gartana
16.10.13, 21:33
Witam,
Mam problem, z którym nie potrafię poradzić sobie od miesięcy. Otóż brzydzi mnie publiczne okazywanie intymności. Konkretniej: rok temu spotkałam mężczyznę. Pierwsza randka moglaby być całkiem udana, gdyby na dowidzenia nie klepnął mnie po tyłku. Dałam sobie po tym z nim spokój i zupełnie zerwałam kontakt. Po pół roku jednak złożyło się tak, ze doszło do drugiej randki. Potem do trzeciej, kolejnych i zaczęliśmy się regularnie spotykać. I właściwie wszystko by było świetnie gdyby nie ten jeden, jedyny, a dla mnie bardzo piekący problem: permanentne kłótnie o granice mojej intymności. Co razam nie wyjdziemy to zdarzają się sytuacje w rodzaju: klepnięcie po tyłku na środku supermarketu, rzucenie na siatkę ogrodzeniową w parku pełnym ludzi (przyprę ciałem i pocałuję - będzie namiętnie i romantycznie), szamotanie się przy nie do końca zasłoniętych kurtynach w przebieralni małego sklepu i chwytanie za piersi itd. itp. To był jedyny problem między nami a ponadto przez jakiś czas zelżał nawet i finalnie zamieszkalismy parę tygodni temu ze sobą. I wróciło - w tamtym kłocilismy sie poważnie trzy razy - w tym się własciwie w ogóle nie godzimy. Chodzi o jak on mówi pierdoły, a dla mnie rzeczy, które za każdym razem odczuwam jako bolesne kopnięcie w brzuch. Np. on ma dość głęboki donośny głos i niezbywalne przekonanie, że nikt nigdy go nie slyszy - stąd ciągle przy ludziach czerwienię się za teksty w rodzaju: "zaraz ugryzę cię w sutek" albo ciągłe referowanie stanu erekcji. Problem leży w tym w jak zupełnie odmienny sposób podchodzimy do tego: ja za każdym razem strasznie się wstydzę, czuję się publicznie obnażona i poniżona, on odbiera to w kategoriach autoekspresji - mówi że nie byłby sobą, gdyby zachowywał się inaczej. W rezultacie po większości wspólnych wyjść mi się chce wymiotować zastanawiąjąc się ile ludzi w kolejce słyszało wygłaszane teatralnym szeptem "zaraz cię zerżnę".
I teraz finalne pytanie: po co to piszę? Rzecz w tym, ze poza tą kwestią dogadujemy się niemal w każdej pozostałej. Czuję się bardzo szczęśliwa przy nim, gdy akurat zdarzy się parę "cichych dni". Nie chcę tego przerywać, jednak nie radzę sobie z ciąglym uczyciem wstydu i obrzydzenia. Próbowałam dzisiaj znowu o tym rozmawiać. Doszliśmy do wniosku, że dobrze by było skonsultować to z kimś trzecim. Stąd ten paradoksalny post, w którym publicznie obnażam się z tego czego się wstydzę.