el-fiq
03.06.11, 22:42
Jest mi strasznie źle w małżeństwie ale nie potrafię odejść. Wciąż się zastanawiam, czy to może taki kryzys, który niebawem minie i będzie pięknie jak kiedyś... Ale czy kiedykolwiek właściwie było pieknie???
Poznaliśmy się kilka lat temu, zakochałam się ja głupia i myślałam, że on też. Zawsze to ja miałam czas, czekałam, organizowałam nam wakacje, wyjazdy. Póżniej okazało się, że jednocześnie miał inną dziewcznę, z którą mieszkał i która wierzyła, że z nią założy rodzinę. Kiedy wszystko wyszło na jaw, przekonywał, że kocha tylko mnie, że to wszystko jakaś pomyłka i że wcale nie było tak, jak ona mówi. Uwierzyłam, powidziałam, że przede wszystkim ma się odciąć od niej. Zaczeło się jakby układać, chociaż sprzeczaliśmy się często. Zawsze to ja musiałam pustąpić, przeprosić, ugłaskać. Zostaliśmy małżeństwem niecałe 2 lata temu. Było ok przez kilka miesięcy. Potem gdzieś zaczął znikać, stwierdził, że chce mieszkać z babcią, znalazł pracę bliżej jej domu. Powiedziałam ok, żeby był tam skoro chce iszykował nam miejsce, bo tam mieliśmy mieszkać na stałe. Oddalaliśmy się coraz bardziej. Coraz częściej słyszałam, że jestem głupia, niezaradna, moja rodzina jest beznadziejna, znajomi też. Wieddziałam, że ma długi i chyba coś ściemnia z pracą bo nigdy nie miał pieniędzy. Okazało się, że przez pół roku nie płacił rachunków domowych, które sam zadeklarował się, że będzie płacił, przestał płacić raty kredytu, który wzięłam dla niego na swoje nazwisko. Postanowłam powiedzieć teściom, że coś nie gra, że źle się dziej ogólnie. Okazało się, że on w ogóle nie pracuje od roku. Oszukał mnie kolejny raz. Do tego w ogóle nie czuje się winny, żadnej skruchy, słowa przepraszam. Uważa, że to ja jestem zła, niegodna zaufania, beznadziejna, brzydka itd. Stwierdził, że nie chce mieć dzieci, bo ja nie nadaję się na matkę. Nie kochamy się od niemal roku.
Widzę wiele swoich błędów w tym wszystkim. Nie miałam nigdy problemów z pracą i pieniędzmi i płaciłam za większość naszych rzeczy, utrzymanie. Nie wymagałam, żeby dokąłdał się do czegokolwiek bo mślałam, że ma zły okres, później będzie lepiej. Tak naprawdę nie zauważałam, że oncięgle kręci z pracą. Że nic mu nie odpowiada, że ciągnie zwolnienia bo nie chce mu się pracować.
Płakałam, błagałam, próbowałam coś wyjaśnić. Nic to nie dało. Tylko pogarda, złośliwości i upokorzenia. Przez ponad rok nic nie zrobił, żebyśmy mogli zamieszkać razem. Teraz mieszka u mamy i nie myśli w ogóle o jakimś miejscu dla nas. Słyszę tylko, że on chce świętego spokoju, że nie zamierza mówić mi o żadnych istotnych sprawach jego dotyczących (praca, pieniądze, plany).
Przestałam się szarpać, zajęłam się własnymi sprawami niedokończona podyplomówka, praca odstawiona dotąd na boczny tor, znajomi dla których nie miałam czasu bo zawsze on był najważniejszy. Przez te kilka lat ja gdzieś się zgubiłam, nie było ważne to, czego ja chcę i potrzebuję. Teraz on jest zaskoczony, że nie jestem na każde skinienie i obrażony jeszcze bardziej.
Co mam zrobić? Nie chcę być z oszustem, któremu nie mogę zaufać, który nie szanuje mnie, nie chce nc ze mną planować, mieć normalnego domu, dzieci... A jednocześnie nie porafię odejść...