wild
08.03.02, 11:10
KILKA UWAG W KWESTII DYSKRYMINACJI
Od dłuższego czasu na łamach "Gazety Wyborczej" toczy się dyskusja o
dyskryminacji kobiet, feminizmie i o tym, czy w Polsce potrzebna jest ustawa o
równym statusie kobiet i mężczyzn. Jakoś tak się złożyło, że dotychczas na ten
temat wypowiadały się same kobiety, co powinno poważnie zaniepokoić
zwolenniczki i zwolenników równego traktowania obu płci i nie wtłaczania ich w
określone role... Żarty na bok, ale naprawdę uważam, że będąc mężczyzną mam
takie samo prawo wypowiadania się na ten temat, co kobiety - zarówno bowiem
różne traktowanie kobiet i mężczyzn, jak i sugerowane mechanizmy zmian tego
stanu rzeczy to w istocie coś, co dotyczy obu płci, a nie tylko kobiet.
Czytając kolejne artykuły publikowane w ramach wspomnianej dyskusji, zauważyłem
parę rzucających się w oczy rzeczy. Po pierwsze - o ile istnienie i stopień
dyskryminacji kobiet w naszym kraju były w nich kwestiami spornymi, o tyle nikt
nie wspomniał o niewątpliwie istniejącej w Polsce prawnej dyskryminacji
mężczyzn. Otóż, jak wszystkim wiadomo, młodzi mężczyźni posiadający
obywatelstwo polskie mają obowiązek spędzenia kilkunastu miesięcy w warunkach
ograniczenia swobody osobistej i swobody poruszania się, przypominających - co
tu dużo ukrywać - warunki więzienne. Zwie się to zasadniczą służbą wojskową.
Jak każdy wie, kobiety temu obowiązkowi nie podlegają. Z faktem odbywania przez
polską młodzież płci męskiej zasadniczej służby wojskowej związany jest też
prawdopodobnie inny przypadek prawnej dyskryminacji mężczyzn - otóż mężczyzna
nie ma prawa zawrzeć małżeństwa przed ukończeniem 21 roku życia, chyba że za
zgodą sądu. Kobietom natomiast wolno wychodzić za mąż już od ukończenia lat
osiemnastu, a za zgodą sądu nawet lat szesnastu. Tak więc pełnoletni obywatel
płci męskiej w wieku np. dwudziestu lat nie ma tych samych praw, jeśli chodzi o
zmianę stanu cywilnego, co jego rówieśnica (nawiasem mówiąc, jest to sprzeczne
wprost z art. 16 Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka).
Faktu dyskryminacji zdają się tu nie zauważać nawet sami mężczyźni (co
potwierdzają badania przytoczone przez "GW" z 21 lipca - zaledwie 10% mężczyzn
uważa się za dyskryminowanych ze względu na płeć). Nic również nie słyszałem,
aby o przejawie dyskryminacji mężczyzn, jakim jest obowiązek zasadniczej służby
wojskowej wspominała komisja ONZ w Genewie, krytykująca ostatnio polski rząd za
dyskryminację kobiet. Ciekawe, na ile wypływa to z (jak mi się wydaje, dobrze
już zakorzenionego) stereotypu, że dyskryminacja to coś, czemu często podlegają
kobiety, ale nigdy mężczyźni, a na ile z faktu, że ujęcie obowiązku służby
wojskowej młodych mężczyzn w kategoriach dyskryminacji płci postawiłoby w
bardzo niezręcznej sytuacji wielu "postępowych" i walczących z dyskryminacją
polityków z krajów, w których taki obowiązek istnieje.
Jeśli ktoś uważa, że takie ujęcie jest dziwne, niech wyobrazi sobie, że Sejm
uchwala ustawę znoszącą obowiązek zasadniczej służby wojskowej dla mężczyzn i
wprowadzającą jednocześnie taki obowiązek dla kobiet. Sądzę, że w takim
przypadku można by się było spodziewać niezwykle ostrych wystąpień feministek,
a pewnie i uznania Polski na forum międzynarodowym za kraj, w którym kobiety
dyskryminowane są w sposób wyjątkowo jaskrawy.
Drugą rzeczą, która rzuciła mi się w oczy, to przejawianie przez feministki
mentalności "chcę i mieć ciastko, i je zjeść". Mogę się z nimi zgodzić, że nie
ma "naturalnych ról społecznych" przypisanych kobietom i mężczyznom. Wprawdzie
tylko kobieta zdolna jest zajść w ciążę i urodzić dziecko, jednak ma ona wolną
wolę i (o ile nie jest ofiarą fizycznej przemocy) nie musi z tej możliwości
skorzystać. Może poświęcić cały swój czas i energię np. karierze zawodowej.
