Dodaj do ulubionych

KILKA UWAG W KWESTII DYSKRYMINACJI...

08.03.02, 11:10
KILKA UWAG W KWESTII DYSKRYMINACJI
Od dłuższego czasu na łamach "Gazety Wyborczej" toczy się dyskusja o
dyskryminacji kobiet, feminizmie i o tym, czy w Polsce potrzebna jest ustawa o
równym statusie kobiet i mężczyzn. Jakoś tak się złożyło, że dotychczas na ten
temat wypowiadały się same kobiety, co powinno poważnie zaniepokoić
zwolenniczki i zwolenników równego traktowania obu płci i nie wtłaczania ich w
określone role... Żarty na bok, ale naprawdę uważam, że będąc mężczyzną mam
takie samo prawo wypowiadania się na ten temat, co kobiety - zarówno bowiem
różne traktowanie kobiet i mężczyzn, jak i sugerowane mechanizmy zmian tego
stanu rzeczy to w istocie coś, co dotyczy obu płci, a nie tylko kobiet.

Czytając kolejne artykuły publikowane w ramach wspomnianej dyskusji, zauważyłem
parę rzucających się w oczy rzeczy. Po pierwsze - o ile istnienie i stopień
dyskryminacji kobiet w naszym kraju były w nich kwestiami spornymi, o tyle nikt
nie wspomniał o niewątpliwie istniejącej w Polsce prawnej dyskryminacji
mężczyzn. Otóż, jak wszystkim wiadomo, młodzi mężczyźni posiadający
obywatelstwo polskie mają obowiązek spędzenia kilkunastu miesięcy w warunkach
ograniczenia swobody osobistej i swobody poruszania się, przypominających - co
tu dużo ukrywać - warunki więzienne. Zwie się to zasadniczą służbą wojskową.
Jak każdy wie, kobiety temu obowiązkowi nie podlegają. Z faktem odbywania przez
polską młodzież płci męskiej zasadniczej służby wojskowej związany jest też
prawdopodobnie inny przypadek prawnej dyskryminacji mężczyzn - otóż mężczyzna
nie ma prawa zawrzeć małżeństwa przed ukończeniem 21 roku życia, chyba że za
zgodą sądu. Kobietom natomiast wolno wychodzić za mąż już od ukończenia lat
osiemnastu, a za zgodą sądu nawet lat szesnastu. Tak więc pełnoletni obywatel
płci męskiej w wieku np. dwudziestu lat nie ma tych samych praw, jeśli chodzi o
zmianę stanu cywilnego, co jego rówieśnica (nawiasem mówiąc, jest to sprzeczne
wprost z art. 16 Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka).

Faktu dyskryminacji zdają się tu nie zauważać nawet sami mężczyźni (co
potwierdzają badania przytoczone przez "GW" z 21 lipca - zaledwie 10% mężczyzn
uważa się za dyskryminowanych ze względu na płeć). Nic również nie słyszałem,
aby o przejawie dyskryminacji mężczyzn, jakim jest obowiązek zasadniczej służby
wojskowej wspominała komisja ONZ w Genewie, krytykująca ostatnio polski rząd za
dyskryminację kobiet. Ciekawe, na ile wypływa to z (jak mi się wydaje, dobrze
już zakorzenionego) stereotypu, że dyskryminacja to coś, czemu często podlegają
kobiety, ale nigdy mężczyźni, a na ile z faktu, że ujęcie obowiązku służby
wojskowej młodych mężczyzn w kategoriach dyskryminacji płci postawiłoby w
bardzo niezręcznej sytuacji wielu "postępowych" i walczących z dyskryminacją
polityków z krajów, w których taki obowiązek istnieje.

Jeśli ktoś uważa, że takie ujęcie jest dziwne, niech wyobrazi sobie, że Sejm
uchwala ustawę znoszącą obowiązek zasadniczej służby wojskowej dla mężczyzn i
wprowadzającą jednocześnie taki obowiązek dla kobiet. Sądzę, że w takim
przypadku można by się było spodziewać niezwykle ostrych wystąpień feministek,
a pewnie i uznania Polski na forum międzynarodowym za kraj, w którym kobiety
dyskryminowane są w sposób wyjątkowo jaskrawy.

