aga_99420
12.02.13, 12:44
Po ślubie mój mąż zdziczał. Zmienił się całkowicie i nie wiem co robić. Jedyne rozwiązanie jakie mi przychodzi do głowy to rozwód.
Ale do rzeczy. Już opisuję w czym jest problem.
Mąż zupełnie nie poczuwa się do odpowiedzialności za rodzinę. Na szczęście nie mamy jeszcze dzieci, więc rodzina zawęża się tylko do niego i mnie. Pracować mu się nie chce. Jeszcze przed ślubem, owszem pracował, ale sam się zwolnił, żeby niby poszukać czegoś lepszego. Tylko, że tak szukał, żeby nie znaleźć. Każda praca mu nie odpowiada. A to za ciężka, a to za daleko. Zawsze znajdzie jakiś powód, żeby było źle. Jak nie za małe pieniądze, to uwłaczająca czy poniżająca. Bo on jest stworzony do wyższych celów i byle robotą nie będzie się hańbił.
Żeby jeszcze tylko nie pracował zawodowo. Ale w domu też mu się nic nie chce zrobić. Nie posprząta, nie ugotuje (choć umie). Czasami tylko zrobi pranie. No i przynajmniej wstaje rano i robi mi śniadania i kawę. Dzięki temu zaoszczędzę choć chwilę czasu i mogę się spokojnie uszykować do pracy. Ale już odkurzyć czy szurnąć łazienkę to go parzy.
Ale to jeszcze nie wszystko. On ma swoje wymagania i potrzeby. Choć sam nie zarabia to chętnie wydaje. Bo potrzebuje nowe spodnie, buty czy plecak. Albo telefon (w sensie smartfon). Najlepsze jest to, że ma trochę kasy, którą dostał od rodziców, ale jej nie tknie. Ciągnie tylko ze wspólnego konta. Tamtych w ogóle nie chce ruszyć. Musiałam założyć własne konto bankowe, żeby wszystkiego nie przepuścił. Teraz wpłacam na wspólne tylko część dochodu, która powinna starczyć na opłaty i podstawowe potrzeby. Resztę oficjalnie idzie na spłatę zobowiązań. I co? Mamy dzisiaj 12-tego, a na koncie zostało niecałe 500 zł. A on co zrobił? Zarezerwował hotel w Zakopanem na weekend (bo musi odpocząć od nicnierobienia). Ciekawe tylko z czego to zapłaci.
Ponadto jest roszczeniowy. (Na szczęście) jeszcze przed ślubem kupiłam mieszkanie. W dużej części za gotówkę zarobioną własnymi rękami. On się obijał, a ja łapałam dodatkowe zajęcia w soboty i niedziele, żeby to kupić. A on teraz mówi, że skoro jesteśmy małżeństwem, to mieszkanie powinno należeć też do niego. Tylko niby z jakiej racji? Nic się do niego nie dołożył. Wszystko kupione za moją kasę. Co więcej, on tylko przeszkadzał. Jak już było kupione i trzeba było wykańczać, to robił wszystko, żeby to utrudnić. Nie chciało mu się iść do sklepu wybierać płytki, farby i t.p. Robił też wszystko abym i ja nie szła. Żeby sobie stało puste.
No i ma wieczną depresję. Ciągle mu źle. Wszystko go denerwuje. A jak jakiś mężczyzna się do mnie uśmiechnie, to zaraz jest awantura, że go zdradzam.
Jak przeprowadzić rozwód?