11.01.09, 18:25
Dopiero ta wypowiedź: 'A hula cięgiem, pije, stodołę sobie postawił, konia
przykupił, mięso co tydzień jada i herbatę pija' (Płoszka o wójcie)
uświadomiła mi w pełni, do jakiego stopnia oni mieli monotonną i praktycznie
bezmięsną dietę. Mięso co tydzień miło być niezwykłym luksusem. I to mówi
Płoszka, raz że w celach agitacyjnych, więc może przesadzać, dwa że jeden z
najbogatszych gospodarzy we wsi, więc żyjący na stosunkowo wysokiej stopie (i
żonę ma grubą!). (Kozłowej 'mięso codziennie' u wójtów można śmiało uznać za
czystą SF.)

No i faktycznie, nawet u Borynów mięso pojawia się jedynie z bardzo
szczególnych okazji: wesele oczywiście, stypa (gdzie jest powszechnie
komentowane jako rzecz niezwykła), choroba Hanki (w celach terapeutycznych),
powrót Antka z więzienia (kiedy to Hanka zgłupiała ze szczęścia i sama już nie
wiedziała, jak to uczcić). Plus Wielkanoc. Na co dzień ziemniaki (u Borynów
czy wójtów omaszczone) na każdy posiłek (plus barszcz, żur, albo mleko), od
czasu do czasu chleb, obiad niedzielny składał się z kaszy. I trzeba tu
przyznać Hance rację, Pietrkowi się w głowie przewracało, jeśli narzekał (na
przednówku!) na chleb i mleko na podwieczorek.

Nie ma jakoś mowy o marchwi czy rzepie (nie uprawiali?), z warzyw tylko
kapusta (raz) i cebula (raczej jako przyprawa) występuje. No i lebioda z
otrębami na przednówku. Czy coś przegapiłam?

Co jadły psy, w ogóle nie umiem sobie wyobrazić...
Obserwuj wątek
    • minerwamcg Re: dieta 11.01.09, 19:06
      Przypomnij sobie w "Konopielce" reakcję Kaziuka na przygotowane
      przez nauczycielkę kotlety :)
      U Borynów, jako że gospodarze zasobni, jadało się tłuściej niż u
      innych - kapustę i ziemniaki maściło się słoniną i sadłem (to
      ostatnie im bardziej śmierdziało, tym było lepsze), za to jadło się
      dużo potraw z pełnej, na ogół żytniej mąki, jak żur, kasza, na pewno
      też rozmaite prażuchy i zalewajki. Chleb tak - do wczesnej wiosny
      starczał, potem stawał się towarem luksusowym i pewnie nawet u
      bogatych nie do każdego posiłku był na stole. Za to mleka było dość,
      słodkiego i kwaśnego.
      Masło i jajka się sprzedawało, albo karmiło nimi chorych :)
      A z jarzyn był jeszcze groch, ten na pewno uprawiano i jedzono.
      Może nie było to jedzenie szczególnie wymyślne, ale dość zdrowe.
      Gdybym miała się tak żywić, dorzuciłabym witaminy - i raczej nic by
      mi nie brakowało. No i sadło wolałabym świeże niż stare :)))
      • czarna9610 Re: dieta 11.01.09, 19:11
        Boryna czule wspomina jak mu druga żona w tajemnicy przed dzieciakami kiełbasę
        podtykała. A o psach nawet nie wspomnę, suchym chlebem je karmili.Przeczytałam
        nawet ten fragment swojemu kapryśnikowi, jak nie chciał parówek na śniadanie
        • kadrel Re: dieta 11.01.09, 19:17
          Bo parówki są ze świńskiego łoju i skórek. Mądra psina, że tego nie
          chce tknąć. Ja też nie ruszam bo się brzydzę.
          Kupo mu suchej Acany. W zoologiku albo na allegro.
      • paszczakowna1 Re: dieta 11.01.09, 20:55
        > dużo potraw z pełnej, na ogół żytniej mąki, jak żur, kasza, na pewno
        > też rozmaite prażuchy i zalewajki.