Jednak feministki, jak mi się wydaje, chciałyby czegoś więcej: tego, by kobieta
mogła wybrać rolę matki, jednocześnie nie ponosząc przy tym uszczerbku w roli
osoby robiącej karierę zawodową. Jeśli pracodawca nie chce przyjmować do pracy
kobiet w ciąży, domaga się od nich zobowiązań, że się zwolnią, jeśli zajdą w
ciążę czy też składania oświadczeń nt. korzystania z uprawnień przysługującym
pracownikom w związku z opieką nad dzieckiem, uważają to za dyskryminację
kobiet w ogóle - tak właśnie, jakby rola matek była kobietom przypisana, a nie
wynikała z ich dobrowolnych wyborów. No cóż, ani nauka, ani tym bardziej
ideologia nie potrafiły jak dotąd umożliwić zachodzenia w ciążę także
mężczyznom - jestem jednak przekonany, że gdyby także mężczyźni rodzili dzieci,
stosunek pracodawców do mężczyzn w ciąży był podobny, jak do kobiet w ciąży. Po
prostu osoba ciężarna, a następnie opiekująca się dzieckiem nie jest w stanie
(być może są wyjątki, ale chyba jest zrozumiałe, że pracodawcy w swych
kalkulacjach nie mogą zakładać, że dana osoba stanowi taki wyjątek) poświęcić
pracy zawodowej tyle sił i czasu, co osoba nie obciążona takim dodatkowym
"balastem". Co za tym idzie, jest mniej produktywna i zatrudnienie jej jest
mniej korzystne niż zatrudnienie kogoś o podobnych umiejętnościach, kto daje
gwarancję, że nie zajdzie w ciążę i nie będzie poświęcał swego czasu na
opiekowanie się dzieckiem.
Mężczyźni, jako że nie rodzą dzieci i przeważnie zajmują się nimi w stopniu o
wiele mniejszym niż kobiety, na ogół są w stanie poświęcić pracy zawodowej
więcej czasu i energii. Uważani są więc często - przy jednakowych
umiejętnościach - za bardziej produktywnych, a co za tym idzie za osoby, które
bardziej warto zatrudniać i którym warto więcej płacić. Jest to pewien
stereotyp, którego konsekwencje mogą odczuwać nawet te kobiety, które nie
wybierają "tradycyjnie kobiecej roli" matki i gospodyni domowej. Ale przyczyną
jest tu fakt, że lwia część kobiet w dalszym ciągu wybiera "tradycyjne" role,
choćby chciała łączyć je z karierą zawodową czy polityczną. Jedynie jeśli to
ostatnie uległoby zmianie (to znaczy jeśli kobiety masowo koncentrowałyby się
tylko na karierze zawodowej, rezygnując z założenia rodziny lub w ostateczności
powierzając opiekowanie się dziećmi i zajmowanie się domem swoim partnerom -
choć rodzenia dzieci niestety nie da się im przekazać), stereotyp ten mógłby
zaniknąć. Natomiast wszelkie próby zmierzające do tego by "i mieć ciastko, i go
zjeść" - w rodzaju ustaw zakazujących pracodawcom dyskryminacji kobiet w ciąży
czy opiekujących się dziećmi - obniżają tylko produktywność gospodarki
(promując generalnie pracowników mniej produktywnych), utrwalając jednocześnie
sytuację, w której kobiety usiłują masowo godzić "męską" rolę osoby aktywnej
zawodowo z "kobiecą" rolą matki i gospodyni, na ogół obie wypełniając w sposób
niedoskonały. A stereotyp kobiety jako gorszego pracownika bynajmniej nie
zanika.
Innym przejawem mentalności "chcę i mieć ciastko, i je zjeść" u niektórych
wypowiadających się na łamach "GW" feministek jest opowiadanie się przez nie za
zasadą parytetu płci w gremiach powoływanych lub mianowanych przez organy
władzy publicznej (odrzucony przez Sejm projekt ustawy o równym statusie kobiet
i mężczyzn przewidywał tu wymóg co najmniej 40-procentowego udziału każdej z
płci w takich gremiach). Jest to ni mniej, ni więcej, tylko faktyczne
popieranie zasady dyskryminacji ze względu na płeć - przy obowiązywaniu takiego
parytetu płeć osoby starającej się o pracę związaną z członkostwem w takim
gremium z konieczności musi być brana pod uwagę i jeśli przyjęcie takiej osoby
oznaczałoby, iż procentowy udział płci przeciwnej w owym gremium byłby zbyt
niski, to ta osoba nie mogłaby zostać przyjęta - właśnie z uwagi na swoją płeć.
Tak więc popierające pomysł takiego parytetu feministki z jednej strony
chciałyby, by dyskryminacji płciowej nie było - by kryterium płci nie było
stosowane (np. przy zatrudnianiu pracowników w firmach tak państwowych, jak i
prywatnych), z drugiej jednak strony chciałyby, by