Wesołych Świąt!

24.12.04, 03:38
Wszystkim bywalcom tego forum: molom książkowym, przypadkowym czytelnikom,
osobnikom uzależnionym od ślęczenia nad słowem pisanym, składam życzenia
Wesołych Świąt!!!!
Proszę tylko odłożyć książkę w trakcie przygotowań - prace kuchenne wymagają
wyostrzonej uwagi oraz czujności (ostre noże, złośliwe maszynki do mięsa,
itp.)!
Wszystkiego najlepszego!! Góry książek pod choinką!!
Wasz KrisK
    • Gość: itek Re: Wesołych Świąt! IP: 62.69.194.* 24.12.04, 10:00
      Dziekuje za zyczenia, odwzajemniam je oraz przylaczam sie do nich :)

      itek
    • Gość: asica Re: Wesołych Świąt! IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 24.12.04, 10:16
      Przyłączam sie :-) i oprócz tej wymarzonej góry ksiązek życzę Wam wszystkim
      miejsca na nie. Oby przyszły rok byl owocny w konstruktywne dyskusje na forum.
      No i oby książki potaniały .... ehh to by było.

      Oczywiście aby Świeta były zdrowe, pogodne i radosne także wszystkim życzę
      • hrabalek Re: Wesołych Świąt! 24.12.04, 13:16
        Zdrowych,smacznych i pogodnych książek ups! Świąt i szczęśliwego Nowego Autora
        może mieć na imię Sylwester a nazywać Nobel!byle nie Marian Christmans.
    • Gość: m Re: Wesołych Świąt! IP: *.laczpol.net.pl 24.12.04, 13:33
      przyłączam się i nawzajem! :)
    • Gość: Zdanka Re: Wesołych Świąt! IP: *.4web.pl 24.12.04, 13:43
      Oczywiście, że Wesołych Świąt!!! Przede wszystkim niezbyt nudnych(świateczne
      Polaków przy stole rozmowy!!!) i bardzo rodzinnych świąt dla wszystkich, którzy
      święta lubią, i dla tych, którzy nie przepadają; dla tych, u których śnieg się
      całkowicie stopił i pachnie wiosną, jak i dla tych na hali Ornak, gdzie
      leży:)))))
      Spełnienia wymarzonych najtajniejszych marzeń i równie wymarzonych książek pod
      choinką:))))
      A ja już wiem, że pewne wydawnictwo wydało "dla mnie":))) w tym roku wspaniały
      prezent. Wam też takich wymarzonych , świeżo wydanych prezentów życzę:
      www.wkts.pl/index.php?catid=1&pid=276
    • yossarian18 Re: Wesołych Świąt! 24.12.04, 13:52
      Dzięki, "doktorze"!
      Wesołych Świąt!
    • Gość: moll Re: Wesołych Świąt! IP: 62.233.185.* 24.12.04, 14:21
      Dzięki i nawzajem
    • en.door.fina Re: Wesołych Świąt! 24.12.04, 14:43
      wesołych, wesołych :-)
    • bz.yk Re: Wesołych Świąt! 24.12.04, 14:54
      Wesołych Świąt
    • vilya1 Re: Wesołych Świąt! 24.12.04, 16:45
      Również życzę wesołych, radosnych Świąt, góry książek pod choinką i żeby każdy
      z Was miał w Nowym Roku czas na czytanie. :D
    • braineater święta bez prezentu - nie może tak być.... 24.12.04, 18:56
      Julio Cortazar - "Autobus"
      Tłumaczenie - Zofia Chądzyńska
      Tekst wklepał - Tomasz Kaczanowski (kaczuch@kki.net.pl)

      - Może wracając przyniesiesz mi "El Hogar" - powiedziała senora
      Roberta, zasiadając w fotelu na sjestę. Klara porządkowała
      lekarstwa na stoliku na kółkach, przebiegała pokój dokładnym
      spojrzeniem. Tak, wszystko w porządku. Matylda zajmie się senorą
      Robertą, w razie czego jest pokojówka, która wie, co i jak.