        Pewnie tak, jak był czas gotować. Bo to był jeszcze jeden czynnik - potrawa
        musiała być szybka i prosta do przyrządzenia. Na jakieś pierogi itp normalna
        gospodyni nie miała czasu (no, może w zimie). NB, pamiętam z dzieciństwa, co
        jedli we żniwa gospodarze, u których byliśmy na letnisku: ziemniaki i truskawki.

        > Może nie było to jedzenie szczególnie wymyślne, ale dość zdrowe.

        Jak ta słonina i inny tłuszcz się pojawiała, i nabiał w odpowiedniej ilości, to
        OK. Inaczej, pojawiały się chyba problemy z niedoborem tłuszczu. Natomiast
        faktycznie, dzięki ziemniakom szkorbutu nie mieli na pewno.

        Dziwi trochę totalny brak ryb. Ja rozumiem, że stawy rybne to dość skomplikowana
        technicznie i kosztowna inwestycja, ale tam przecież była woda. Żaden pastuch
        wędki nie zarzucał?
        • minerwamcg Re: dieta 11.01.09, 21:12
          paszczakowna1 napisała:

          > NB, pamiętam z dzieciństwa, co
          > jedli we żniwa gospodarze, u których byliśmy na letnisku:
          > ziemniaki i truskawki.

          No i pewnie kwaśne mleko w dużych ilościach, bo przecież krowy
          trzeba było wydoić niezależnie czy żniwa, czy nie :)

          Poza tym był las. A jak las, to i grzyby, i jagody. Ze swoich
          doświadczeń żniwnych pamiętam nieśmiertelne pierogi z jagodami,
          które robiłyśmy z koleżanką dla wszystkich, w ten sposób pomagając
          gospodarzom :) Te pierogi popijało się kwaśnym mlekiem albo polewało
          śmietaną - i było to używanie co się zowie. Innym, prostszym daniem
          były te same jagody rozmieszane z kwaśnym mlekiem (taka swojska
          wersja jogurtu jagodowego, hi,hi) i tym polany szeroki makaron.
          Więc jeśli były gdzieś dzieci za małe, żeby je wziąć do żniwa, a
          dość duże, żeby posłać na jagody - mogły przynajmniej częściowo
          załatwiać sprawę aprowizacji.

          Natomiast w niedzielę musiał być porządny obiad. Gospodyni stawała
          przy kominie, gotowała zupę, piekła mięso, szatkowała jarzyny na
          surówkę - bo to była niedziela.
        • matylda1001 Re: dieta 11.01.09, 22:44
          >Żaden pastuch wędki nie zarzucał?<

          W czasie spowiedzi wielkanocnej, gdy do Lipiec zjechali księża z
          okolicznych parafii, proboszcz podejmował ich obiadem. Jambroży
          powiedział, że młynarz przysłał ryby na plebanię. Czyli ryby w
          stawie były. Myslę, że młynarz mógł mieć wyłączność na te ryby bo
          tak na zdrowy rozum, to na przednówku staw powinien byc otoczony
          wędkarzami, że nawet babom z kijankami powinno byc trudno się do
          niego dopchac.


          ----------------------------------------------------------
          Nie cierpię wegetarian bo zżerają pokarm mojemu pokarmowi!
        • weronika753 Re: dieta 12.01.09, 10:53
          > dzięki ziemniakom szkorbutu nie mieli na pewno.

          Mieli też świeżą i kiszoną kapustę, groch, latem owoce (Hanka podaje "pół sita"
          na deser po obiedzie), czyli przyswajali podstawowe witaminy.
          Lebioda jedzona na przednówku brzmi tragicznie (bo przyrządzano ją z głodu gdy
          nie było nic do jedzenia, więc jest symbolem nędzy) lecz to podobno świetne
          źródło witamin, tak samo jak młody mniszek, szczaw czy pokrzywa.

