sibeliuss
13.12.11, 20:17
Pewien żonaty poznał zamężną. Pracowali blisko siebie, wpadali na siebie, on się odważył, ona nie oponowała. Dość szybko doszli do hormonalnego porozumienia, trochę stratowali trawy, potem pobrudzili tapicerki na tylnych siedzeniach aut. Konkretnie, fizycznie. Ona zawsze miała orgazm, jemu też te sprawy smakowały. Było powiedziane, łączy nas fizyczność. No ale jak to w życiu bywa, pani się zakochała (że też to jest takie oczywiste i przewidywalne, a on głupi myślał, że tym razem sprawa jest jasna). Pani zostawiła męża i zaczęła mieć oczekiwania, że on zostawi żonę i zaczną wymieniać płyny ustrojowe jako para. Pan zaoponował, popłynęło trochę łez, ale tarło trwało.
Pani zaczęła mieć oczekiwania, czekać, robić wyrzuty. Pan się w podskokach wypisał z tego układu, bo żonę to on już ma, dzieci ma i w sumie poza odskocznią niczego od tej pani nie chciał. Były prośby, groźby, szantaże. Pan uciął sprawę.
I tak się zastanawiam, co w ludziach takiego jest, że nie potrafią zatrzymać się na jakimś etapie i czerpać z tego co jest i zostawić to takim jakie miało być? Atawizm?