      Teraz może już wyjść, ma dla siebie całe sobotnie popołudnie,
      pójdzie do przyjaciółki, Anna czeka na nią, pogadają sobie, o
      wpół do szóstej wypiją herbatkę, radio, czekoladki.
      O drugiej, kiedy fala urzędników ginie w bramach tylu domów,
      na Villa del Parque robi się przestrzennie i jasno. Postukując
      obcasikami Klara maszerowała przez Tinogastę i Zamudio,
      rozkoszując się listopadowym słońcem, poprzecinanym przez wyspy
      cienia, które rzucały stojące wzdłuż jej drogi drzewa. Na rogu
      Avenida San Marti i Negoya, gdzie czekała na autobus 168, nad
      jej głową rozegrała się bitwa wróbli, a florencka wieża San Juan
      Maria Vianney wydała jej się bardziej czerwona niż zwykle na tle
      bezchmurnego nieba, tak wysokiego, że przyprawiało o zawrót
      głowy. Zegarmistrz don Luis ukłonił jej się z aprobatą, jakby
      doceniał jej zgrabną figurkę, pantofle jeszcze dodające jej
      smukłości, biały kołnierzyk u kremowej bluzki. Pustą ulicą
      nadjechał zapóźniony 168 i z suchym parsknięciem otworzył
      automatyczne drzwi, aby Klara, jedyna pasażerka na tym spokojnym
      o tej porze przystanku, mogła wsiąść.
      Szukając drobnych w swojej przeładowanej torebce, Klara chwilę
      zwlekała z kupnem biletu. Konduktor, krępy młodziak, wycwaniony,
      jak trzeba stać, by nie stracić równowagi na wirażach i
      przystankach, patrzył na nią z mało życzliwym wyrazem twarzy.
      Dwa razy zdążyła powtórzyć "za piętnaście", a on długo jeszcze
      się na nią gapił, jakby czymś zdziwiony, zanim podał jej różowy
      bilet; Klarze przypomniał się dziecinny wierszyk: "O ten różowy
      bilecik proszę, panie konduktorze, tak dziś chłodno jest na
      dworze, a ja lekki mam żakiecik". Uśmiechnąwszy się do siebie
      obejrzała się w tył i zobaczyła wolne miejsce obok zapasowych
      drzwi; usiadła na nim z tą maleńką przyjemnością właściciela,
      jakiej zawsze dostarcza miejsce obok okna. Wtedy spostrzegła,
      że konduktor w dalszym ciągu na nią patrzy. Na rogu Avenidy San
      Martin, koło mostu, przed samym zakrętem, kierowca odwrócił się
      i także na nią spojrzał; z odległości nie było to łatwe, w końcu
      jednak odnalazł ja oczami, zagłębioną w swym siedzeniu. Był to
      kościsty blondyn o wygłodzonej gębie; zamienił parę słów z
      konduktorem, obaj popatrzyli na Klarę, potem na siebie, autobus
      szarpnął i na dużej szybkości wjechał w Chorroarin.
      "Para idiotów" - pomyślała Klara, trochę pochlebiona, a trochę
      speszona. Wkładając bilet do portmonetki, kątem oka spojrzała na
      panią z wielkim bukietem goździków, która siedziała przed nią.
