feldkurat
14.04.04, 22:45
Mam dziewczynę od dwóch lat. Wiele miłych chwil razem przeżyliśmy, od pewnego czasu zacząłem jednak podejrzewać, że to nie jest kobieta z którą chciałbym spędzić resztę życia. Ot po prostu nie byłem szczęśliwy, choć nie miałem jakichś specjalnie mocnych powodów do narzekania. Kiedy moja dziewczyna zaczęła przebąkiwać coraz śmielej o przysięgach, wspólnym mieszkaniu i takich tam, zacząłem akcję. Jak w romantycznej komedii. Długo by opowiadać jak i gdzie, zbliżyłem się jednak z dwoma innymi dziewczynami. W chwili obecnej regularnie chodzę z trzema. Poligamia, której się dopuszczam z założenia jest przejściowa. Nie miałem siły zerwać z tą "pierwszą", gdyż obawiałem się, że po niepowodzeniu zostanę zupełnie sam. Tak czy inaczej do zerwania zapewne dojdzie, choć nieco później. Z drugiej strony dwóm "nowym" zaprezentowałem się rzecz jasna jako człek wolny, bo w przeciwnym wypadku raczej nie miałyby ochoty na dalszą znajomość. Zacząłem z dwoma, żeby zwiększyć prawdopodobieństwo sukcesu. Trwa to od jakichś trzech miesięcy w ciągu których - jak by na to nie spojrzeć - żyję w kłastwie potrójnym. Tak się składa, że powoli zbliżam się do pewności, że TA osoba jest jedną z dwóch nowopoznanych. W niedługim czasie dojdzie więc zapewne do moich dwóch trudnych rozmów z kobietami, "pierwszą" i jedną z "nowych", która zresztą w międzyczasie też poczuła do mnie pewną słabość. Już niedługo będę zatem najpewniej znowu uczciwym monogamistą. Właściwie, to co robię nie jest szczególnie drastyczne, przy wielu facetach jestem aniołkiem. Ale sumienie od pewnego czasu mnie uwiera. Co Wy o tym sądzicie?
szacuneczek
Katz