Drugą rzeczą, która rzuciła mi się w oczy, to przejawianie przez feministki
mentalności "chcę i mieć ciastko, i je zjeść". Mogę się z nimi zgodzić, że nie
ma "naturalnych ról społecznych" przypisanych kobietom i mężczyznom. Wprawdzie
tylko kobieta zdolna jest zajść w ciążę i urodzić dziecko, jednak ma ona wolną
wolę i (o ile nie jest ofiarą fizycznej przemocy) nie musi z tej możliwości
skorzystać. Może poświęcić cały swój czas i energię np. karierze zawodowej.
Jednak feministki, jak mi się wydaje, chciałyby czegoś więcej: tego, by kobieta
mogła wybrać rolę matki, jednocześnie nie ponosząc przy tym uszczerbku w roli
osoby robiącej karierę zawodową. Jeśli pracodawca nie chce przyjmować do pracy
kobiet w ciąży, domaga się od nich zobowiązań, że się zwolnią, jeśli zajdą w
ciążę czy też składania oświadczeń nt. korzystania z uprawnień przysługującym
pracownikom w związku z opieką nad dzieckiem, uważają to za dyskryminację
kobiet w ogóle - tak właśnie, jakby rola matek była kobietom przypisana, a nie
wynikała z ich dobrowolnych wyborów. No cóż, ani nauka, ani tym bardziej
ideologia nie potrafiły jak dotąd umożliwić zachodzenia w ciążę także
mężczyznom - jestem jednak przekonany, że gdyby także mężczyźni rodzili dzieci,
stosunek pracodawców do mężczyzn w ciąży był podobny, jak do kobiet w ciąży. Po
prostu osoba ciężarna, a następnie opiekująca się dzieckiem nie jest w stanie
(być może są wyjątki, ale chyba jest zrozumiałe, że pracodawcy w swych
kalkulacjach nie mogą zakładać, że dana osoba stanowi taki wyjątek) poświęcić
pracy zawodowej tyle sił i czasu, co osoba nie obciążona takim dodatkowym
"balastem". Co za tym idzie, jest mniej produktywna i zatrudnienie jej jest
mniej korzystne niż zatrudnienie kogoś o podobnych umiejętnościach, kto daje
gwarancję, że nie zajdzie w ciążę i nie będzie poświęcał swego czasu na
opiekowanie się dzieckiem.

Mężczyźni, jako że nie rodzą dzieci i przeważnie zajmują się nimi w stopniu o
wiele mniejszym niż kobiety, na ogół są w stanie poświęcić pracy zawodowej
więcej czasu i energii. Uważani są więc często - przy jednakowych
umiejętnościach - za bardziej produktywnych, a co za tym idzie za osoby, które
bardziej warto zatrudniać i którym warto więcej płacić. Jest to pewien
stereotyp, którego konsekwencje mogą odczuwać nawet te kobiety, które nie
wybierają "tradycyjnie kobiecej roli" matki i gospodyni domowej. Ale przyczyną
jest tu fakt, że lwia część kobiet w dalszym ciągu wybiera "tradycyjne" role,
choćby chciała łączyć je z karierą zawodową czy polityczną. Jedynie jeśli to
ostatnie uległoby zmianie (to znaczy jeśli kobiety masowo koncentrowałyby się
tylko na karierze zawodowej, rezygnując z założenia rodziny lub w ostateczności
powierzając opiekowanie się dziećmi i zajmowanie się domem swoim partnerom -
choć rodzenia dzieci niestety nie da się im przekazać), stereotyp ten mógłby
zaniknąć. Natomiast wszelkie próby zmierzające do tego by "i mieć ciastko, i go
zjeść" - w rodzaju ustaw zakazujących pracodawcom dyskryminacji kobiet w ciąży
czy opiekujących się dziećmi - obniżają tylko produktywność gospodarki
(promując generalnie pracowników mniej produktywnych), utrwalając jednocześnie
sytuację, w której kobiety usiłują masowo godzić "męską" rolę osoby aktywnej
zawodowo z "kobiecą" rolą matki i gospodyni, na ogół obie wypełniając w sposób
niedoskonały. A stereotyp kobiety jako gorszego pracownika bynajmniej nie
zanika.

