kochanic.a.francuza
26.08.11, 15:50
Moja mama rozpamietywala swego czasu, ze nie studiowala, ze taka byla zdolna a nie wykorzystala swoichzdolnosci, ze takie zycie zmarnowane itp, czym wprawila mnie w oslupienie. Poniewaz zawsze stawialam ja sobie z wzor w niezmordowanym dazenieu do realizacji marzen.
No i tlumacze jej, ze nie dyplom uczelni, wysokie stanowisko swiadcza o dorobku i mozliwosciach danego czlowieka. No bo co to za osiagniecie, kiedy ktos np rodzi sie synem prawnika, dostaje sie (nie bez pomocy rodzica) na prawnicze studia, potem przy pomozy tegoz rodzica dostaje dobra prace w dobrej firmie itp. Co innego ktos kto z calkowitej nedzy wynosi sie do innego regionu kraju i doslownie bez jakiejkolwiek rodziny, plecow, za wlasne pieniadze ksztalci sie, zdobywa kwalifikacje gromadzi doswiadczenie, pnie sie do gory, zdobywa majatek i szacunek otoczenia. Taki ktos osiagnal wiecej, bo mial nieporownywalnie gorszy start niz przyklad prawnika, ktorego 505 sukcesu zyciowego to aspiracje rodzicow.
Mama tez oslupiala, bo nowoscia byla dla niej taka argumentacja. Mysalam, ze to oczywiste, a okazalo sie, ze nie. Ze jednak te papierki, dyplomiki (z polskich uczelni w swiecie nizananych), pozycje, ordery, szarfy i togi sie licza.
Czy sa ludzie, ktorzy mysla podobnie jak ja, czy to zbyt idealistyczne podejscie?