      Wtedy pani też na nią popatrzyła; odwróciła się ponad bukietem
      i popatrzyła na nią łagodnym spojrzeniem krowy w ogrodzeniu, a
      Klara wyjęła lusterko i pogrążyła się w studiowaniu swoich warg
      i brwi. Ale i w karku poczuła coś niemiłego; podejrzenie nowej
      impertynencji sprawiło, że odwróciła się szybko, tym razem już
      naprawdę zagniewana. O dwa centymetry od swojej twarzy natknęła
      się na oczy jakiegoś starego w sztywnym kołnierzyku, z bukietem
      stokrotek, wydających prawie mdlącą woń. Z głębi autobusu, z
      długiego zielonego siedzenia na końcu, wszyscy czterej
      pasażerowie patrzyli na Klarę, wydawali się krytykować coś w
      Klarze, która wytrzymywała ich spojrzenia z wzrastającym
      wysiłkiem, czując, że staje się to z chwili na chwilę
      trudniejsze, jednak nie z powodu uporczywości tych spojrzeń ani
      nie z powodu bukietów, które trzymali w rękach, raczej dlatego,
      że oczekiwała jakiegoś uprzejmego rozwiązania, jakiegoś powodu
      do śmiechu, w rodzaju sadzy na nosie, której nie miała, a
      tymczasem na jej kiełkującym uśmiechu usadawiały się, mrożąc go,
      te spojrzenia uważne i nieprzerwane, tak jakby same bukiety na
      nią patrzyły.
      Nagle zaniepokojona wsunęła się głębiej w siedzenie, chwilę
      zatrzymała oczy na zniszczonej poręczy przed sobą, potem
      popatrzyła na dźwigienkę od zapasowych drzwi i przeczytała: "W
      celu otwarcia drzwi pociągnąć dźwignię do siebie i wstać";
      wpatrywała się w pojedyncze litery, ale nie łączyła ich w słowa.
      W ten sposób osiągała jakąś sferę spokoju, zawieszenie broni dla
      myśli. Ostatecznie nic w tym dziwnego, że jadący patrzą na tego,
      kto wsiadł ostatni, nic nadzwyczajnego, że ludzie wiozą kwiaty
      na Chacaritę, i właściwie naturalne, że prawie wszyscy w
      autobusie mają bukiety. Przejeżdżali wzdłuż szpitala Alvear i
      po stronie Klary ciągnęły się puste place, za którymi daleko
      wznosiła się La Estrella, strefa brudnych kałuż i żółtych koni
      ze zwisającymi u szyi postronkami. Klara nie mogła się oderwać
      od tego widoku, którego nawet blask słońca nie był w stanie
      rozweselić, zaledwie od czasu do czasu odważając się na szybki
      rzut oka w głąb wozu. Czerwone róże i kalie, dalej ohydne
      mieczyki, brudne jakieś i zgniecione, ciemnoróżowe w sine plamy.
      Pan przy trzecim okienku (patrzył na nią, teraz nie, teraz
      znowu) wiózł goździki niemal czarne, zbite w jedną masę niby
      pokryta krostami skóra. Dwie dziewczyny o okrutnych nosach,
      które siedziały z przodu na bocznym siedzeniu, wspólnie trzymały
      bukiet ubogich:
      chryzantemy i dalie, choć same nie były biedne, miały dobrze
      skrojone kurtki, plisowane spódniczki, białe podkolanówki i
      patrzyły na Klarę z wyższością. Chciałaby zmusić do spuszczenia
      oczu te bezczelne smarkule, były to jednak cztery nieruchome
      źrenice, no a konduktor, a pan od goździków, a gorąco w kark od
      wszystkich siedzących za nią, a stary w sztywnym kołnierzyku tak
      blisko, a młodzi na tylnym siedzeniu, La Paternal, bilety z
      Cuenca skończone. Nikt nie wysiadł. Stojący na przystanku
      mężczyzna wskoczył zręcznie i stanął przed konduktorem, który
      czekał na niego w połowie autobusu, patrząc mu na ręce.
      Mężczyzna trzymał dwadzieścia centów w prawej, drugą obciągał
      sobie kurtkę. Zwlekał, nie zważając na spojrzenie tamtego. "Za
      piętnaście", doszło do uszu Klary. Tak jak ona, za piętnaście.
      Ale konduktor nie wyrywał biletu, w dalszym ciągu patrzył na
      pasażera, który wreszcie zdał sobie z tego sprawę i zrobił jakiś
      zniecierpliwiony gest: "Powiedziałem panu, że za piętnaście".