Innym przejawem mentalności "chcę i mieć ciastko, i je zjeść" u niektórych
wypowiadających się na łamach "GW" feministek jest opowiadanie się przez nie za
zasadą parytetu płci w gremiach powoływanych lub mianowanych przez organy
władzy publicznej (odrzucony przez Sejm projekt ustawy o równym statusie kobiet
i mężczyzn przewidywał tu wymóg co najmniej 40-procentowego udziału każdej z
płci w takich gremiach). Jest to ni mniej, ni więcej, tylko faktyczne
popieranie zasady dyskryminacji ze względu na płeć - przy obowiązywaniu takiego
parytetu płeć osoby starającej się o pracę związaną z członkostwem w takim
gremium z konieczności musi być brana pod uwagę i jeśli przyjęcie takiej osoby
oznaczałoby, iż procentowy udział płci przeciwnej w owym gremium byłby zbyt
niski, to ta osoba nie mogłaby zostać przyjęta - właśnie z uwagi na swoją płeć.
Tak więc popierające pomysł takiego parytetu feministki z jednej strony
chciałyby, by dyskryminacji płciowej nie było - by kryterium płci nie było
stosowane (np. przy zatrudnianiu pracowników w firmach tak państwowych, jak i
prywatnych), z drugiej jednak strony chciałyby, by
Obserwuj wątek
    • wild czesc 2! 08.03.02, 11:11
      ), z drugiej jednak strony chciałyby, by przynajmniej w pewnych szczególnych
      sytuacjach właśnie takie kryterium stosowano. Tak naprawdę bowiem chodzi im nie
      tyle o zlikwidowanie dyskryminacji płciowej, a o większy dostęp kobiet do bogactw
      materialnych, władzy i wpływu na życie publiczne, zaś tego - z czego zdają sobie
      sprawę - samo zniesienie dyskryminacji płciowej nie załatwi, zwłaszcza jeśli
      chodzi o sferę polityki, czy też, jak to nazwano we wzmiankowanym projekcie
      ustawy, "służby publicznej". Wynika to z mniejszej aktywności kobiet w tej
      sferze, co owocuje małym ich udziałem w pracy partii politycznych i innych
      organizacji mających decydujący wpływ na politykę, co za tym idzie - małym
      udziałem w ich decyzyjnych gremiach, a w rezultacie - w gronie kandydatów do
      Sejmu, Senatu, organów administracji publicznej czy samorządu terytorialnego (p.
      prof. Małgorzata Fuszara w swoim artykule "Puch ciągle marny" słusznie zauważyła,
      że "jeśli nie skłania się osób (w ogromnej większości mężczyzn) wyłaniających
      kandydatów do poszukiwania kobiet kandydatek na wysokie stanowiska, proces ten
      odbywa się przez "sieć starych znajomości", które w przypadku mężczyzn oznaczają
      zgłaszanie innych mężczyzn - nie dlatego, że nie chcą oni pracować z kobietami
      czy ich popierać, ale często dlatego, że kompetencje czy przygotowanie kobiet są
      im znacznie słabiej znane"; szkoda jednak, że nie chciała wniknąć w powody, dla
      których kandydatów wyłaniają w ogromnej większości właśnie mężczyźni i dlaczego
      kwalifikacje kobiet są im znacznie słabiej znane).