          Czym karmiono psy, to trudno sobie wyobrazić. Kuba z Łapą dzieli się kromką
          chleba, ale on prędzej sam by głodował, niż pozwolił zwierzęciu skapieć z głodu.
          Łapa je ten suchy chleb aż miło, a przecież to pies gospodarski, natomiast co
          jadły psy uboższych to strach myśleć.
          Jedno pewne, że potępiało się tych, co psów nie karmią, choćby Weronkę, że ona
          "nawet psa głodzi".
          • weronika753 Re: dieta 12.01.09, 13:18
            "Pół sita" wiśni, miało być :)
            Zresztą sama obecność sadu jest dowodem, że jedli owoce.
            • minerwamcg Re: dieta 12.01.09, 14:23
              I tradycja kradzenia owoców przez wiejskich chłopaków nie brała się
              znikąd, tylko właśnie z potrzeby witamin.
          • bupu Re: dieta 28.03.16, 16:31
            weronika753 napisała:

            > Łapa je ten suchy chleb aż miło, a przecież to pies gospodarski, natomiast co
            > jadły psy uboższych to strach myśleć.
            > Jedno pewne, że potępiało się tych, co psów nie karmią, choćby Weronkę, że ona
            > "nawet psa głodzi".

            Wybaczcie no kumy, że stary wątek odgrzewam, ale tu akurat coś niecoś wiem. Psy żywiły się w dużym stopniu same. Po to je gospodarze na noc spuszczali, żeby sobie poszły i coś upolowały, albo znalazły padlinę i przestały głowe zawracać (oprócz tego, że do pilnowania mienia, a zimą to i jeszcze od wilków. Nie, żeby psy wilki płoszyły, tylko żeby w razie wizyty głodnego wilczyska zdołały się ewakuować, bo przy radykalnym braku pożywienia wilki nader chętnie psy przy budach brały). Do tego psiska mogły się, rzadko bo rzadko, ale jednak, załapać na resztki ze stołu, plus to, co sobie zdołały w obejściu wyszperać - a to trochę karmy dla świń, a to kradzione cichcem jaje, a to latem spady w sadzie, a to szczur złapany w stodole, i tak dalej. Tam pożywienia, bywało, dla ludzi nie starczyło, ktoby jeszcze i psy karmił.
    • matylda1001 Re: dieta 11.01.09, 19:30
      Ale zauważ jak oni regularnie jadali. Śniadanie, obiad, podwieczorek
      i kolacja wyznaczały rytm dnia. Zasiadali do posiłków wspólnie,
      nawet znienawidzona przez Hanke Jagusia, w czasach najgorszych
      kłótni, była wzywana do wspólnej miski. Miski, do której tak
      gospodarz, jak i parobek wspólnie sięgali. Takie pojadanie oprócz
      tego, że siało próchnicę zębow, grużlicę i inne choróbska, to jednak
      bardzo integrowało rodzinę. Jak sie trafił gość, to tez dostawał
      łyżkę. Tylko ślepy dziad jadł oddzielnie. Tak u wójta, jak i u
      Borynów. Co jadały psy? chyba to, co ludzie, tyle że symboliczne
      porcje. Może to były jakies resztki kaszy, kartofli, czasami jakas
      kośc do ogryzienia, czasami pies sobie jakąś kurke upolował, albo
      ptaszka. Bylica zachęcając swojego Kruczka do przeprowadzki w
      borynowe obejście stwarzał przed nim perspektywe pełnej miski.
      ---------------------------------------------------------------
      "Kości zostały rzucone" - powiedział mąż, rzuciwszy chudą żonę.
    • stara_dominikowa Re: dieta 11.01.09, 21:35
      Tłuste jadło było synonimem dobrobytu. Na weselu gospodynie radzą Jagusi, żeby
      głownie tłusto jeść dawała, a chłop krzepę miał będzie. Wysokoenergetyczne
      jedzenie potrzebne było, żeby: po polach biegać w 20 stopniowym mrozie w środku
      zimy i rozmyślać (Antek), w zimowy ranek po chałupie w samych trepach łazić
      (Hanka), czekać godzinami za brogiem a i romansować do rana (Antek i Jagna),
      robić w tartaku od rana do nocy (znowu Jantoś). Jeśli komuś stosującemu tłustą
      dietę rósł brzuch - od razu widać obibok. Ciężka praca, chłód usprawiedliwiają
      tłuszczomanię chłopów.
      Wszechobecne były ziemniaki. Kapustę rytualnie szatkowano i do beczek pakowano -
      musiała więc stanowić ważny element diety (Hanka zostawiła Antkowi kapustę w
      rynce na blasze). O grzybach faktycznie nie ma nic, za to jagody zbierała Józka
      (zawsze zastanawiałam się jak można pozwolić komuś nasypać sobie jagód do
      kapelusza - Józka tak właśnie zmasakrowała kapelusz Antka:). Jedyne ryby jakie
      pamiętam to śledzie w karczmie.
      Mleko, ziemniaki, chleb, tłuszcz, kapusta - faktycznie, nic ciekawego. Do tego
      pewnie sezonowo jabłka, jagody. Nasze zdziwienie monotonią wynika pewnie z tego,
      że mamy jedzenia pod dostatkiem...
      • ewa9717 Re: dieta 11.01.09, 23:13
        Z owoców oprócz jabłek na pewno i inne w sadach były. Z lasu
        ciągnęli orzechy, maliny, jeżyny, poziomki, jagody, grzyby, pewnie i
        zurawinę jak się trafiła, do jedzenia nadawały się też orzeszki
        buczyny. Z warzyw na pewno oprócz kapusty i grochu uprawiano
        marchew, buraki, czosnek, rzepę, kartofle, pasternak, pewnie i
        jeszcze co. No i zboża, więc mąka, kasze,
      • minerwamcg Re: dieta 11.01.09, 23:21
        Stara Dominikowa prawi:
        > Mleko, ziemniaki, chleb, tłuszcz, kapusta - faktycznie, nic
        > ciekawego.

