zzz-z-zzz
10.11.11, 15:27
Witajcie,
mam rodzinę: żona, dzieci; a poza tym niezła praca, własne mieszkanie, samochód - powiedzmy jakieś tam minimum. W każdym razie codzienność nie jest (a może powinienem powiedzieć nie powinna być) problemem. Jednak z niepokojem zauważam, że oddalamy się od siebie, jak magnesiki ustawione do siebie tymi samymi biegunami. Moje próby integracji rodziny są torpedowane - nie da się wspólnie nigdzie wyjść, czy wyjechać, tak np. w niedzielne popołudnie, jak i na długi weekend; wakacje, to stres, a nie przyjemność, mimo, że naprawdę w fajnych miejscach. Ostatnio proponowałem w drodze na południowe plaże przejechać przez kilka krajów Europy i zobaczyć kilka fajnych miejsc. Coś, o czym kiedyś marzyłem, dla nich nie ma wartości. Nie pojechaliśmy... Co tu daleko szukać, nawet nie da się zjeść wspólnie posiłku. Problemem dotyczy córki, której chłopak ma dla niej czas tylko w wolne dni, więc blokuje nas wszystkich, no bo przecież "nie zostawimy jej samej". Dzieje się to za aprobatą żony, która sprawom dzieci daje absolutny prymat, nie szukając rozwiązań dobrych dla wszystkich. Kocham moje dzieci i chcę dla nich jak najlepiej, ale też nie widzę sensu stosowania ułomnych rozwiązań, jeśli są lepsze. Problem dotyczy zatem też żony: jeśli chcę, aby dzieci coś zrobiły w domu, ona to kwestionuje, a jednocześnie narzeka, że nie może zdążyć z tym czy owym i mnie w to angażuje (np. w jej obowiązki zawodowe, o domowych nie wspominając; spoko, nie ma sprawy, ale ja ze swoimi zostaję zawsze sam); jeśli proponuję wcześniejsze zaplanowanie np. długiego weekendu, nie da się; to może spontanicznie gdzieś wyskoczyć np. na kilka dni do Paryża, sami, z dziećmi - obojętne... też się nie da.
Od lat mówię, żeby podzielić obowiązki domowe, zaplanować wydatki - jakkolwiek zorganizować się "życiowo" - bez szans; sypialnię oddaliśmy dziecku, bo "musi mieć swój pokój" - łóżko mamy teraz w przechodnim pokoju dziennym (co jest dramatem, nie tylko ze względu na brak intymności, ale zwyczajnie nie można się wyspać, bo mamy różne zwyczaje, jeśli chodzi o pory zasypiania i wstawania), itd. Efekt jest odwrotny od zamierzonego - zamiast się zbliżać, coraz mniej z sobą rozmawiamy. Nic dziwnego, po tylu nieudanych próbach człowiek uczy się, że nie ma sensu podejmować kolejnych.
Nie jestem małym chłopcem i nie potrzebuje opieki (no dobra, nie pogardziłbym od czasu do czasu śniadaniem w łóżku, albo wyprasowaną koszulą, szczególnie jak jadę w delegację), ale potrzebuję bliskiego kontaktu z kobietą, z którą postanowiłem się związać, i to na różnych płaszczyznach. Czy jestem chory przyjmując, że małżeństwo to jest związek dwojga dorosłych ludzi, a nie matki z dziećmi? A może rodzina, nawet najbliższa, to jednak tylko na fotografii, bo tak naprawdę człowiek w życiu jest sam. Dla mnie to nie ma sensu, ale może taka jest "norma"? Jak sądzicie...
Pozdrawiam