      Z przyczyn ideologicznych (trudno mi znaleźć tu jakiekolwiek inne wytłumaczenie)
      opowiadające się za parytetem feministki twierdzą jednak, że tutaj także chodzi
      im o zniesienie dyskryminacji płciowej. We wspomnianym projekcie ustawy o równym
      statusie znalazł się następujący zapis: "Nie stanowią dyskryminacji tymczasowe
      środki, które zgodnie z celem aktu normatywnego mają przyczynić się do
      osiągnięcia równości płci". Niepokojąco przypomina to "jeśli ktoś Kalemu zabrać
      krowę, to zły uczynek, ale jeśli Kali zabrać komuś krowę, to dobry uczynek". P.
      poseł Teresa Jasztal przedstawiając ów projekt ustawy w Sejmie z rozbrajającą
      szczerością najpierw przytoczyła stosowanie parytetów jako przykład dyskryminacji
      kobiet: "znane są ­ z przeszłości na szczęście ­ przypadki, iż mimo zapisów
      konstytucyjnych minister zdrowia wydawał zarządzenie, że przy przyjęciach na
      akademie medyczne należy rezerwować 50% miejsc dla jednej płci", po czym
      oznajmiła: "art. 4 zawiera zapis o kwotowym udziale kobiet i mężczyzn we
      wszystkich gremiach, których członkowie są powoływani lub mianowani przez organy
      władzy publicznej. Ta kwota to nie mniej niż 40%. Ma to stanowić krok naprzód do
      uzyskania równego statusu w wymienionych organach, choć i tak obniża docelowy
      udział w porównaniu z celem wyznaczonym przez sekretarza generalnego ONZ, który
      mówi o 50-procentowym udziale kobiet w tych gremiach do 2000 r. (...) Rada Europy
      proponuje promocję pojęcia demokracji parytetowej. Kładzie ona nacisk na
      dwoistość rodzaju ludzkiego składającego się z kobiet i mężczyzn, mających taką
      samą godność i taką samą wartość. Pojęcie to zakłada, że w organach decydenckich
      każda płeć powinna mieć udział co najmniej 40-procentowy". Najprawdopodobniej nie
      dostrzegła żadnej sprzeczności między obiema wypowiedziami - i słusznie, bo w
      świetle "moralności Kalego" (propagowanej niestety, jak widać, także przez
      instytucje międzynarodowe) rzeczywiście żadnej sprzeczności tu nie ma.

