Gość: camrut
IP: *.echostar.pl
28.07.03, 19:35
Chwalmy Pana! 28 lipca mija 10. rocznica podpisania konkordatu. Dla
uczczenia tego doniosłego święta przedstawiamy dziś pierwszą, tajną i
nigdzie dotąd nie opublikowaną wersję konkordatu. Bezczelność zawartych w
niej propozycji była tak wielka, że nie zgodziła się na nie nawet Hanna
Suchocka. Porównajcie je sobie z rzeczywistością. Można dojść do zabawnych
wniosków.
Błyskawiczne postępy, jakie odnowiona Rzeczpospolita u swego zarania
poczyniła we wchodzeniu klerowi w dupę, najpełniej obrazuje zestawienie
dwóch projektów konkordatu: uzgodnionego przez komisję wspólną rządu i
episkopatu w maju 88 roku projektu "Konwencji" – który następnie wylądował w
koszu wraz z peerelem – i wyrychtowanego przed biskupa Kowalczyka projektu z
października 91.
Nie uwierzylibyście, na co zgadzał się Kościół nasz święty, kiedy władza go
jeszcze – słabiutko – trzymała pod butem. Ani słowa o katolickiej większości
narodu, nierozerwalnych więzach i takich tam. "Mając na uwadze trwałe
związki Kościoła katolickiego w Polsce z życiem narodu" – wpisali w
preambule projektu czarni z komuchami pospołu, co można by równie dobrze
odnieść do Stowarzyszenia Pszczelarzy albo Związku Browarów Polskich.
"1. Polska Rzeczpospolita Ludowa jest państwem świeckim (niekonfesyjnym)
gwarantującym swobodę przekonań światopoglądowych i religijnych.
2. Stolica Apostolska uznaje tak pojętą świeckość Polskiej Rzeczypospolitej
Ludowej" – głosił art. 2, a art. 3 – to już absolutna rewelacja – oznajmiał,
iż Kościół kat. "zgodnie ze swoją doktryną naucza poszanowania prawa oraz
władzy państwowej i współdziała z Państwem dla dobra osoby ludzkiej, dobra
kraju i pokoju". Tłumacząc na nasze: w zamian za zgodę na swobodne
działanie, Kościół będzie wspierał reżim komunistyczny. Kwestie obsadzania
stanowisk kościelnych i struktur organizacyjnych Kościoła pozostawiono do
negocjacji między rządem a Watykanem, nowe zgromadzenia klasztorne wymagały
zgody władz, państwo łaskawie godziło się, aby Kościół na swoim terenie
nauczał dzieci religii, co zostało uznane za "wewnętrzną sprawę Kościoła
katolickiego", i każda w zasadzie działalność Kościoła musiała odbywać
się "według prawa polskiego". Co istotne – dotyczyło to także kwestii
majątkowych.
Niestety, komuna osierociła nas nieutulonych w żalu i przyszła demokracja.
Przyniosła ze sobą nuncjusza Kowalczyka i propozycję zaczynającą się od
takich oto słów: "Rzeczpospolita Polska, biorąc pod uwagę, że religia
katolicka jest wyznawana przez zdecydowaną większość społeczeństwa polskiego
i że Kościół katolicki wnosi, od zarania państwowości polskiej,
niezastąpiony wkład w tworzenie warunków dla osoby ludzkiej i wspólnoty
narodowej, uwzględnia to w swoim ustawodawstwie".
No i uwzględniła.
Projekt Kowalczyka używa absurdalnego terminu "Stolica Święta". Gwarantuje
tej św. stolicy wszystko, nic w zamian nie dając RP. A najśmieszniejsze jest
to, że – choć w wyniku negocjacji wykreślono z niego co bezczelniejsze
zapisy – w realu Kościół konsekwentnie je realizuje. Poczytajcie, czego nie
ma, a jakby było.
l "Państwo zapewnia Kościołowi zarządzanie i administrowanie jego sprawami i
majątkiem, zgodnie z prawem kanonicznym". W podpisanym konkordacie
ów "majątek" wypadł, ale w realu – jak wszystkim wiadomo – Kościół jest
jedyną instytucją, która zarabia miliardy złotych, nie prowadzi księgowości,
nie płaci podatków, handluje lewymi fakturami (poczytajcie choćby "Świętych
faktur obcowanie" – historię założonego przez arcybiskupa Gocłowskiego
Wydawnictwa Stella Maris i jego przekrętów z użyciem lewych faktur VAT-
owskich) i zaświadczeniami o darowiznach (że wspomnimy tylko opowieść o
bezkarności księdza z "Parafii św. PITa") i wszystkie urzędy skarbowe ma w
dupie.
l "Mianowanie, wybór lub odwołanie osób pełniących funkcje organu
reprezentującego" kościelne osoby prawne "odbywa się wyłącznie w oparciu o
przepisy prawa kanonicznego". W konkordacie tego zapisu nie ma, ale – jeżeli
wspomnimy choćby historię ks. Halberdy ("Bóg nie oddaje") – okaże się, iż w
rzeczywistości Kościół korzysta pełnymi garściami z tego przywileju. Ks.
