ada.lovelace
22.03.16, 15:19
Taka sytuacja: poznaję faceta, w zasadzie przez przypadek. To on nawiązuje kontakt, trochę gadamy, mamy wspólnych znajomych. Co jakiś czas on zagaduje mnie w mediach społecznościowych. Ja grzecznie odpowiadam, w końcu on proponuje spotkanie, wieczorem, we dwoje, na alko. Zgadzam się, bo chociaż online nie jest moim typem, to wiadomo, że ludzie inaczej wypadają w prawdziwym życiu. Spotykamy się, jest w porządku, chociaż bez chemii. Pogadaliśmy, napiliśmy się, wróciliśmy do domów (każde swojego).
On dalej mnie zagaduje, ja zwykle odpowiadam, ale nigdy sama nie inicjuję kontaktu. On wielokrotnie proponuje różne wyjścia we dwoje. Ja odmawiam, bo takie wyjścia kojarzą mi się jednoznacznie a nie jestem tym facetem zainteresowana. W końcu po kolejnej propozycji otwarcie pytam czy to randka.
On, po krótkiej chwili, mówi, że nie, ja na to, że wobec tego okej, możemy się spotkać. W tym momencie pożądaną dla mnie reakcją byłoby "okej, to dobrze, że traktujemy to w podobny koleżeński sposób". Tymczasem, on się dąsa, zaczyna teatr pod tytułem "Phi, jak mogłaś pomyśleć, że jestem tobą w ogóle zainteresowany, przecież to, że niemal codziennie do ciebie piszę i że przez ostatnie półtora miesiąca cztery razy próbowałem się z tobą umówić na spotkanie we dwoje, to nie jest podstawa żeby myśleć o tym jak o randce, nie myśl, że jesteś taka super".
Kurczę, myślałam, że faceci wyrastają z takich zachowań we wczesnym wieku studenckim.