      Wreszcie najistotniejsza moim zdaniem rzecz - otóż nikt w całej dyskusji wyraźnie
      nie zaakcentował różnicy pomiędzy dyskryminacją prawną - czyli ograniczaniem praw
      jakiejś grupy ludzi w stosunku do innych (np. na podstawie kryterium płci) - a
      dyskryminacją "prywatną", polegającą na różnym traktowaniu osób różniących się
      jakimiś cechami (tu - płcią) przez inne osoby w codziennych stosunkach
      międzyludzkich. Przykładem pierwszej może być np. przytoczony przeze mnie
      wcześniej obowiązek zasadniczej służby wojskowej dla mężczyzn, uzależnienie prawa
      do zawarcia małżeństwa przez mężczyznę od ukończenia przez niego 21 lat czy -
      przytaczany także przez feministki jako przykład dyskryminacji kobiet - różny
      wiek emerytalny dla kobiet i mężczyzn (na który zresztą można spojrzeć także jako
      przykład dyskryminacji mężczyzn - kobieta nabywa prawo do emerytury wcześniej,
      nie tracąc prawa do pracy). Przykładem drugiej jest np. selekcjonowanie
      kandydatów do pracy przez pracodawcę według jakiegoś kryterium (np. właśnie płci)
      lub uzależnianie wysokości ich płac od tegoż kryterium. Różnica między nimi jest
      zasadnicza: dyskryminacja "prywatna" sama w sobie nie narusza niczyich praw ani
      wolności (choć może powodować nierówności, zarówno na poziomie jednostek, jak i
      grup), natomiast zakazywanie rozmaitych jej przejawów i egzekwowanie takiego
      zakazu musi właśnie z konieczności ingerować w wolność jednostki. Nikt zresztą,
      jak sądzę, nie myśli nawet o całkowitym zakazaniu wszelkich form takiej
      dyskryminacji - prowadziłoby to do jawnego absurdu: jedyną metodą przyjmowania
      pracowników musiałoby być losowanie (bo całkowity zakaz dyskryminacji oznaczałby,
      że pracodawcy nie wolno byłoby nikogo faworyzować nie tylko ze względu na płeć,
      kolor skóry, stan zdrowia czy wiek, ale również ze względu na wykształcenie,
      doświadczenie zawodowe, referencje z poprzednich miejsc pracy, wrażenie z rozmowy
      kwalifikacyjnej, wyniki testów psychologicznych i ankiet, czy - nie daj Boże -
      wygląd zewnętrzny), a wszelkie stowarzyszenia, bez względu na ich cel i
      specyfikę, musiałyby być otwarte dla każdego. Wprawdzie w Konstytucji RP można
      wyczytać, że "nikt nie może być dyskryminowany w życiu politycznym, społecznym
      lub gospodarczym z jakiejkolwiek przyczyny" (art. 32, p. 2), ale można to chyba
      złożyć na karb, delikatnie mówiąc, braku głębszego zastanowienia się jej autorów
      i nie myślę, by ktoś chciał egzekwować ten artykuł dosłownie. Wiele (nie waham
      stwierdzić się, że większość) form dyskryminacji uważanych jest powszechnie
      (także przez feministki) za rzecz naturalną i niezbędną do prawidłowego
      funkcjonowania społeczeństwa, a rozmaite nierówności wynikające z tej
      dyskryminacji (np. to, że osoby z dyplomem ukończenia wyższej uczelni
      statystycznie zarabiają o wiele więcej niż osoby z wykształceniem podstawowym czy
      zawodowym) nie są uznawane - i słusznie - za naruszenie niczyich praw. Także
      dyskryminacja na podstawie płci jest powszechnie akceptowana w pewnej, wcale nie
      tak mało ważnej, sferze życia - mianowicie w życiu intymnym. Nikt nie kwestionuje
      prawa np. heteroseksualnego mężczyzny do odrzucenia zalotów homoseksualisty czy
      lesbijki do odrzucenia zalotów mężczyzny (wyjątkiem być może są tu właśnie
      najbardziej skrajne "męskie szowinistyczne świnie" uważające, że kobieta winna
      spełniać męskie zachcianki, ale i oni nie domagają się - w każdym razie
      oficjalnie - prawnego usankcjonowania swoich poglądów). Chyba każdy (a zwłaszcza
      feministki) rozumie, że ograniczenie tego prawa byłoby wyjątkowo okrutną
      ingerencją w wolność jednostki, a społeczeństwo zakazujące dyskryminacji w sferze
      życia intymnego oznaczałoby totalitaryzm (jeśli ktoś nie potrafi tego sobie
      wyobrazić, to polecam tu powieść Roberta Silverberga Zamknięty Świat).

