tygrysio_misio
03.03.09, 00:39
kiedys kolezanka powiedziala mi,ze ciezko byc moja przyjaciolka, bo nie
pozwalam na to
mam chyba zbyt wielkie mniemanie o przyjazni...
bo czym jest przyzjazn w wieku 18 lat?... na gadaniu o chlopakach? na gadaniu
o sprawach "cielesnych"... ja jestem szczera do bolu i nigdy nie bedzie mozna
uznac, ze rozmowy ze mna na takie tematy to wynik "przyjazni"...coz mozna
wiecejw wieku 18-lat?? co poza tym mozna zaoferowac drugiej rownolatce bez
wiekszych problemow zyciowych?
zawsze staralam sie sluchac ludzi kiedy zwracali sie do mnie zproblemami....
czasemmyslam,ze jestem dla innych za dobra, bo nikt sie nie przejmuja mna
...akurat wtedy trafilam na okres, kiedy mialam problemy w zyciu uczuciowym, a
duzo osob mowilo mi o swoich... ale zazwyczaj jestem cicha i skupiona na
sobie, analizuje sama siebie, wiec ludzie nie widza we mnie kogos do
pogadania, choc ja zawsze bylam gotowa wysluchac, przeanalizowac i roztrzaskac
kazdy problem
od dziecka decydowalam sama o sobie... rodzice nawet slowem nie odezwali sie
jak oznajmilam im gdzie chce isc do szkoly sredniej... uwazali,ze to moje
zycie i ja mam wybrac... zawsze sama rozwiazywalam wszytsko...sama
analizowalam... nie potrzebowalam innych
moze dlatego uwazano mnie za kogos z kim nie da sie zaprzyjaznic?
trzeba przyznac, ze sama przyjazn rozumialam jako cos wielkiego... uwazalam,ze
z przyjacielem musi laczyc cos wiecej niz z rodzicami na przyklad (bo rodzicow
sie ma z gory i jest sie inaczej przywiazanym, nawet jesli w normalnej
sytuacji nie lubiloby sie ich)...
kiedy bylam sama i potrzebowalam "kogos" zawsze myslam o facetach... jakos z
facetami latwiej mi sie rozmawia i takiemu bylabym w stanie wiecej
powiedziec... ja zawze potrzebowalam przytulania, a nie potrafilam przytulic
sie do kobiety
raz w zyciu pomyslam sobie o tym,ze zalezy mi na tym,zeby pewne osoby byly w
moim zyciu...
jeden to byl chlopak od 2 lat nie odzywajacy sie do mnie... tak bardzo
chcialam sie z nim przyjaznic,ze doprowadzilam do tego,ze jestesmy razem ;]
druga to byla wlasnie ta wspomniana na poczatku postu..tyle,ze wtedy
zaczelysmy studia... nie spoykalysmy sie juz co dzien..okazalo sie,ze ona
przestala miec dla mnie czas... ona wolala miec kolo siebie kogos z kim
moglaby by szjajac sie po miescie po zajeciach...tak jak ze mna w liceum...
wkoncu ja olalam, bo ile mozna odzywac sie pierwszym... przypomnialam sobie
pozniej o pewnych sprawach z nia zwiazanych... o tym,ze to ona raczej nie
potrafi byc przyjacjiolka z mojego wyobrazenia, bo przyjazn ogranicza do
zabijania czasu, a poza tym wsyztsko ma w zamian (zyczenia na swieta jak ktos
jej zlozy, prezent na urodziny jak ktos jej kupi wczesniej)
kiedy spotykalam kogos, kogo chcialabym miec w swoim zyciu, powiedziec mu o
sobie i przytulic sie i zasnac...to byl zawsze jakis facet (zreszta bylo ich z
3, nie wiecej)... zawsze w takich wypadkach oprocz checi przyjazni pojawiala
sie chec seksualna... nie zawsze bylo to mozliwe, wiec i przyjazn nie wypalala ;]
kompletnie nie rozumiem kobiet w szczegolnosci, ale i mezczyn, ktorzy maja
kilka przyjaciol/przyjaciolek... ktore uwazaja na przyjaciol osoby istniejace
w ich zyciu tylko jakis czas, a potem rozchodzace sie w inne strony... i nie
chodzi tu o rozumienie w stylu "nie popieram".. ale o "nie wiem co to i nie
moge tego odczuc"
nie wiem dlaczego chcialam to napisac... jakos tak potrzebowalam
zeby nie bylo,ze robie sobie z forum bloga: uwazacie,ze jestem nienormalna?