pryzmat.pwr.wroc.pl/Pryzmat_140/140marz.html Odpowiedz Link Zgłoś
rycho7 gratuluje nastepnego sukcesu w USAnskim sadzie 20.07.07, 20:28 hasz0 napisał: > Takie mundre dr awansowały w PRL-u Moze nie wiazalo sie to z wyZerowaniem IQ>170. Ciesze sie, ze PiS odzyska takze USAnskie sadownictwo. MacCarthy nie usunal szarej sieci. Jedyna nadzieja w kaczkach drapiezcach. No i w Haszu w Trojcy Jedynym. Odpowiedz Link Zgłoś