      Skoro jednak fakt, że w wyniku stosowania przez pracodawców dyskryminacji ze
      względu na wykształcenie absolwenci wyższych uczelni statystycznie zarabiają
      więcej niż absolwenci zawodówek nie oznacza naruszenia praw absolwentów
      zawodówek, to również fakt, że w wyniku stosowania przez pracodawców
      dyskryminacji ze względu na płeć (załóżmy, że istotnie dlatego, choć przyczyny
      mogą tu być inne - i sądzę, że w dużej mierze właśnie tak jest, o czym pisałem
      wyżej) mężczyźni zarabiają statystycznie więcej niż kobiety nie oznacza
      naruszenia praw kobiet (choć, o
    • wild czesc 3 - ostatnia! :) 08.03.02, 11:13
      Skoro jednak fakt, że w wyniku stosowania przez pracodawców dyskryminacji ze
      względu na wykształcenie absolwenci wyższych uczelni statystycznie zarabiają
      więcej niż absolwenci zawodówek nie oznacza naruszenia praw absolwentów
      zawodówek, to również fakt, że w wyniku stosowania przez pracodawców
      dyskryminacji ze względu na płeć (załóżmy, że istotnie dlatego, choć przyczyny
      mogą tu być inne - i sądzę, że w dużej mierze właśnie tak jest, o czym pisałem
      wyżej) mężczyźni zarabiają statystycznie więcej niż kobiety nie oznacza
      naruszenia praw kobiet (choć, oczywiście, może się nie podobać). Podobnie skoro
      zmuszenie lesbijki, by przyjęła na swojego partnera mężczyznę czy formułowała
      ogłoszenie towarzyskie tak, by nie preferować kandydatów żadnej konkretnej płci
      jest oczywistym naruszeniem jej wolności, to zmuszenie tej samej lesbijki, by -
      będąc właścicielką firmy - przyjęła do pracy mężczyzn (gdy ona np. nie lubi
      przebywać w męskim towarzystwie, bo mężczyźni budzą w niej wstręt) czy
      formułowała ogłoszenie o pracę tak, by nie preferować kandydatów żadnej
      konkretnej płci jest również oczywistym naruszeniem jej wolności. I tak samo
      naruszeniem wolności jest zmuszenie mężczyzny, by ten - nie chcąc pracować z
      kobietami z powodu choćby najbardziej bzdurnych uprzedzeń - zatrudnił kobiety lub
      też formułował ogłoszenie o pracę tak, by kobiet nie dyskryminować. Co prawda,
      prawidłowo funkcjonujący rynek w krótszym lub dłuższym czasie sam skoryguje
      przypadki takiej dyskryminacji - jeśli ktoś powodowany uprzedzeniami woli
      systematycznie zatrudniać gorszych pracowników tylko dlatego, że są oni
      mężczyznami (lub kobietami), to prędzej czy później jego firma zacznie przegrywać
      z konkurentem, który takich uprzedzeń nie przejawia...

      Pytanie, jaki się tu pojawia, rysuje się więc całkiem wyraźnie: czy można w imię
      zwalczania pewnych wybranych przejawów nierówności (przy czym nie chodzi tu o
      nierówność praw, tylko o nierówność w dostępie do rozmaicie pojmowanych korzyści)
      ograniczać wolność jednostki, w takich jej aspektach, jak swoboda dysponowania
      swoją własnością (bo pracodawca zatrudniając kogoś decyduje o własnych
      pieniądzach), swoboda zawierania umów, wolność słowa (bo czyż np. ogłoszenia o
      poszukiwaniu pracowników nie są "rozpowszechnianiem informacji" i "wyrażaniem
      własnej opinii" w sensie np. art. 19 Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka?),
      swoboda stowarzyszania się czy swoboda wyboru nauczania dla swoich dzieci
      (projekt ustawy o równym statusie zakładał równy dostęp obu płci do szkół
      wszelkich typów i profili zawodowych, czyli innymi słowy delegalizował szkoły nie
      będące szkołami koedukacyjnymi)? A jeśli tak, to jak to uzasadnić w świetle tego,
      że w przypadku innych przejawów takiej nierówności (np. nierówność w dostępie do
      pracy spowodowana gorszym - czy nawet po prostu nie odpowiadającym wymogom rynku
      - wykształceniem, lub też nierówność w dostępie do pożądanego partnera życiowego
      czy seksualnego spowodowana nieatrakcyjnym wyglądem, ekscentrycznym zachowaniem
      albo niewłaściwą z jego punktu widzenia płcią) nie tylko nie uznaje się ich za
      wystarczające usprawiedliwienie dla ograniczania wolności jednostki, ale i często
      w ogóle nie uważa się ich za zasługujące na likwidację? Jednak feministki-
      zwolenniczki ustaw o równym statusie i podobnych mechanizmów inżynierii
      społecznej w ogóle nie próbowały odpowiedzieć na to pytanie (którego zresztą nikt
      im wyraźnie nie zadał). Jednym z podstawowych argumentów wysuwanych z ich strony
      było natomiast powoływanie się na autorytet - takich instytucji, jak Rada Europy
      i ONZ. Roma (a raczej Strasburg i Nowy Jork) locuta, causa finita?
      • bukowski27 dlugo, ale calkiem ciekawie. 08.03.02, 11:49
        w zasazdie sie podpisuje. o ile moge:)
        • agick Re: nie możesz.. 08.03.02, 11:51
          bukowski27 napisał(a):

          > w zasazdie sie podpisuje. o ile moge:)

          bo jesteś męską podróbą co owieczki porywa i juhaski gwałci..
          do bagna z powrotem, ale już !!