      Konduktor podał mu bilet, który tamten odebrał, teraz z kolei
      czekał na resztę. Zanim ja dostał, wsunął się lekko na puste
      miejsce obok pana z czarnymi goździkami. Wreszcie konduktor
      oddał mu pięć centów, raz jeszcze spojrzał na niego z góry, jakby
      mu badając głowę, ale tamten już tego nie zauważył, zapatrzony
      w czarne goździki. Pan od goździków również spojrzał na niego
      parę razy, wtedy młody człowiek oddał mu to spojrzenie; obaj
      niemal równocześnie zwrócili ku sobie głowy, ale nie
      prowokacyjnie - po prostu na siebie patrzyli. Klara była wciąż
      zła na dziewczyny z przedniego siedzenia; mało, że najpierw z
      niej nie spuszczały oczu, teraz przeniosły je na nowego
      pasażera. Przez chwilę, podczas gdy 168 jechał bardzo szybko
      wzdłuż muru Chacarity, wszyscy patrzyli na chłopca i na Klarę,
      tyle że na nią już nie wprost, teraz więcej interesował ich nowo
      przybyły, ale jakby ogarniając ją spojrzeniem skierowanym na
      niego, jakby łącząc ich ze sobą tą wspólną obserwacją. Co za
      idioci z tych ludzi, każdy ma bukiet, każdy ma coś do
      załatwienia, te dziewczyny także nie są już dziećmi, a wszyscy
      tacy ordynarni. Miałaby ochotę uprzedzić nowego pasażera, czuła
      budzące się w niej jakieś bezpodstawne braterstwo w stosunku do
      niego. Miała ochotę powiedzieć: "Oboje wzięliśmy bilety po
      piętnaście", tak jakby to mogło ich zbliżyć, dotknąć jego
      ramienia, poradzić mu: "Nie należy im się poddawać, to chamy,
      ukryte za tymi swoimi bukietami". Chciała
      • braineater Re: święta bez prezentu - nie może tak być...czII 24.12.04, 18:59
        Chciałaby, żeby przesiadł się
        i zajął miejsce obok niej, ale chłopiec (z bliska było widać,
        że jest bardzo młody, mimo twardości w wyrazie twarzy) opadł na
        najbliższe wolne siedzenie. Na poły rozbawiony, a na poły
        zdziwiony rewanżował się spojrzeniem konduktorowi, dwom
        dziewczynom, pani z mieczykami. Pan z czarnymi goździkami miał
        teraz głowę odwróconą w tył i patrzył na Klarę, patrzył bez
        wyrazu, spojrzeniem matowym i porowatym jak pumeks. Odpowiadała
        mu z uporem, ale czuła się jakby wydrążona, chwilami brała ją
        ochota, by wysiąść (ale ta ulica, tak daleko od przystanku, i
        w dodatku bez powodu, tylko dlatego, że nie ma bukietu);
        zauważyła, że chłopak także zaczął być niespokojny, że rzucał
        spojrzenia na lewo, na prawo, wreszcie obejrzał się do tyłu, a
        wtedy na jego twarzy odbiło się zaskoczenie na widok czterech
        pasażerów z tylnego siedzenia i starego w sztywnym kołnierzyku,
        z bukietem stokrotek. Oczy chłopca prześliznęły się po twarzy
        Klary, przez sekundę zatrzymały się na jej ustach, na jej
        brodzie; ale z przodu już ciągnęły go spojrzenia konduktora,
        dwóch smarkul, pani z mieczykami, tak że odwrócił się wreszcie
        i spojrzał na nich jakby zwyciężony. Klara porównywała to, co
        sama czuła przed chwilą, z tym, co teraz niepokoiło pasażera.
        "Biedny, także z pustymi rękami", pomyślała bezsensownie.
        Wyczuwała w nim jakąś bezbronność, miał przecież tylko oczy, aby
        powstrzymać ten zimny ogień spadający na niego ze wszystkich
        stron.