        I dobrze gada: było to bowiem jadło nie nowe - ale zdrowe.
        Średniozamozna szlachta po dworach też jadała głównie te właśnie
        rzeczy - tyle, że wymyślniej przyrządzone i mniej "oszczędne". Z
        mięsa miała do dyspozycji jeszcze dziczyznę, bo się polowało, z
        nabiału jajka i więcej rodzajów sera, warzyw i owoców też pewnie
        bywało więcej gatunków. I to wszystko.
        • paszczakowna1 Re: dieta 11.01.09, 23:34
          > Średniozamozna szlachta po dworach też jadała głównie te właśnie
          > rzeczy

          No nie, tu się nie zgodzę. Szlachta jadała inaczej, i zdecydowanie mniej zdrowo
          - przede wszystkim mięso, dużo mięsa. Wystarczy rzucić okiem do 'Kucharki
          litewskiej' albo książek Ćwierciakiewiczowej (to przecież ten okres) - przepisy
          na rosół grozą przejmują.

          Folwarki szlacheckie produkowały sporo żywności, sprzedaż często była
          nieopłacalna (transport!), to trzeba było zjeść.
          • minerwamcg Re: dieta 11.01.09, 23:53
            Ale poza tym, że proporcje przechylały się z ziemniaków w stronę
            mięsa i tłuszczu, to raczej produkty były te same. Czytałam sporo
            wspomnień z XIX wieku, pisanych przez ludzi raczej skromnie
            żyjących - na pierwszy stół często gęsto wjeżdżały te same potrawy,
            co dla służby czy folwarcznych, rarytasy typu kawa, czekolada, owoce
            południowe, bakalie były rzeczywiście rarytasami, na codzień jadło
            się obficie, ale mało wymyślnie (sławne "flaki z olejem" nie
            skądinąd się wzięły), a obok "Kucharki litewskiej" na półce
            stała "Kuchnia jarska", z racji ściśle przestrzeganych i długich
            postów.
    • cahir4 Re: dieta 13.01.09, 21:10
      A mnie dziwiło, że jakieś mało ciekawe te potrawy były. No pierogi to może zbyt
      pracowite na co dzień (ale czy na pewno dla nich?), ale już kluski wszelakie, z
      tym mlekiem właśnie, to były na porządku dziennym. I kasze różne - dlaczego brak
      gryki?
      Generalnie to było dieta z małą ilością białka. Nabiał tylko i to nie za wiele
      (już jajka to oszczędzano i szły na sprzedaż), a w Wielkim Poście kilka tygodni
      bez produktów mlecznych w ogóle. Mleka wcale nie było pod dostatkiem. Może u
      Borynów, jak mieli pięć krów na troje dorosłych, dwoje "średnich" i dwoje
      dzieci. A i tam się Pietrek skarży, że sama woda, czyli zapewne dostał mleko
      "odtłuszczone", z którego zebrano śmietanę. W końcu śmietana i masło to też były
      produkty na sprzedaż. Mnie osobiście dziwi, że tylko jeden jarmark Reymont
      opisał, a potem tylko raz wspomniał, że matka Tereski jajka zawiozła do miasta.
      A przecież to wożenie produktów nabiałowych na handel nie odbywało się raz do
      roku, jak sprzedaż konia czy kupno krowy, ale w miarę regularnie - było
      podstawowym źródłem gotówki.
      • matylda1001 Re: dieta 13.01.09, 22:53
        Też się kiedys zastanawiałam co oni robili z tymi produktami. W
