pluskwaparszywka
29.09.08, 11:48
Jakoś tak to było dawno, kiedy jeszcze byłam młoda, zakochana i zaślepiona.
Kiedy po ciężkiej tyrce w pracy, po przyniesieniu toreb zakupów, po ugotowaniu
obiadu, po przyrządzeniu zakąsek stałam przy desce do prasowania i walczyłam z
kolejną koszulą męską… zapytałam go, czy to normalne, żeby kobieta pracowała
na dwóch etatach, odpowiedział, że i owszem. Wtedy wzięłam to za żart.
Panowie, ja rozumie ( tak, że skorzystam z Kalisza), że pewne rzeczy wynosicie
z domu, ale są pewne granice przyzwoitości! Wieszacie psy na żonie, że nie
pracuje, tylko siedzi w domu i, pijawa, ciągnie kasę na ziemniaki i śpiochy.
Wieszacie psy na tej, która wali obiad, sobotnią szarlotkę, bo przecież ma
wyjazd integracyjny. I?
Ja, na ten przykład, jestem kobietą domową. zawsze mimo to pracowałam na
przysłowiowe rajstopy itd. ale kiedy po odchowaniu (samotnym w zasadzie)
córki, z brzuchem, w którym tkwi syn, po setkach koszul, które wyprasowałam,
po stosach kanapek, ciasteczek, sałatek do pracy, które wyprodukowałam i
orzerał się nimi cały bank; jak mieszkałam z brataem, to miałam fanklub),
słyszę (od niedoszłej, i Bogu niech będą dzięki, teściowej), że ja w zasadzie
mogłabym nie pracować, gdybym trzymała mordę w kuble, to mię, za
przeproszeniem, szlag jasny trafił.
I wiecie co, panowie, to palenie staników, to qrewsko było wam na rękę