        Nie zatrzymując się 168 wpadł w kręte ulice wiodące na
        esplanadę przed cmentarzem. Dziewczyny przeszły przez cały
        autobus i usiadły obok wyjścia. Za nimi ustawiły się stokrotki,
        mieczyki, kalie. Z tyłu stłoczona grupa, której kwiaty pachniały
        dla Klary, spokojnie siedzącej obok swego okna, ale uradowanej
        na widok tylu
        wysiadających; jak przyjemnie będzie jechać pozostały odcinek.
        Czarne goździki wstały, młody pasażer podniósł się, żeby je
        przepuścić, i stał tak pochylony, częściowo wepchnięty na wolne
        miejsce przed Klarą. Był to przystojny chłopak o otwartej
        szczerej twarzy, może subiekt w aptece, może młody buchalter
        albo budowniczy. Autobus zatrzymał się lekko i drzwi parsknęły
        przy otwarciu. Chłopak czekał, by wszyscy wysiedli, aby potem
        swobodnie wybrać sobie miejsce. Klara brała udział w jego
        cierpliwym oczekiwaniu i w duchu poganiała mieczyki i róże, żeby
        raz wreszcie wysiały. Drzwi już były otwarte i wszyscy w
        kolejce, ale ciągle jeszcze nie wysiadali, patrząc na nią i na
        młodego pasażera, patrząc na nich spomiędzy bukietów kołyszących
        się tak, jakby był wiatr, jakiś wiatr spod ziemi, poruszający
        korzenie roślin i równocześnie wszystkie bukiety. Wysiadły
        kalie, czarne goździki, mężczyźni z tylnego siedzenia i ich
        kwiaty, dziewczyny, stary ze stokrotkami. Zostało tylko ich
        dwoje i nagle 168 zrobił się jakiś przytulny, bardziej szary,
        ładniejszy. Klarze wydało się słuszne (a nawet konieczne), że
        pasażer siada obok niej, mimo, że ma cały autobus do dyspozycji.
        A on usiadł, obydwoje spuścili głowy i patrzyli na własne ręce.
        Byli tylko tymi rękami, niczym więcej.
        - Chacarita ! - krzyknął konduktor.
        Klara i chłopiec odpowiedzieli na jego badawcze spojrzenie
        zgodnym: "Mamy bilety po piętnaście". Może tylko to pomyśleli,
        ale to było dość.
        Drzwi ciągle były otwarte. Konduktor podszedł do nich. -
        Chacarita - powtórzył tonem wyjaśnienia.
        Pasażer nawet na niego nie spojrzał, ale Klarze zrobiło się go
        żal. - Jadę na Retiro - powiedziała i pokazała mu bilet: "O
        ten różowy bilecik proszę, panie konduktorze".
        Kierowca o mało nie wypadł ze swego siedzenia, tak na nich
        patrzył. Konduktor odwrócił się jakby niepewny, dał mu znak
        ręką. Tylne drzwi parsknęły (przodem nie wsiadł nikt) i 168
        nabierał tempa nerwowymi zrywami, lekki i zręczny, pędząc już
        z szybkością, która ołowiem zaciążyła na żołądku Klary. Stojąc
        obok kierowcy, konduktor trzymał się chromowanego drążka i
        patrzył na nich, a oni zwracali mu to spojrzenie; tak trwało do
        zakrętu w Dorrego. Wtedy Klara uczuła, że chłopiec delikatnie
        kładzie jej rękę na ręce, jakby korzystając z tego, że z przodu
        nie widać ich. Była to ciepła, delikatna ręka, a ona nie cofnęła
        swojej, tylko powoli przesunęła ją po udzie, niżej, aż do
        kolana. Po szybko jadącym autobusie hulał prąd powietrza.
        - Tyle ludzi - powiedział chłopiec niemal że bez głosu - i
        nagle wszyscy wysiadają...
        - Wieźli kwiaty na Chacaritę - powiedziała Klara. - W sobotę
        dużo ludzi odwiedza cmentarze.
        - Tak, ale...