        gospodarstwie Borynów sporo musiało tego być, a jakoś nikt z nich
        nie woził nic do miasta. Taki wyjazd do miasta, to była cała wyprawa
        i zmarnowany dzien. Myślę, że "handel obwożny" to nie wynalazek
        naszych czasów. Żyd Judka, który przed świętami Wielkanocnymi
        wymieniał wstążki, fryzki, garnki na kury, jajka i ciołki, zajeżdzał
        do Lipiec częściej. Był we wsi znany i uważany za uczciwego kupca.
        Poza tym Jankiel też oprócz karczmy prowadził cos w rodzaju sklepu,
        w którym nie tylko wszystko mozna było kupic, ale i sprzedać. Chłopi
        nosili do niego "ćwiartki", a od Hanki chciał kupić gąski.
      • paszczakowna1 Re: dieta 13.01.09, 23:08
        > A mnie dziwiło, że jakieś mało ciekawe te potrawy były. No pierogi to może zbyt
        > pracowite na co dzień (ale czy na pewno dla nich?), ale już kluski wszelakie, z
        > tym mlekiem właśnie, to były na porządku dziennym. I kasze różne - dlaczego bra
        > k
        > gryki?

        A może, zwyczajnie, nie umieli dobrze gotować? Nie było tradycji? W końcu nędza
        chłopa w XVIII-pierwszej połowie XIX wieku nie była wymysłem, oni naprawdę żyli
        na granicy minimum biologicznego. Stare tradycje kulinarne w tych warunkach
        zanikły, a nowe (typu potrawy z ziemniaków) nie miały się jak rozwinąć. Później
        u zamożniejszych chłopów byłoby już z czego gotować, ale może nie było skąd
        wziąć wiedzy, jak gotować 'lepsze' potrawy. Niby znamy potrawy 'chłopskie', ale
        czy to aby nie były potrawy raczej zaścianka szlacheckiego (te różne pierogi,
        babki ziemniaczane, zeppeliny, itp)? Kto wie, może u Rzepeckich można by fajniej
        było zjeść?

        > produkty na sprzedaż. Mnie osobiście dziwi, że tylko jeden jarmark Reymont
        > opisał, a potem tylko raz wspomniał, że matka Tereski jajka zawiozła do miasta.
        > A przecież to wożenie produktów nabiałowych na handel nie odbywało się raz do
        > roku, jak sprzedaż konia czy kupno krowy, ale w miarę regularnie - było
        > podstawowym źródłem gotówki.

        Żyd. (Vide Jagusia i jej 10 rubli.) Od biedy pewnie można by i w karczmie
        Jankielowi sprzedać, ale na pewno regularnie przyjeżdżała konkurencja handlowa
        (w rodzaju tego nieszczęsnego szmaciarza). W mieście można było pewnie lepiej
        sprzedać, ale dochodziły koszty transportu.
        • cahir4 Re: dieta 14.01.09, 00:33
          (te różne pierogi,
          > babki ziemniaczane, zeppeliny, itp)?

          Mniam... babki ziemniaczane i zeppeliny, podobnie jak inne wynalazki z surowych
          tartych ziemniaków to raczej na północ od Lipiec i nieco na wschód. Podlasie
          bardziej. Zresztą one się u nas nazywały podobno kartaczami, do moich czasów
          przetrwały w wersji pomniejszonej i zaokrąglonej jako pospolite pyzy z mięsem.
          Ino tak sobie myślę, że jeśli akcja powieści ma być w pierwszej połowie lat
          80-tych, to zeppelinów tak czy inaczej jeść nie mogli ;)...

