mr.jedi
19.03.05, 13:10
Taka kombinacja nie zdarzyła mi się dawno. Po mojej prawej stronie szeleścił
i bulgotał megazestaw popcorn plus cola, po lewej chrupały orzeszki w
miodzie, a za moimi plecami pobrzękiwała komórka. Przeżyłem ten koszmar na
pokazie "Egzorcysty - początek", filmu juz samego w sobie zapierającego dech
w piersi i zaburzającego spokój. Spokoju nie było mi dane zanać tego wieczoru.
Podstawową atrakcją trawienną sal kinowych jes prażona kukurydza - po naszemu
popcorn. W tym kontekście najgorsze, co może się zdarzyć, to tak zwany
kulturalny widz. Wich chamski bez żenady pcha łapę do papierowej torebki,
czerpie pełną garścią, po czym zatyka sobie narząd przezuwający, darując
innym kilka chwil spokojnego odbioru (chyba że akurat pluje dookoła ziarnami
kukurydzy, które oparły się działaniu obróbki termicznej). Tymczasem widz
kulturalny usiłuje wsunąć do papierowej torebki dłoń niepostrzeżenie. Przy
każdym szeleście nieruchomieje na dwie sekundy, po czym reaktywuje powolną
wędrówkę, serwując innym przeciągającą się w nieskończoność torturę
nieustającego szelestu. A wszystko to dla jednego ziarenka! (Człowiek
kulturalny je małymi porcjami). Czy wiecie jak szybko je sie jedno ziarenko
pocornu? Bardzo szybko! Po czym tortura zaczyna się od nowa.
Jedyną rzeczą, która może przyprawić postronnych widzów o większe męki jest
kinoman, który nie może pogodzić się ze smutnym faktem, że pepsi w papierowym
kubku naprawdę się skończyłą. Zdesperowany widz skrobie rurką po dnie kubka w
poszukiwaniu resztek napoju. Ilekroć wydaje mu się, że na coś trafił, wciąga
do płuc ilość powietrza, która powoduje, że klimatyzacja w sali zaczyna
pracowac na zdwojonych obrotach. Prędzej czy później taki widz musi wyjść za
potrzebą, depcząc wszystkim po nogach, kurtkach, torebkach i kubkach z kawą.
Po chwili wraca na salę z nowym megazestawem.
Klasycznym dźwiękiem niekonsumpcyjnym jest dzwonek telefonu komórkowego. I tu
znowu najwymyślniejsze katusze serwują ci kulturalni. Widz prostak z pełną
swobodą obmacuje wszystkie kieszenie, dając innym czas na odłuchanie
polifonicznej wersji motywu przewodniego "Mission Impossible". Następnie
odbywa rozmowę, streszczając przy okazji, co do tej pory wydarzyło się na
ekranie. Takie streszczenia bywają przydatne dla widzów, których koncentrację
zakłóciły grzebiące w papierowych torebkach dłonie, pochlipujące rurki w
kubkach, tudzież nieustannie prowadzony nasłuch, z której strony nadleci
wyplute ziarenko kukurydzy. Co innego widz kulturalny. Ten wyłącza dzwonki
przed filmem. Pozostawia wibracje. Telefon wibruje - widz nie reaguje.
Telefon znowu wibruje - i tak wiele razy. Po czwartym razie reagują już
wszyscy oprócz właściciela, który z obawy przed publicznym linczem udaje, że
to nie jego.
Wyjątkowo perfidną odmianą posiadaczy telefonów są miłośnicy SMS-ów.
Widzieliście kiedyś, jak świecą ekrany tych nowych telefonów? Przyświecam
sobie taki, ilekroć idę przez ciemny dom do łóżka.
Czy istnieje możliwość odcięcia się od kinowych kałasów, kiedy z oczywistych
powodów nie wchodzą w grę zatyczki do uszu? Otóż istnieje! Wystarczy usiąść
możliwie blisko ostatniego rzędu. Z niewiadomych przyczyn natężęnie hałasu
jest odwrotnie proporcjonalne do odległości od tylnej ściany. Widownia
ostatnich rzędów jest najcichszą, najlepiej wychowaną, najbardziej
prodietetyczną grupą kinowych bywalców - prawdziwa elita. Próbowałem kiedyś
po seansie zamienić kilka słów z opuszczającą ostatni rząd parą. Patrzyli na
mnie lekko nietutejszym wzrokiem. Film odbierany z ostatnich rzędów trafia do
człowieka z oszałamiającą siłą.
P.S. Wszystkich, któzy widzieli mnie, jak manipulując przy telefonie,
wchodziłem na pokaz "Constantine" dnia woczrajszego o 16:15 w Jankach z
ładunkiem popcornu, śliwek w czekoladzie, orzeszków w miodzie i coli,
informuję, że zaopatrzyłem się w owe produkty wyłącznie na potrzeby
niniejszego tekstu. Co potem grzecznie odchorowałem.