        - Tak, to było trochę dziwne. Zwrócił pan uwagę ? ...
        - Tak - powiedział, niemal wpadając jej w zdanie. - Zauważyłem,
        że i pani także...
        - Dziwaczne. Ale teraz już nikt nie wsiada.
        Na przejeździe kolejowym wóz raptownie zahamował.
        Niespodziewany wstrząs wyrzucił ich do przodu. Autobus drżał niby
        olbrzymie żywe cielsko.
        - Ja jadę na Retiro - powiedziała Klara.
        - Ja także.
        Konduktor nie ruszył się z miejsca, teraz gniewnie rozprawiał
        z kierowcą. Zobaczyli (nie przyznając się przed sobą, że
        obserwują tę scenę), jak kierowca opuszcza swoje miejsce i
        zbliża się do nich; konduktor szedł za nim o krok. Klara
        zauważyła, że obaj patrzą na chłopca, który prostuje się, jakby
        zbierając siły; poczuła, że drżą mu nogi i ramię wsparte o jej
        ramię.
        Rozległo się wycie pędzącej lokomotywy, czarny dym przesłonił
        ziemię. Huk pośpiesznego zagłuszył słowa kierowcy, który
        zatrzymał się o dwa miejsca od nich, pochylony jak ktoś, kto się
        szykuje do skoku. Ale konduktor chwycił go za ramię, władczo
        wskazując barierę szlabanu, która wznosiła się w górę, podczas
        gdy ostatni wagon oddalał się wśród brzęku żelaza. Kierowca
        zacisnął usta i zawrócił na swoje miejsce; z wściekłym
        podskokiem 168 przejechał przez szyny i zjechał z nasypu.
        Chłopiec zwolnił napięcie ciała, miękko zapadł się w siedzenie.
        - Nigdy nic podobnego mi się nie zdarzyło - powiedział jakby
        do siebie.
        Klarze zachciało się płakać. Szloch tkwił w niej gotowy, choć
        nieprzydatny. Podświadomie czuła, że wszystko jest w porządku,
        że jedzie pustym (z wyjątkiem chłopca) autobusem 168 i że cały
        swój protest przeciw temu, co się dzieje, mogłaby wyładować
        pociągając za dzwonek i wysiadając na najbliższym przystanku.
        Nie, przecież wszystko jest w porządku. Jedyna rzecz
        niepotrzebna to myśl, że trzeba będzie wysiąść i rozstać się z
        tą ręką, która znowu zacisnęła się na jej dłoni.
        - Boję się - powiedziała po prostu. - Gdybym była chociaż
        przypięła sobie do bluzki bukiecik fiołków...
        Spojrzał na nią, potem na jej bluzkę.
        - Ja także lubię czasem wetknąć sobie gałązkę jaśminu do klapy
        - powiedział. - Ale dziś spieszyłem się i nie pomyślałem...
        - Szkoda. Chociaż właściwie my jedziemy na Retiro...
        - No właśnie.
        Tak, to już był dialog. To już był dialog. Dbać o niego,
        Podsycać go. - Czy nie można by trochę otworzyć okna ?
        Strasznie tu duszno. Spojrzał na nią zaskoczony, bo jemu było
        raczej chłodno. Konduktor obserwował ich spod oka, rozmawiając
        z szoferem. Od szlabanu 168 nie zatrzymał się ani razu i właśnie
        zakręcali z Canninu w Santa Fe. - Przy tym siedzeniu okno nie
        daje się otworzyć - powiedział. - To jest jedyne miejsce, gdzie
        się nie otwiera, bo to są zapasowe drzwi. - Mhm - powiedziała
        Klara.
        Moglibyśmy się przesiąść.
        - Nie, nie. - Ścisnęła jego palce chcąc go zatrzymać. - Im
        mniej będziemy się ruszać, tym lepiej.
        - Można by ewentualnie otworzyć tamto okno przed nami. -
        Nie. Proszę... nie.
        Czekał myśląc, że Klara jeszcze coś doda, ale ona tylko wtuliła
        się w siedzenie. Teraz patrzyła prosto na niego, chcąc w ten
        sposób jakoś umknąć temu, co ją przyciągało tam na przodzie, tej
        nienawiści dopływającej do nich niby upał lub cisza. Chłopiec
        położył drugą rękę na kolanie Klary, która przysunęła się
        bliżej, porozumiewali się ze sobą poprzez ręce, poprzez palce,
        p
        • braineater Re: święta bez prezentu - nie może tak być...czIII 24.12.04, 19:00
          poprzez delikatną pieszczotę dłoni.
          - Czasem człowiek jest tak roztargniony - powiedziała nieśmiało
          Klara. - Ma wrażenie, że wziął wszystko, co trzeba, a zawsze o
          czymś zapomni...
          - Przecież nie wiedzieliśmy...
          - No pewno, ale w każdym razie... Tak patrzyli, zwłaszcza te
          dziewczyny, i tak się źle czułam...
          - Były nie do wytrzymania - obruszył się. - Zauważyła pani, jak
          się wszyscy umówili, żeby nie odrywać od nas oczu ?
          - Mimo że ten cały ich bukiet to były tylko chryzantemy i
          dalie, takie były pewnie siebie...
          - Bo inni dodawali im odwagi - powiedział z irytacją w głosie.
          - Ten stary obok mnie ze swoim zduszonym bukietem, z tą ptasią
          twarzą. Tylko tych z tyłu dobrze nie widziałem. Myśli pani, że
          wszyscy ? ... - Wszyscy - powiedziała Klara. - Zobaczyłam to,
          jak tylko wsiadłam. Na rogu Nogoya i Avenida San Martin. Prawie
          od razu obejrzałam się i zobaczyłam, że wszyscy, wszyscy...
          - Dzięki Bogu, że wysiedli.
          Pueyrredon, raptowne hamowanie. Ciemnoskóry policjant
          rozkrzyżował ręce, jakby obwiniając się o coś, na swoim
          podwyższeniu. Kierowca znowu wysunął się spoza kierownicy,
          konduktor chciał przytrzymać go za ramię, ale ten mu się wyrwał
          i szedł między siedzeniami patrząc na nich, zaciskając usta,
          skurczony, mrużąc oczy. "Przepuśćże tamtych - nieswoim dziwnym
          głosem krzyknął konduktor. Chóralne trąbienie rozlegało się za
          autobusem i kierowca pobiegł na miejsce. Konduktor szeptał mu
          coś do ucha, co chwila odwracając się i patrząc na nich.
          - Gdyby nie pan... - mruknęła Klara - Myślę, że gdyby nie pan,
          chyba byłabym się zdecydowała wysiąść.
          - Przecież jedzie pani dna Retiro - powiedział jakby zdziwiony.
          - Tak, mam tam kogoś odwiedzić, ale mimo to chyba byłabym
          wysiadła.
          - Ja wykupiłem bilet za piętnaście... - powiedział - Na samo
          Retiro. - Ja także. Najgorsze, że jak się wysiądzie, to potem
          trzeba nie wiem jak długo czekać na następny autobus.
          - No pewno, a jeszcze potrafi przyjechać taki zapchany... -
          Właśnie. Ciężko jest teraz jeździć po mieście. Na przykład
          metro... - Coś nieprawdopodobnego. Bardziej męczące niż potem
          osiem godzin pracy.
          W autobusie powietrze stało się nagle zielone i jasne,
          zobaczyli różowy kolor Muzeum, nowy gmach Wydziału Prawa, i 168,
          jakby rozzłoszczony tym, że już dojeżdża, przyspieszył,
          wjeżdżając w Leandro N. Alem. Jeszcze dwa razy autobus został
          zatrzymany na skrzyżowaniach i dwukrotnie kierowca chciał rzucić
          się na nich. Za drugim razem konduktor zatrzymał go, zagradzając
          mu drogę, odmawiając mu tego jakby ze złością, jakby z bólem.
          Klara czuła, że kolana podnoszą się jej do piersi, a ręce
          towarzysza opuściły ją, nagle suche, kościste, pełne napiętych
          żył. Nigdy nie widziała, jak męska ręka zmienia się w pięść, i
          teraz obserwowała te dwie masywne bryły z potulną ufnością,
          skurczona z przerażenia. A podczas tego cały czas rozmowa o
          podróżach, o ogonkach na placu de Mayo, o tym, jacy ludzie są
          ordynarni, o cierpliwości, której potrzeba do byle głupstwa,
          potem umilkli patrząc na mur otaczający stację, a towarzysz jej
          wyjął portmonetkę i szukał w niej czegoś bardzo uważnie. Palce
          mu drżały. - Już dojeżdżamy - powiedziała Klara prostując się.

          - Tak. Proszę mnie posłuchać: jak zakręci na Retiro, szybko
          wstajemy i do wyjścia.
          - Dobrze. Jak już będzie po tej stronie placu.
          - Tak. Przystanek jest zaraz za Angielska Wieżą. Pani wysiądzie
          pierwsza.
          - To obojętne...
          - Nie. Ja stanę za panią. Na wszelki wypadek. Jak tylko
          zakręcimy, wstaję i przepuszczam panią. Pani musi szybko się
          zerwać i stanąć na schodku koło drzwiczek, a ja za panią.
          - Dobrze, dziękuj - powiedziała Klara patrząc na niego z
          przejęciem i zagłębili się w swym planie, zastanawiając się nad
          ilością kroków, nad tym, jak daleko jest do drzwi. Zobaczyli,
          że 168 będzie miał zielone światło do samego placu; wśród
          drżenia szyb, o mało nie ścinając narożnika, brał wiraż całym
          pędem. Młody pasażer zerwał się z miejsca i rzucił w przód,
          Klara szybko ominęła go i ustawiła się na dolnym stopniu; stanął
          za nią i zasłonił ja sobą. Klara patrzyła w drzwi, w kwadraty
          brudnych szyb i otaczającą je czarną gumę. Nie chciała widzieć
          więcej i drżała całym ciałem. Na włosach czuła szybki oddech
          towarzysza, gwałtowne hamowanie rzuciło ich na bok w tym samym
          momencie, w którym drzwi otwarły się, a kierowca rzucił się ku
          przejściu z wyciągniętymi rękami. Klara wyskoczyła na plac;
          kiedy się odwróciła, jej towarzysz już również wyskoczył, a
          drzwi właśnie zamykały się z parsknięciem. Czarna guma ściskała
          rękę szofera, jego białe i sztywne palce. Prze okno Klara
          zobaczyła, jak konduktor rzuca się ku kierownicy, aby cofnąć
          dźwignię zamykającą drzwi.
          Wziął ją pod rękę i szybkim krokiem szli przez plac pełen
          młodzieży, sprzedawców lodów. Nie mówili nic, ale drżeli jakby
          ze szczęścia, nie patrząc na siebie. Klara pozwoliła się
          prowadzić, nieuważnie mijając trawniki, rabatki, wdychała zapach
          znajdującej się na wprost nich rzeki. Na rogu placu stał
          kwiaciarz, a on zatrzymał się przed umieszczonym na stojaku
          koszem i wybrał dwa bukieciki bratków. Podał Klarze jeden, a po
          chwili i drugi, bo właśnie wyciągał portmonetkę i płacił. Kiedy
          poszli dalej (już nie wziął jej za rękę), każde trzymało swój
          bukiecik, szli zadowoleni, każde ze swoim bukiecikiem.
          • en.door.fina Re: święta bez prezentu - nie może tak być...czII 24.12.04, 19:56
            Niesamowity jesteś; że też Ci się chciało. Jestem pod wrażeniem; przeczytałam z
            przyjemnością, bo nie znałam tego utworu.

            Pozdrawiam E.
Pełna wersja