          Zaciekawiło mnie przy okazji, że przywróciłaś im "oryginalną' pisownię. Zawsze
          myślałam, że wzięliśmy tę nazwę od Litwinów, a u nich to już zlitewszczony
          cepelinas. Swoją drogą jestem ciekawa, jak nazywali toto wcześniej.

          Wiesz, nie chodziło mi o jakieś wyraźnie lepsze potrawy. Zawsze wydawało mi się,
          że przy ubóstwie produktów próbowano sobie trochę urozmaicić posiłki sposobem
          przyrządzenia. Choćby jakieś zacierki na przykład, placki przecież najróżniejsze
          były robione (jak olej do smażenia był), nawet kasza, to prażucha jakaś czasem
          dla odmiany albo co. Może dlatego, że facet, to Reymont do kulinariów takiej
          wagi nie przykładał i kazał im w kółko chleb z mlekiem i ziemniaki z mlekiem
          zasuwać. Ale z drugiej strony, sporo o konkretnych potrawach pisze i te
          wigilijne szczegółowo wymienia, i te wszystkie od święta, czy to wesele, stypa,
          czy Wielkanoc, też.

          Jakoś tak nie mogę uwierzyć, że po prostu nie umieli. Ale może ja zaściankowe
          myślenie prezentuję?
          • enesaj Re: dieta 11.11.16, 17:30
            Facet też człowiek, jeść musi.
      • weronika753 Re: dieta 14.01.09, 08:52
        > Mnie osobiście dziwi, że tylko jeden jarmark Reymont
        > opisał, a potem tylko raz wspomniał, że matka Tereski jajka zawiozła do miasta.
        > A przecież to wożenie produktów nabiałowych na handel nie odbywało się raz do
        > roku, jak sprzedaż konia czy kupno krowy, ale w miarę regularnie - było
        > podstawowym źródłem gotówki.

        Pewnie dlatego, że jarmark jest raz do roku (Jahr Markt) i stąd impreza na
        całego, święto na całą okolicę. Do dziś mamy Jarmark Dominikański, Kaziuki etc.
        Za to targ mógł być nawet dwa razy w tygodniu. Dlatego też wyjazd na targowisko
        mógł być czymś banalnym i rutynowym.
        • minerwamcg Re: dieta 14.01.09, 11:35
          Generalnie do miasta się chodziło i jeździło. Pamietacie, jak się
          Józka upominała, że w drabkach i w ślepą kobyłę nie pojedzie i w
          końcu pojechała bryczką jak przystało gospodyni? Pojechała zaś po
          brezylię (cokolwiek by to było) do farbowania jajek i jakieś tam
          wstążki-tasiemki.
          • cahir4 Re: dieta 14.01.09, 11:56
            No właśnie, a do sprzedania nie wzięła nic. Poza matką Tereski, to
            jest jeszcze wspomniane, że organistowie wożą do miasta te uzbierane
            po ludziach jajka. A o Borynach nie wspomina się, żeby coś z
            tych "drobnych" produktów sprzedawali.
            • minerwamcg Re: dieta 14.01.09, 14:53
              Bo być może drobnym bieążacym skupem płodów rolnych zajmował się
              właśnie Żyd?
              • yowah76 Re: dieta 15.01.09, 01:00
                Ziemniaki, na pewno, choc to import przecie. Kapusta swieza i
                kiszona (odporna na zimno, mozna zbierac nawet po mrozach), groch,
                pewnie brukiew, marchew i cebula z warzyw; chleb jesli to raczej na
                co dzien zytni, takze z zytniej maki zur. Mleko - dawniejsze krowy
                mialy znacznie mniejsza wydajnosc (podejrzewam, ze jesli krowa
                dawala ze 2500 litrow w laktacji to juz mogla byc niezla),
                szczegolnie w okresach kiedy pasza byla gorsza (po cos ksiadz tego
                byka kupil w koncu) a przeciez mleko szlo i dla cielecia, po
                zebraniu smietany, moze ukwaszeniu i zrobieniu sera zostawaly
                produkty typu maslanka i serwatka, zuzywane jesli nie dla ludzi to
                na pasze. Drob - rowniez mniej wydajny, na pewno te kury nie niosly
                po 300 jaj rocznie tylko raczej 80-120, mlode kogutki szly na
                sprzedaz a przy chorobie w domu pewnie sie zarzynalo co tam
                najstarszego po podworku biegalo. Gryka mogla byc, chociaz nie byla
                moze najpopularniejsza w srodkowej Polsce, mogly byc np. dynie
                (banie ;) tez sie dobrze przechowuja a to w tamtych czasach bylo
                dosc znaczace). Z produktow macznych oprocz chleba stawiam na proste
                kluchy typu zacierka, placki (raczej pieczone niz smazone), kasza
                jeczmienna i na pewno jaglana, pewnie takze siemie lniane i konopne
                jako produkt uboczny przy przodukcji wlokna, buraki (swoja droga to
                mam wrazenie - nie chce mi sie sprawdzac - ze lebioda i pokrewne
                naleza z burakami i chyba szpinakiem do jednej rodziny); owoce -
                raczej nie truskawki ;) jablka, gruszki ulegalki plus lesne
                sezonowe. A mieso faktycznie bardzo okazjonalnie zabijalo sie swinie
                ze 2 razy do roku i to musialo starczyc do nastepnej (stad to
                smierdzace sadlo, mniejsza ilosc aromatyzowala skutecznie potrawe,
                stad pasienie swini az miala slonine na 15 cm )plus dobijalo to, co
                mialo zdechnac, moze czasem ktos cos sklusowal, z wedka nad rzeka
                raczej nie mieli czasu siedziec ;) No i ta koniecznosc sprzedawania
                jak najwiekszej ilosci zeby kupic to czego sie samemu wyprodukowac
                nie dalo.
                Dla nas w ogole taka dieta wydaje sie b. monotonna, ale mamy
                rozpaskudzone podniebienia i tyle. Kiedys jadlo sie dzien w dzien to
                samo, trzy-cztery potrawy w kolko i dobrze jesli bylo, a byle slodka
                bulka byla rarytasem.
                • tt-tka Re: dieta 03.12.15, 23:05
                  Karpiele. U Paczesiow wyjatkowo dorodne, bo "z nowego nasienia byla rozsada, dobrodziej z Warszawy przywiezli". Czy karpiele to to samo co brukiew ? Gdzies tam na wiosne w ogrodku sciela sie rzedy pietruszki. Buraki jedli na pewno. Grzyby wspomniano tylko na Wigilii, ale dorzucenie grzybka albo dwoch do kaszy czy ziemniakow, tak dla smaku, bylo czesto stosowane. Groch wymieniono kilkakrotnie, za to nie pamietam zadnej wzmianki o fasoli - nie znali ?
                  Ser, jajka w zasadzie jadlo sie na Wielkanoc i wystarczy, ale maslanke, serwatke zapewne zuzywali na wlasne potrzeby. Maki uzywalo sie nawet w biedzie, Hanka po sprzedaniu krowy idzie zaplacic mlynarzowi to, co mu winna za make i kasze. A wiec jakies placki czy chocby zasmazka (na oleju) byla stosowana. Kluski to juz chyba odrobina luksusu :-)
                  Nie u Reymonta, ale pamietam opis tragicznie nedznej kielecczyzny, gdzie chlopi, co dziennikarz opisywal ze zgroza, zywili sie marchwia PASTEWNA zasypana jaglami. Skoro w biednym kieleckiem znali marchew, to w Lipcach tez powinni. I podczas procesji jest wzmianka o "konskim zebie", czyli gatunku kukurydzy. Czy on byl paszowy, czy spozywczy - nie wiem.
                  • enesaj Re: dieta 11.11.16, 18:04
                    Czy mi się wydaje, czy jakieś cielę udławiło się marchwią?
                    • tt-tka Re: dieta 11.11.16, 19:00
                      enesaj napisał(a):

                      > Czy mi się wydaje, czy jakieś cielę udławiło się marchwią?

