francesqa
04.12.11, 00:00
poznalam faceta mojego zycia, ojca moich dzieci, przyjaciela, kochanka... wszytsko co moglam zamarzyc. uczelniany casanova - typ faceta - "laski kwicza".
2 lata temu zaczelismy probowac ze soba cos stworzyc, zaczelo sie bez sesnu od ukladu bez zobowiazan. na wzajem powtarzalismy sobie "tylko sie nie zakochaj". i pozniej juz potoczylo sie PRAWIE jak zawsze. prawie - bo zackohiwalismy sie na zmiane. raz ja raz on. kiedy ja dochodzilam do wniosku ze to nie ma sensu, ze on nic nie poczuje, dawalam sobie spokoj - on okazywal wieksze zainteresowanie. i tak w kolko. sinusoida. uwielbialismy spedzac ze soba czas, robic doslownie wszytsko - od gnicia i nic nie robienia, dyskusje na temat wspolnego zawodu, i zainteresowan, po ogladanie meczy, i lzawych seriali...
tydzien temu ostatecznie zdecydowalismy ze mamy inne potrzeby. ja chce dom, dzieci, meza.... on... a on - nie. on NIE jest do mnie przekonany...cokolwiek to mialoby znaczyc. wiem, nie kocha mnie, nie jest przekonany czy to ja jestem ta jedyna itp.
wiem, rzuc dziada, stac cie na cos lepszego. wiem. wiec rzucilam. ale zeby bylo mi latwiej, zeby cos sie zmienilo postanowilam (przynajmniej na razie) ograniczyc kontakt do minimum, wrecz do 0.
tydzien temu to bylo, a mi nadal zle. brakuje mi go. wiem ze nie czeka mnie z nim zadna przyszlosc. potrzebuje kogos, kto bedzie do mnie przekonany. kto bedzie mnie kochal ponad wszystko.
od tygodnia mi zle. bo...stracilam najlepszego przyjaciela. bo, nie mam do kogo geby otworzyc. bo czuje sie samotna. wylalam milion lez. wiem ze niepotrzebnie, bo to wszystko minie.
aj...tak sie chyba chcialam wygadac.
kocham go i nienawidze. nienawidze za to ze musze tak zle sie czuc sama ze soba.