Halberda – przypominamy – pożyczał pieniądze jako dyrektor ekonomiczny
elbląskiej kurii. Wyłudził tego szmalu 120 mln zł. A jak przyszło do
oddawania – pełnomocnicy kurii oświadczyli w sądzie, że dyrektor ekonomiczny
kurii nie reprezentuje, a zatem kuria nikomu nic nie jest winna, amen.
l "Sprawowanie kultu publicznego w innych miejscach (tj. nie kościołach) nie
wymaga zezwolenia władz świeckich". W konkordacie dopisano "chyba że
odpowiednie przepisy prawa polskiego stanowią inaczej, w szczególności ze
względu na bezpieczeństwo i porządek publiczny". W Polsce odpowiednie
przepisy prawa zobowiązują do uzyskania zezwolenia nawet babcię, handlującą
czosnkiem i jajkami na chodniku, ale Kościół swobodnie i bez skrępowania
zajmuje drogi pielgrzymkami i procesjami, nie zawracając sobie głowy choćby
kodeksem ruchu drogowego (kto próbował kiedykolwiek przejechać koło
pielgrzymki drogą szybkiego ruchu, wie, o czym mówię).
l "Prawomocne wyroki, stwierdzające nieważność małżeństwa, wydane przez sądy
kościelne, a także dyspensy papieskie od małżeństwa niedopełnionego są
uznawane przez państwo za obowiązujące". Krótko mówiąc, państwo ma uznawać
groteskowe kościelne rozwody, które mogą być udzielone z tej przyczyny, iż –
na przykład – pan młody wierność ślubował nieszczerze. W podpisanym
konkordacie ten element wypadł, ale nie mówmy hop. Póki co nie ma jeszcze
problemów z rozwodami małżeństw konkordatowych – bo nie ma takich rozwodów.
Kiedy się wszakże zaczną – problem się pojawi. Prawnicy toczą spór: czy
małżeństwo konkordatowe to dwa małżeństwa w jednym, czy też jedno wywołujące
dwojakie skutki. Wbrew pozorom, problem nie jest akademicki. Jeśli dwa – w
tym cywilny, w którym ksiądz niejako wyręcza USC – nie ma problemu, państwo
może je rozwiązać wedle swojego prawa. Ale jeśli jedno – to co? Państwo nie
może w oparciu o prawo cywilne rozwiązać małżeństwa, które powstało na mocy
prawa kanonicznego. A zatem – rozwód cywilny jest niemożliwy. Pozostaje
separacja, bo ona nie wkracza w obszar, który reguluje prawo kanoniczne. Ale
to z kolei oznacza, że rozwodnicy konkordatowi nie mogą się drugi raz
ożenić. Moim akurat zdaniem, lepiej dla nich, ale problem nierówności
prawnej pozostaje. Słychać, iż księża mają powszechny choć niejawny zakaz
dawania ślubów niekonkordatowych – czyli tylko kościelnych. Jedynym
sposobem, żeby uniknąć takiej pułapki, jest zatem najpierw zawarcie ślubu
cywilnego w USC – a potem postawienie księdza przed faktem dokonanym. Mało
kto o tym jednak wie.
l "Państwo gwarantuje, że nauczanie i wychowanie dzieci i młodzieży będzie
uwzględniać chrześcijańskie zasady etyki i wartości, którymi naznaczone jest
dziedzictwo kultury polskiej". Jak jest w rzeczywistości? Wystarczy poczytać
podręczniki do przysposobienia do życia w rodzinie oraz nie poczytać nie
istniejących w szkołach książek do edukacji seksualnej, żeby wiedzieć.
l "W przedszkolach oraz szkołach publicznych wszystkich rodzajów i stopni
nauczanie religii jest włączone w plan zajęć na równi z innymi
przedmiotami". W konkordacie nauczanie owo ma być zorganizowane "zgodnie z
wolą zainteresowanych". Dla niezainteresowanych miała być etyka. Jak jest?
Etyki nie ma prawie nigdzie. O pomysł, żeby religia była na pierwszej lub
ostatniej lekcji, tak, aby nie chodzący na nią uczniowie nie musieli
siedzieć na korytarzu – Kościół zrobił awanturę tak wielką, iż władze
oświatowe skwapliwie się z tej idei wycofały. W ustawach okołokonkordatowych
postanowiono, że stopnie z religii nie będą wpisywane na świadectwa. W
praktyce jednak, w ba