                      Owszem, paczesiowe. Tylko nadal nie wiemy, czy byla to tylko marchew pastewna dla bydla, czy tez normalna dla ludzi :)
                      Nie pamietam, by ktokolwiek gotowal cos/jadl z marchwia.
    • kocur_zalogowany Re: dieta 21.08.15, 08:27
      Jak czytam o pętach kiełbasy w komorze, o misach kiełbasy na weselu, o czujnej kiełbasie, którą dostał Kuba przed śmiercią itd, to ślinka mi cieknie.
      Ale jak się zastanawiam nad tą kiełbasą, do której daje się pokrojone mięso, bo maszynek do mielenia nie znali, to już mi jakoś apetyt mi przechodzi.
      • matylda1001 Re: dieta 21.08.15, 10:59
        Zupełnie niesłusznie :) W tamtych czasach (i oczywiście dużo wcześniej) ludzie radzili sobie bez wszelkich kuchennych urządzeń, a efekt uzyskiwali taki, jak my, albo jeszcze lepszy. Do rozdrabniania mięsa służył tasak. Skoro potrafili zrobić tatara, to z mięsem na kiełbasę też nie mieli problemu.
      • tt-tka Re: dieta 03.05.16, 20:30
        kocur_zalogowany napisał:

        > Jak czytam o pętach kiełbasy w komorze, o misach kiełbasy na weselu, o czujnej
        > kiełbasie, którą dostał Kuba przed śmiercią itd, to ślinka mi cieknie.
        > Ale jak się zastanawiam nad tą kiełbasą, do której daje się pokrojone mięso, bo
        > maszynek do mielenia nie znali, to już mi jakoś apetyt mi przechodzi.

        Ha, i nieslusznie ! Moja babcia maszynke do miesa miala, ale kilka razy do roku (jak chciala dziadkowi zrobic extra przyjemnosc albo cos extra od niego wydebic), robila watrobke - podsmazona lub podduszona siekalo sie tasakiem na stolnicy razem z surowa cebula. Siekania na 2-3 godziny, ale wychodzila z tego jednolita gladka masa, jak dobrze wyrobione ciasto. Pychota i dalo sie :-)
      • bupu Re: dieta 03.05.16, 21:34
        kocur_zalogowany napisał:

        > Jak czytam o pętach kiełbasy w komorze, o misach kiełbasy na weselu, o czujnej
        > kiełbasie, którą dostał Kuba przed śmiercią itd, to ślinka mi cieknie.
        > Ale jak się zastanawiam nad tą kiełbasą, do której daje się pokrojone mięso, bo
        > maszynek do mielenia nie znali, to już mi jakoś apetyt mi przechodzi.

        Albo się drobniuśko siekało mięso, albo się nożem skrobało na maść. Dało się.
        • aria-pura Re: dieta 03.05.16, 21:45
          Nawet i kotlet mielony jeszcze przed wojną był kotletem siekanym, bo maszynka do mielenia była nieznana.
          • tt-tka Re: dieta 04.05.16, 04:06
            A prawdziwy tatar, jak twierdza znawcy, MUSI byc skrobany. Mielony to juz nie ten smak i nie ta klasa :-)
    • kocur_zalogowany Re: dieta 21.08.15, 18:00
      Jeszcze a propos diety.

      W powieści wstępuje "gruba kiej beczka Płoszkowa, czerwona na gębie, spaśna". O ile rozumiem duży brzuch u księdza, to ciężko mi sobie wyobrazić grubą chłopkę. Chłopki nie potrzebowały aerobiku dla utrzymania sylwetki - miały przecież dostatecznie dużo zajęć w gospodarstwie. Rozumiem mięśnie wyrobione od ciężkiej pracy, ale otyłość jakoś nie mieści mi się w głowie. Niby dieta sprzyjała tyciu, ale ilości zjadanego pożywienia trochę to utrudniał.

      • aria_pura Re: dieta 21.08.15, 18:21
        Może Płoszkowa była chora na coś powodującego tycie? Choćby na niedoczynność tarczycy.
        • kocur_zalogowany Re: dieta 21.08.15, 18:59
          Jak mogła chorować na niedoczynność tarczycy? Przecież taka niepiśmienna chłopka nie wiedziała, że w ogóle takie coś jak tarczyca istnieje :)
          • enesaj Re: dieta 11.11.16, 18:53
            Za to jej tarczyca wiedziała wszystko ;)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka