Gość: zalamana
IP: 80.51.247.*
20.01.04, 18:51
ja juz nie moge. moje "zycie" mnie dobija. tego nawet nie mozna nazwac zyciem
tylko wegetacja. czekam...tylko juz sama nie wiem na co. czy cos sie jeszcze
zmieni? ja bardzo chcialabym zmienc cos w nim; sprawic by chcialo mi sie nim
zyc, ale sama nie dam rady, a na innych liczyc nie moge.ale moze po kolei.
jestem na ostatnim roku studiow (choc nie wiem czy skoncze, bo przez stan w
jakim jestem nie moge sie skupic na nauce).jestem bardzo samotna. sa
kolezanki, koledzy itd. ale jak przychodzi co do czego to okazuje sie ze
jestem sama ze swoimi problemami. ja lubie bywac wsrod ludzi, poznawac ich,
ale nie mam z kim nawet wyjsc na piwo. nie znaczy to ze siedze non stop w
domu, ale 90% zycia na tym wlasnie polega. nie pracuję, wolnego czasu mam
nadmiar i niemam co z nim robic. to jest przykre i ja o tym wiem. kolezanki
albo mezate i dzieciate, albo mieszkaja w odleglych miejscowoaciach. jedyna,
ktora mam blisko woli siedziec w domu. mysli ze jak wyjdzie raz na tydzien to
jest ok. a ja juz sie dusze. probowalam ja przekonac, ze jestesmy mlode i
teraz trzeba zyc, a nie "kisic" sie w domu, ale do niej to chyba nie dociera.
nie mam okazji by poznawac nowych ludzi. mam wrazenie, ze wiele trace przez
to, ze w jakims stopniu jestem uzalezniona od innych. sama nie wiem jakie
kroki moglabym podjac, aby poznac kogos nowego, kogos, z kim zajelabym ten
wolny czas. jak pomysle, ze wiosna, lato tuz tuz to odechciewa mi sie zyc, bo
dzien jest dluzszy a tym samym wolnego czasu jeszcze wiecej. popadam w
depresje, juz sama nie potrafie sie mobilizowac do czegokolwiek. slowa
typu "bedzie dobrze" juz do mnie nie docieraja, nie przekonuja mnie. ja
naprawde nie ma sily, ninawidze swojego zycia ( a powinnam sie cieszyc ze mam
sznse zyc), nie umiem sie nim cieszyc.