Gość: taki jeden
IP: *.ny5030.east.verizon.net
09.06.03, 21:47
Patrze na posty i oczom nie wierze. Wszyscy czytaja tylko rzeczy
z "branzowymi" okladkami? Jak fantastyka, to juz obowiazkowo Rojo, Vallejo
czy (niechby) Jim Burns albo Chris Foss? A gdzie, psiakosc, rzeczy rownie
fantastyczne jak Gaiman, ale nie wydawane w seriach? Prosze bardzo, jada
przyklady:
1. Patrick O'Leary, "Drzwi numer trzy" (Salamandra, uklony dla prezesa Zyska
za wydanie tego w Polsce)
2. Lucius Shepard "Life During Wartime" (patrz jw., a tlumacz ma w ryj za
polski tytul: "Zielony kocur dzungli"? Skad mu sie to wzielo?)
3. Haruki Murakami: "Koniec swiata i Hard-Boiled Wonderland" oraz "Przygoda
z owca" (wyd. Wilga, trzysta punktow karnych za tytuly, szczegolnie za ten
drugi - no po prostu zoofilia uber alles. Aha, a wstepy redaktora serii -
profesor japonistyki - swiadcza, ze koles w ogole ksiazek nie czytal)
4. Wiktor Pielewin, "Generacja P" (ponoc w SFinksie ma byc "Omon Ra" - uraa!
Pielewin to najlepszy z rosyjskich pisarzy (okolo)fantastycznych moim
zdaniem, laczacy inteligencje z erudycja. Innymi slowy, w odroznieniu od np.
autora "Labiryntu odbic", wie o czym pisze)
Ma ktos poglad na sprawe?