o.n.a.2.2
05.03.13, 22:15
co więcej - nie ma żadnego powodu, dla którego miałabym dalej żyć. Może gdyby komuś na mnie zależało, może gdyby ktoś naprawdę chciał mnie poznać i mi pomóc, to wykrzesałabym z siebie resztkę sił. Mam faceta, który chyba przywykł już do tego, że jestem nieszczęśliwa. Przyjął postawę: "Jak znajdziesz pomysł, w jaki mógłbym ci pomóc, to mnie obudź". Nie mam do niego żadnej pretensji, współczuję mu, że jestem. Rodzice mają mnie w głęboko gdzieś, interesują ich tylko moje stopnie na studiach i to, czy dostaje stypendium rektora. Praktycznie jestem na utrzymaniu swojego chłopaka, który ma mnie dosyć, którego ja też mam dosyć. Mam dosyć siebie, wszystkich i wszystkiego. Marzę, żeby ktoś mi odciął tlen. Nic nie wnoszę do życia innych ludzi, oprócz niesmaku, może litości. Nie mam siły NA NIC. Codziennie budzę się i ciągnę ten wózek z g**nem, jakim jest moja egzystencja. Ciągnę, bo zdaję sobie sprawę, że jak tylko się zatrzymam, to wszyscy się dowiedzą, że sobie nie radzę. Nie chcę, kiedyś już tak było, w liceum miałam próbę samobójczą - wtedy też sobie nie radziłam z presją rodziców dotyczącą matury. Dziś rodzice praktycznie zerwali ze mną jakikolwiek kontakt, a nadal sobie nie radzę. Wtedy mogłam zrzucić winę na nich, ale dziś niestety, dotarło do mnie, że winna jestem ja. Bezproduktywna, słaba, do niczego. Nie mogę mieć dzieci, bo nie mam serca przekazywać komukolwiek tak felernych genów. Nie dokładam sobie, ani się nie użalam - stwierdzam fakty.