          • bukowski27 dobrze agick. przepraszam. ide posprzatac 08.03.02, 11:53
            i moze obiad ugotuje? jak przyjdziesz bedzie cieplutki. he? przepraszam. juz
            nie bede. ponioslo mnie... nie bedzie kary? co?
            • agick Re: dobrze agick. przepraszam. ide posprzatac 08.03.02, 11:57
              bukowski27 napisał(a):

              > i moze obiad ugotuje? jak przyjdziesz bedzie cieplutki. he? przepraszam. juz
              > nie bede. ponioslo mnie... nie bedzie kary? co?

              no, i żeby mi to było ostatni raz !
              obiadek ma być cieplutki - jak nie, to śpisz na wycieraczce...

              • bukowski27 dziewczyny dobra dobra. prosze o 08.03.02, 12:01
                niezartowanie. i nie monopolizowanie kanalu. bo sie zaraz smietnik zrobi:) ja
                naprawde jestem ciekawy co powiedza (bo mam nadzieje ze powiedza) forumowe
                aktywistki. ok? goraca prosba.
        • Gość: gucio Re: dlugo, ale calkiem ciekawie. IP: 194.181.183.* 08.03.02, 11:54
          bukos,

          wild odwalil kawal dobrej nikomu nie potrzebnej roboty. zamierzam udzielac sie na
          niwie ale moje szowinistyczne ego nie pozwala mi tego czynic w dzien kobiet.
          mamusiu, zobacz co mi zrobilas!!!!

          g

          bukowski27 napisał(a):

          > w zasazdie sie podpisuje. o ile moge:)

          • kwik gucior. 08.03.02, 11:57
            a gdzie pomidorowa, ja się pytam?

            • agick Re: kwisiu.. 08.03.02, 11:59
              kwik napisał(a):

              > a gdzie pomidorowa, ja się pytam?

              widzisz co się dzieje..??
              naczytał się o dyskryminacji męcizn i fika..
              trzeba z nim stanowczo..
              >

            • Gość: gucio Re: gucior. IP: 194.181.183.* 08.03.02, 12:02
              a pomidorowa nie napisze, nie przytuli.wszystkie baby to... (narrator: "ech...")
              g
              kwik napisał(a):

              > a gdzie pomidorowa, ja się pytam?
              >

      • ydorius Z właściwym sobie taktem... 08.03.02, 11:59

        koleżanki Kwik i Agick próbują odwieść nas, mężczyzn od zasadniczej części
        artykułu. Od razu widać, że treść jest im niewygodna :-)))

        Wild - dostarczyłeś mi tematów do przemyśleń. Dziękuję bardzo.

        p,
        .y.
        • kwik Witaj Ygreku 08.03.02, 12:01
          śmieci nie wyniesione trzeci dzień, a Tobie na przemyślenia sie zebrało :))))))
          Wygodna Kwik
          • agick Re: y... 08.03.02, 12:06
            Ty tu nie myśl tylko bierz się za obieranie ziemniaków..
            myślał będzie qrde mol.. a co on, filozof albo cuś..?
            i te, no.. śmieci trzeba wyrzucić - my z Kwisiem musimy sobie manicure
            poprawić.. sam widzisz - ręce pełne roboty..
            a tak w ogóle, to co to za szperanie po cudzych wątkach..??? Do bagna, ale
            już..!
    • dorota14 Re: wypowiem się jutro 08.03.02, 14:14
      bo jak sobie przerzuciłam Twoją wypowiedź do Word'a - 1,5str. drobnym maczkiem.
      A trzeba to jeszcze przeczytać, zrozumieć i przemyśleć.
      Klepać byle co każdy potrafi. Do jutra lub do wieczora
    • bukowski27 poddzwigne watek. bo cos kobiety sie 11.03.02, 10:01
      wypowiadac nie chca...

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka