Dodaj do ulubionych

Czy mam szansę na życie w tym związku ?

28.02.05, 20:49
Witajcie, dzisiaj znalazłam to forum.

Wczoraj mój partner Michał po raz kolejny stosował wobec mnie przemoc. Poszło
o to, że najpierw zgodziłam się pojechać do jegoznajomej (na czym mu
zależało, ja nie miałam ochoty), a potem powiedziałam, żeby jednak jechał
sam. Zaczął mnie wyzywać od świń, kurew i innych, próbowałam coś zrobić, żeby
przestał (powiedziałam, że sobie nie życzę takich słow, żeby przestał mi
sprawiać przykrość itd) ale to spowodowało tylko jeszcze większy stek wyzwisk
i upokorzeń. Straciłam panowanie nad sobą, rzuciłam komórkę (jego) na podłogę
i pobiegłam do sypialni, żeby się tam zamknąć, żeby przestał się nade mną
znęcać. Ale nie mógł ścierpieć tego, że uciekam, więc mnie dogonił, zaczął
szarpać i wykręcać ręce do tyłu, wyrywałam się, więc popchnął mnie na ścianę.
Zaczęłam krzyczeć najgłośniej jak mogłam (żeby nie mógł mnie już więcej
obrażać)i to go chyba zaskoczyło, bo udało mi się wyrwać, ale przy drzwiach
znowu mnie dopadł i szarpał. Potem drugi raz się wyrwałam, skoczyłam na łóżko
i było mu trudniej, bo kopałam nogami i dalej krzyczałam. Zagroził, że MUSI
mnie uderzyć, "bo jestem w histerii". Wrzasnęłam, że nie musi, tylko chce i
to o dziwo podziałało, bo w końcu mnie puścił i powiedział, że idzie
zadzwonić po moich rodziców (chyba faktycznie się przestraszył mojego krzyku)
i faktycznie puścił mnie i wyszedł z pokoju, a ja zamknęłam się na klucz.
Zapewne poweidział, że posprzeczaliśmy się, a mnie nagle odbiło i zaczęłam
wrzeszczeć, a teraz nie chcę wyjść.

Już chwilę później był pod drzwiami i coś mówił, zapewne mnie przepraszał i
namawiał do wyjścia, ale nie wiem dokładnie, bo zatkałam sobie uszy i nie
słuchałam. Po paru godzinach przyjechał mój ojciec i też coś mówił, nie wiem
co, a potem chyba pojechał. Spędziłam dzień zamknięta na klucz w sypialni.
Pod wieczór Michał przychodził jeszcze kilka razy, namawiał mnie, żebym coś
zjadła, wypiła, porozmawiała z nim itd. Był miły, obiecywał, że nawet nie
będzie mnie zmuszał do przyznania się do winy, tylko mnie po prostu przeprosi
(!).

Dziś dalej jest miły, ale ja nie mogę się zmusić, żeby z nim porozmawiać, czy
chociaż pozwolić zbliżyć się do mnie. Wiem, że terz nic mi nie zrobi, będzie
uprzejmy i kochający, ale nie jestem w stanie.

Podobne wydarzenia już miały miejsce w przeszłości, , najczęściej szarpanie,
popychanie, bicie w twarz, raz duszenie, ale raczej rzadko - ostatnio prawie
dwa lata temu. Po pierwszych kilku razach dawałam się nabierać na czułe
słówka tuż po, przytulał mnie na siłę, gadał, gadał i gadał, a w końcu
ulegałam i wierzyłam obietnicom, że już nigdy tego nie zrobi. Ostatnim razem
wyprowadziłam się na ok. miesiąc. Było mi z tym bardzo źle. Podrzuciłam mu
znalezioną przypadkiem książkę Alberta Ellisa o uzależnieniu od złości i to
zrobiło na nim wrażenie, powiedział, że poczuł się, jakby go ktoś śledził,
chyba dotarło do niego, że to on ma problem i obiecał, że pójdzie na terapię.
Poszedł, przez około rok było cudownie. Gdy w kłótni podnosił na mnie głos, a
ja mówiłam "przestań na mnie krzyczeć", on przestawał, zamiast wrzeszczeć, "a
jak mam inaczej traktować taką idiotkę" czy coś w tym stylu. Przestał też
oglądać filmy, w których ludzie ze szlachetnej zemsty nawalają się po ryjach.
Ale niestety po tym czasie doszedł do wniosku, że tak się nie da żyć, że on
ma prawo doodczuwania swojej złości, zwłaszcza, że ja go tylko prowokuję.
Wyzwiska zaczęły się od nowa, ale jak dotąd nie było przemocy fizycznej.

Jestem teraz w trzecim miesiącu ciąży (z wpadki). Michał zachwycony i
uszczęśliwiony, ja znacznie mniej. Gdy tylko się dowiedział, usuwa mi pyłki
spod stóp, wyręcza mnie we wszystkich pracach domowych, usługuje itd. Ja
nigdy dziecka nie chciałam i jestem pełna obaw i ogólnie w dołku, chociaż
bywają lepsze dni. Michał mnie pociesza i wspiera, szuka pozytywów, namawia
mnie, żebym starała się cieszyć. Przez pierwsze dni dawał mi czas, zresztą
ryczałam ileś razy dziennie, ale po paru dniach było lepiej i już mu się
chyba wydawało, że jest dobrze (tzn. że się cieszę). Ale nie jest. I on już
się chyba tym zniecierpliwił, chce się mną chwalić przed znajomymi i mówić,
że się tym cieszę... Z tego powodu najpierw dwa razy mnie zmieszał z błotem,
a w końcu doszło do wczorajszej sytuacji.

Mimo to nie chcę rezygnować z tego związku... Poza tymi sytuacjami jest mi w
nim (z nim) dobrze. A z drugiej strony nie chcę ryzykować życia w ciągłym
strachu, bólu i poniżeniu.

Pewnie ktoś mi napisze, że muszę dbać o swoje dziecko, które ma się
urodzić... Ale ja tego wcale tak nie czuję. Nie chcę tego dziecka, nie chcę
tej ciąży, a już zwłaszcza po wczorajszym wydarzeniu.

Zadzwoniłam do jego siostry i opowiedziałm o tym, co się stało. Teraz robi mi
awanturę, wyzywa mnie od nienormalnych, że trzeba mnie ubezwłasnowolnić,
zawieźć na dyżur psychiatryczny itd.




Obserwuj wątek
    • anula36 Re: Czy mam szansę na życie w tym związku ? 28.02.05, 22:19
      szanse na zycie masz- jesli gosc wczesniej cie nie udusi albo nie spusci ze
      schodow i skonczysz sparalizowana z rurka w gardle. bo przeciez on musi cie
      bic, jak sasm twierdzi. A skoro lubisz z nim byc to juz twoj problem jak
      przezyc.
      • bonkreta Re: Czy mam szansę na życie w tym związku ? 01.03.05, 02:57
        Wiem, że chciałaś po prostu być dosadna, ale takie posty wcale mi nie pomagają,
        tylko jeszcze bardziej podkopują moją pewność siebie :-(
    • bonkreta Re: Czy mam szansę na życie w tym związku ? 01.03.05, 02:56
      Zadzwoniłam jeszcze do jego najlepszego przyjaciela,nie spodziewałam się
      wsparcia i go nie dostałam, ale ćwiczę się w mówieniu o tym. Michał dostał
      szału i dzwonił do wszystkich, przedstawiając swoją wersję i tłumacząc, że mi
      odbiło, że kłamię, wymyślam itp. Ale miałam rację - nie odważył się mnie tknąć
      ani nawet wrzeszczeć bezpośrednio na mnie. Więc, mimo, że na pewno cała jego
      rodzina wierzy jemu a nie mnie, jestem zadowolona z pomysłu poinformowania o
      tym.

      Jego wersja - on poprosił mnie, żebym zadzwoniła do znajomej, a ja się uparłam
      i nie chciałam (poniekąd prawda, istotnie nie chciałam, bo widziałam, że już
      jest w tej fazie, kiedy to co nie zrobię, będzie źle), po czym powiedział, że
      robię mu świństwo, a ponieważ ja jestem przewrażliwiona, zaczęłam się na niego
      wydzierać, niszczyć rzeczy i rzucać się po pokoju. Więc on poszedł za mną i
      położył mi rękę na ramieniu, żeby mnie uspokoić, a ja się na niego
      rzuciłam/inna wersja - wrzeszczałam jak opętana i on widział, że mam jakiś
      atak, więc musiał mnie przytrzymać, żebym nie zrobiła sobie krzywdy. Tak się
      zresztą zawsze robi z histerykami.

      A w ogóle to to nie była żadna przemoc, to on jest ofiarą przemocy i to
      wielokrotnie, wczoraj na przykład agresywnie rzuciłam się na niego, i
      atakowałam go, chcąc na nim wymusić puszczenie mnie. Przyznam, że przy całym
      tragizmie tej sytuacji to ostatnie mnie rozśmieszyło...

      W podobnej sytuacji na przyszłość mam po prostu poddać się i natychmiast
      uspokoić, bo zupełnie nic mi nie grozi, a on chce tylko mojego dobra. Jeśli
      odczuwam zagrożenie, to jestem kretynką.

      Wytłumaczył mi też bardzo logicznie, że słowo "świnia" wcale nie jest
      obraźliwe, bo tak się po prostu nazywa kogoś, kto robi świństwo i to jest
      zwykłe opisanie sytuacji. Poprosiłam go, żeby przedstawił mi ten wywód na
      piśmie - oczywiście odmówił ;-)

      Generalnie to ja wszystko wymyślam - wymyślam, że mnie wyzywa, wymyślam, że na
      mnie krzyczy ("ja ci spokojnie coś tłumaczę, a ty nagle ni stąd ni z owąd
      mówisz "nie krzycz namnie".."), wszystkie poprzednie sytuacje z przemocą też
      sobie wymyśliłam (nie wypiera się tylko ostatniej). A w ogóle to było zwykłe
      nieporozumienie, myślenie o tym w kategoriach przemocy w rodzinie do niczego
      nie prowadzi.

      Wiem, że to wszystko brzmi tragicznie. Czy Waszym zdaniem jest jakaś szansa,
      żeby ten związek na powrót był normalny ? Czy da się nauczyć kogoś szacunku dla
      drugiej osoby ?

      Czy mam na gwałt szukać schronienia, póki trwa okres po ostatnim wydarzeniu i
      jestem w miarę bezpieczna ? Nie chcę tego i boję się. Ale nie chcę też
      ryzykować strachu.
      • wasza_bogini czy zdajesz sobie sprawe, ze 01.03.05, 14:43
        bedzie jeszcze gorzej, a niedlugo on zrobi z Ciebie wariatke, albo ty sama
        zwariujesz z nim.
        • bonkreta Re: czy zdajesz sobie sprawe, ze 01.03.05, 16:01
          Chcę spróbować. Na moją korzyść działa to, że akurat jego wmawianie mi
          niepoczytalności, straszenie pogotowiem, szpitalem psychiatrycznym itp. w
          ogóle, ale to w ogóle mnie nie rusza (jako jedna z niewielu rzeczy).Tego mi
          akurat nie wmówi, chociaż próbuje się chwytać tego sposobu. Zresztą chyba
          umarłby ze wstydu, gdybym faktycznie poszła do psychiatry - to dla niego
          najgorszy wstyd na świecie.
          • wasza_bogini Re: czy zdajesz sobie sprawe, ze 02.03.05, 12:53


            > Na moją korzyść działa to, że akurat jego wmawianie mi
            > niepoczytalności, straszenie pogotowiem, szpitalem psychiatrycznym itp. w
            > ogóle, ale to w ogóle mnie nie rusza (jako jedna z niewielu rzeczy).Tego mi
            > akurat nie wmówi, chociaż próbuje się chwytać tego sposobu.


            to straszne, ze chcesz zyc z takim czlowiekiem. to jets przerazajace, ze
            kobiety chca zyc z mezczyznami, ktorzy w taki sposob je traktuja.
            ni emoglabym z kims takim zyc. wytrzymalabym co najwyzej tydzien.
    • kini_m Re: Czy mam szansę na życie w tym związku ? 01.03.05, 04:19
      Droga Bonkreto

      Przeczytałem twoją opowieść i zobaczyłem siebie sprzed kilku lat.
      Więc będę pisał o moich osobistych spostrzeżeniach, odczuwam że może z trochę
      podobnej sytuacji.
      Nie będę się skupiał na formach przemocy bo uważam je za skutek a nie za
      przyczynę sytacji. Bardziej istotna jest geneza całej problemowej sytuacji niż
      to w jaki sposób już później się nakręca spirala konfliktu. Nie dam ci
      odpowiedzi wprost, ale spróbuję ci zasugerować sposób szukania.

      Szansa jest zawsze.
      Nie uważam że sytuacja w której osoba używająca dziś przemocy w związku oznacza
      od razu że trzeba te szanse pogrzebać.
      Bardzo ważne jednak aby tej szansie pomóc, rozbudowywać ją, a nie tylko czekać
      aż będzie lepiej. Bo samo się nic nie stanie - tylko rozwali.
      Ale musisz wpierw sobie odpowiedzieć czy twój Michał poza tymi przykrymi
      rzeczami jest dla ciebie osobą wartosciową, czy o związek z nim warto powalczyć.

      Imponuje mi że o sytuacji starasz się pisać rzetelnie - też widzisz swój
      negatywny udział w tej sytuacji. To ważne conajmniej z dwóch powodów:
      1. W dłużej zaawansowanych konfliktach, później już znacznie trudniej widzieć
      swój współudział, tak rzetelnie patrzeć - czyli później zazwyczaj tylko zwala
      się problem na drugą stronę a to nie pomaga w szukaniu pozytywnych rozwiązań.
      2. Aby dobrze podejść do całej sytuacji nie dobrze jest przyjąć
      schemat "ofiara - sprawca" lecz lepiej schemat "ofiara - ofiara". Bo tak
      właściwie też sprawca jest ofiarą całej sytuacji i na ofierze (w myśl tego
      pierwszego, klasycznego schematu) też ciąży jakaś część odpowiedzialności za
      sytuację. Widzę że chyba to rozumiesz, wg mnie to bardzo dobrze.

      Piszesz że Michał chodził na terapię. Moje osobiste zdanie o terapiach jest
      sceptyczne - najkrócej mówiąc - osobista terapia nie wykona tej PRACY którą
      trzeba wykonać RAZEM WE DWOJE, może dać tylko jakąś podstawę. (Jeśli już - to
      może razem terapia rodzinna? Moi niedoszli teściowie też przeszli osobiste
      terapie - on był alkoholikiem, nieagresywnym, dość biernym członkiem rodziny,
      zaś ona bardzo apodyktyczna i surowa. Ich osobiste terapie dały tyle że on
      przestał pić - ale w rodzinie stosunki nadal są bardzo zaburzone.)

      W związku dwojga trzeba bardzo dobrze przynajmniej próbować identyfikować
      problem - pracować razem i na głos, żeby próbować go znaleźć. Nawet jeśli coś
      się nie udaje odnaleźć od razu to chociaż wspólne próby przezwyciężenia, praca,
      doświadczenia łączą. Nie tylko sukcesy łączą. Jeśli rozumie się porażki to one
      też coś mogą wnieść.
      Na jedną rzecz na pewno NIE LICZ ! Na to że jeśli uważasz że on coś
      powinien się domyslić to - to się domyśli. Jeśli chcesz żeby się domyślił to
      POWIEDZ TO NA GŁOS. Dlaczego tak głośno na to zwracam uwagę - bo ja się sam na
      to nabrałem ("...że przecież ona powinna się domyślić że ....", chyba kiedyś
      oboje się na to nabraliśmy, za mało wyrażaliśmy swoje potrzeby).
      W jaki sposób szukac rozwiązania? Na odpowiedź może nakieruje cię
      trochę moje doświadczenie, o czym poniżej.

      (Ja w swoim związku rozwiązania szukałem już po 1,5 roku bycia razem,
      przez 4 lata, i ... nie zdążyłem.
      Okazało się że zlekceważyłem problem alkoholowy z rodziny mojej pani. Myślałem
      że jeśli ojciec przestał pić już zanim się spotkaliśmy to problemu nie ma - ...
      i to był błąd. Dzisiaj wiem że dorosłe dziecko alkoholika (DDA) po prostu nie
      ma możliwości dopełnić swojego dzieciństwa - mojej pani bardzo brakowało ojca i
      chciała go odnaleźć we mnie, natomiast ja oczekiwałem partnerstwa. Szczegóły tu
      sobie podaruję lecz rozbieżność potrzeb doprowadzała do kolejnych konfliktów.
      Ona chciała żebym ja się zachowywał tak jak jej potrzeby sygnalizowały, ja
      natomiast jak moje. Wtedy problemu nie umieliśmy zidentyfikować i wypracować
      drogi wyjścia z niego. Potrzeby i wymagania się rozmijały - nasza największa
      miłość tego nie wytrzymała. Dzisiaj nawet nie podnosi słuchawki gdy do niej
      próbuję zadzwonić.
      Czego konkretnie ja nie zauważyłem? Ano tego że w sytuacji konfliktowej ona
      potrzebuje: zwiększonej cierpliwości, nie wymagać zbyt długiej dyskusji i
      argumentowania. Bo właśnie w taki niewymagający sposób traktował ją ojciec, zaś
      matka która u niej krótko ucinała wszelkie dyskusje też nie pomogła nauczyć się
      dyskutować, rozwiązywać problemy.)
      To co piszę o osobie wywodzącej sie z domu alkoholowego może też mieć
      równie dobrze znaczenie w rodzinach z innym problemami, ale nie sugeruję od
      razu do przekładania mojego doświadczenia wprost.
      Dlaczego nie wprost nawet jeśliby twój chłopak miał też trudną sytuację
      wychowawczą? Ano dlatego że nawet bardzo trudna rodzina nie przesądza że
      człowiek wyjdzie z niej z ciężkimi problemami. Wystarczy że ma wśród bliskich
      przyjaciół bardzo wspaniałe rodziny w życiu których uczestniczyłby i dobrze
      uczyłby się prawidłowych postaw osobistych, zaś w aktywnym życiu realizowałby
      się osobiście a wtedy nie będzie miał miał tego typu braków emocjonalnych na
      tle rodzinnym. Wtedy problemu trzeba szukać gdzie indziej.

      Co do dziecka...
      Dziś trudno ci chcieć tego dziecka - nie byłem i nigdy nie będę matką
      bo to niemożliwe, nie będę udawał że w tej kwesti cię rozumiem - ale wierzę że
      po urodzeniu gdy zobaczysz dzidziusia to będzie niesamowity moment, którego nie
      będziesz żałowała. Wiesz ... mnie lekarze tak uprzedzali o różnych
      ewentualnościach że już byłem przygotowany że urodzi się potworek z trójkątną
      główką - a urodziło się najwspanialsze maleństwo i do tego córka (chyba z synem
      nie miałbym tak fajnie.)
      Co prawda dziecko nie powinno być ostatecznym i
      najważniejszym "cementem", jeśli robi się za wszelką cenę dla dziecka to czasem
      wychodzi gorzej niż lepiej, ale uważam że dla tego maleństwa też należy się
      choć trochę wysiłku, choć trochę spróbować.

      Piszesz że Michał chce mieć prawo do złości. Złość każdy ma w sobie -
      to prawda, twój chłopak, każdy z nas, ma prawo do jej odczuwania - kwestią jest
      tylko sposób jej ujścia, spróbujcie znaleźć, uzgodnić tylko "ludzki" sposób jej
      ujścia.
      Dla mężczyzny z kolei bardzo trudne do wytrzymania jest gdy kobieta
      zamyka się w sobie, ucieka (bo mężczyzna ma dużą potrzebę aktywnego
      rozwiązywania problemu) - to też warto razem we dwoje przedyskutować, zanim
      jest spokojnie.
      Napisałaś że przykładowy konflikt zaczął się od tego że zmieniłaś
      zdanie w sprawie dla niego wrażliwej (wyjazd do kogoś) - faktycznie to nie
      najlepsze zachowanie. Czego ja (jesli chcesz zrozumieć mężczyznę) bym oczekiwał
      w takiej sytuacji jeśli to dla mnie byłoby ważne? Ktoregoś z trzech (innych)
      rozwiązań:
      a) odmówisz, ale widząc że to wrażliwa dla niego sprawa zapewnij że to nie jego
      wina, i zapewnij że następnym razem napewno tam pojedziesz (w końcu trzeba
      zaakceptować jego znajomości)
      b) jeśli się już zgodziłaś to dotrzymać słowa (trochę zacisnąć zęby - słowo się
      rzekło), a po powrocie powiedzieć prawdę - że nie bardzo chciałaś, ale dlatego
      że bardzo go kochasz to chciałaś to dla niego specjalnie zrobić
      c) jeśli to możliwe najlepiej poproś o przełożenie tego wyjazdu, byle nie w
      nieskończoność, na jakiś nieodległy termin
      (...a jeśli jesteś zadrosna o inne kobiety, powiedz mu to, byle w sposób
      wrażliwy a nie wypominaniem.)
      W tej sytuacji chodzi o to że mężczyznom bardzo trudno zrozumieć,
      przyzwyczaić się do zmienności zdania kobiety, odbierają czasem to niemal jak
      okłamywanie. No po prostu trudno - dlatego jeśli masz inne rozwiązania to
      spróbuj je zastosować tak aby być słowną. Wiem że to bardzo nadwyręża związek.

      Naprawdę zacznijcie szukać rozwiązywania problemów możliwie prędko, później
      góra nierozwiązanych problemów będzie coraz bardziej rosła. (Moja pani już
      kilka miesięcy po urodzeniu córki zaczęła mi grozić sądem. Oboje siebie
      nawzajem nie rozumieliśmy - choć bardzo chcieliśmy być ze sobą. Wierzę że
      jeszcze się zejdziemy, ale to tylko wiara ...)

      podsumowując, wg mnie:
      1.najważniesze to "profilakt
      • wasza_bogini Re: Czy mam szansę na życie w tym związku ? 01.03.05, 14:49
        Bo tak
        właściwie też sprawca jest ofiarą całej sytuacji i na ofierze (w myśl tego
        pierwszego, klasycznego schematu) też ciąży jakaś część odpowiedzialności za
        sytuację. Widzę że chyba to rozumiesz, wg mnie to bardzo dobrze.


        za co jest odpowiedzialna ofiara?
        • babcia_kasi Re: Czy mam szansę na życie w tym związku ? 02.03.05, 11:50
          wasza_bogini napisała:

          > Bo tak
          > właściwie też sprawca jest ofiarą całej sytuacji i na ofierze (w myśl tego
          > pierwszego, klasycznego schematu) też ciąży jakaś część odpowiedzialności za
          > sytuację. Widzę że chyba to rozumiesz, wg mnie to bardzo dobrze.
          >
          >
          > za co jest odpowiedzialna ofiara?
          Ogólnie mówiąc ofiara jest odpowiedzialna za to, że nie daje dość mocnej
          iformacji zwrotnej "to było niedopuszczalne".
          • wasza_bogini Re: Czy mam szansę na życie w tym związku ? 02.03.05, 12:54
            > > za co jest odpowiedzialna ofiara?
            > Ogólnie mówiąc ofiara jest odpowiedzialna za to, że nie daje dość mocnej
            > iformacji zwrotnej "to było niedopuszczalne".

            czy mocna informacja zwrotna to jest danie w pysk, bo to mi sie nasuwa.? z
            doswiadczenia wiem, ze zadne rozmowy nigdy nic nie daja.
            • bonkreta Re: Czy mam szansę na życie w tym związku ? 02.03.05, 16:22
              Danie w pysk to jasna informacja "bicie się jest jak najbardziej dopuszczalne".
              • wasza_bogini Re: Czy mam szansę na życie w tym związku ? 03.03.05, 11:58
                niedanie tez.
                suma sumarum wynik jest ten sam przy kazdej opcji.

                to byl skrot myslowy.
                prawda jest taka, ze sytuacja tak wyglada bo ty jestes kobiata, a on mezczyzna.
    • kini_m Re: Czy mam szansę na życie w tym związku ?-cdn 01.03.05, 04:21
      podsumowując, wg mnie:
      1.najważniesze to "profilaktyka" - czyli rozwiązujcie kwestie różniące zanim
      jeszcze będą problemem z emocjami
      2.rozmawiajcie o waszych oczekiwaniach, zwłaszcza tych emocjonalnych, tych "na
      końcu języka" - inaczej ich wystarczająco nie rozpoznacie
      3.określcie wasze odmienności, rożnice w reakcjach, zachowaniach - spróbujcie
      się wyjść im naprzeciw (pozytywnie)
      4.jeśli macie lęki, obawy - wspólnie pomyślcie jak im zaradzić
      5.określcie jakiś sposób wyzłoszczenia się który przekieruje się z kogoś na coś
      (lepiej może coś podrzeć -byle nie własność tego drugiego- niż kogoś szarpać,
      uderzyć)
      6.jeśli zrobicie to dla siebie, skorzysta na tym maleństwo, będzie wspaniałe
      (mam nadzieję że w ciąży nie palisz i nie pijesz)
      7. wspólnie, wspólnie, wspónie (popracować i pomyśleć)

      Nawet nie wiesz jak bardzo bym chciał żeby wam się udało. Byłem w podobnej
      sytuacji. Co prawda u mnie to moja pani była strona bardziej eksplozywną, ale
      ja też nie wytrzymywałem i miałem swój udział. I nie zdążyliśmy wypracować
      rozwiązania, teraz sprawa jest w sądzie, a od 1,5 miesiąca nie pozwala mi
      zobaczyć dziecka, nawet na urodziny nie wpuściła ...
      Trzymam mocno za was kciuki i za dzidziusia żeby miało oboje rodziców.
      (Książkę Ellisa - "Jak opanować złość zanim..." też mam u siebie ale mam
      okropnego lenia do czytania, może jakoś mnie zachęcisz?)
      Niech moc będzie z wami.
      W razie czego pisz!

      kini_m
      • bonkreta Re: Czy mam szansę na życie w tym związku ?-cdn 01.03.05, 04:56
        Dzięki za tak długą odpowiedź, dopowiem parę rzeczy...
        Byliśmy kiedyś też razem na terapii, całkiem długo (ponad pół roku). Żadne z
        nas nie widziało namacalnych, jasnych efektów, ale mimo to mieliśmy wrażenie,
        że trochę lepiej zaczęło się dziać między nami. To było w najgorszej fazie
        naszego związku, kiedy byliśmy w potwornej sinusoidzie euforia-przesilenie-
        awantura itd. Wyszliśmy z tego. Przez ostatnich kilka lat pod wieloma względami
        jest dużo lepiej, natomiast czasami spirala jakby się nakręca...

        Ostatnio Michał, jak już pisałam, wziął na siebie praktycznie wszystkie domowe
        obowiązki (jest w nich kiepski, zajmują mu dużo czasu). Mówi, że chce dla mnie
        robić wszystko, co może (z powodu mojej ciąży). I tak faktycznie jest, tylko,
        że ma to drugą stronę - po pracy (pracuje popołudniami, wraca późno) i
        zrobieniu paru rzeczy w domu jest wykończony (nie sądzę, żeby było przypadkiem,
        że kłotnie zaczęły się dwa razy w środę - czwartek (piątki ma wolne). Wiem też
        z doświadczenia, że nie jest w stanie długo funkcjonować na takich obrotach.
        Parę lat temu pękła mi rzepka w kolanie i byłam w gipsie ok. 2 tygodni, więc
        też musiał wszystko w domu sam robić. Początkowo był bardzo entuzjastycznie do
        tego nastawiony, ale pod koniec wściekał się na mnie o byle co... A teraz to
        już trwa dłużej. Próbowałam z nim o tym rozmawiać (czuję się generalnie nieźle
        i z wyjątkiem dosłownie paru dni byłam w stanie wszystko w domu robić), ale on
        nie chce. Wiem, że chce się czuć potrzebny, ważny itd. I myślę, że wierzy, że
        dzięki temu ja zacznę się cieszyć na to dziecko. I pewnie trochę ma racji, bo
        jego opieka bardzo mi pomaga w sensie psychicznym (akceptacji tego stanu), ale
        jednocześnie czuję się przytłoczona tym wymaganiem, bo to nie tylko od tego
        zależy, czy on mi robi śniadanie... Mam jakieś obłąkańcze sny związane z ciążą
        i nie jest mi łatwo o pozytywne nastawienie.

        Zdaję sobie sprawę, że mój opis tej sytuacji jest subiektywny i przez to
        niesprawiedliwy... Wiem, że w każdym konflikcie są dwie osoby. Próbuję
        odpowiedzialnie podchodzić do rozwiązywania takich sytuacji, nie tracić zimnej
        krwi, zachowywać się zgodnie z regułami - ale niestety mam poczucie, że walę
        głową w mur. Dziś zapytałam Michała, jak powinnam była się zachować, żeby
        przestał mnie wyzywać. Powiedział, że powinnam była powiedzieć "jest mi
        przykro". Brzmi prosto, ale niestety nie działa, próbowałam kilkakrotnie. Wtedy
        dowiaduję się, że bardzo dobrze, bo na nic innego nie zasługuję itp... Więc
        jestem sfrustrowana i mam poczucie, że cokolwiek zrobię, będzie się nade mną
        znęcał. W końcu przestaje, ale czasem po 2-3 godzinach ciągłego obraźliwego
        gadania (od momentu, gdy ja przestaję się odzywać). To dla mnie za dużo, nie
        jestem w stanie przeczekiwać, aż się "wypstryka". Nie widzę drogi wyjścia z
        konfliktów (nie chodzi o konstruktywne kłótnie, które prowadzą do ustalenia
        czegoś, tylko o sytuacje, kiedy Michał po prostu zaczyna mnie wyzywać).

        Myślę, że jestem dość świadoma zasad komunikacji, staram się komunikować jasno
        i wyraźnie, czego chcę (pewnie nie zawsze mi się udaje). Na pewno mam różne
        nawyki, które to utrudniają, niepoukładane sprawy z domu rodzinnego (u nas to
        akurat ja jestem DDA ;-) ), Michał też, może mniej dziwaczne, ale też
        doświadczenia z domu. Jego matka w kłótniach wyrzucała ojca z domu. On wyrzuca
        mnie (póki co werbalnie).

        Z tym wyjazdem było odrobinę inaczej, niż może wynikać z mojego skrótowego
        opisu, nie była to drastyczna sprawa ani nagła zmiana frontu, ale w sumie
        mniejsza z tym - mam wrażenie, że zupełnie nie o to tu poszło. Raczej o moją
        generalną niechęć do rozmawiania z obcymi o mojej ciąży, czego Michał nie może
        zrozumieć i zaakceptować. On chce mówić, że się cieszę i w dodatku mówić
        prawdę. W dodatku nie ma do mnie pretensji wprost, ale widzę je w tym, jak ze
        mną rozmawia (np. pyta mnie dość nieprzyjemnym tonem, co on ma odpowiedzieć
        znajomej, która pyta "no i co, cieszycie się ?" radośnie podekscytowanym tonem.
        Nie chce kłamać, że się cieszę, wstydzi się (chyba) powiedzieć, że nie). Sprawa
        byłaby rozwiązana, gdybym po prostu się cieszyła...

        Dzięki za dobre słowo

        • anula36 Re: Czy mam szansę na życie w tym związku ?-cdn 01.03.05, 10:08
          po prostu staralam sie byc szczera.
          Ale widze dla ciebie kazdy kto nie mowi "on sie zmieni i bedziecie zyc dlugo i
          szczesliwie" to wrog.
          Moze jednak powinniscie wrocic na terapie?
          Przy obecnosci mediatora czasem latwiej sie porozumiec dwom stronom. Byc moze
          znow sie zacznie lepiej dziac miedzy wami.
          No chyba ze uwazasz ze tak jak jest jest dobrze.
          • bonkreta Re: Czy mam szansę na życie w tym związku ?-cdn 01.03.05, 12:50
            Możesz mi napisać, gdzie napisałam o wrogu ?
            Daruj, ale nie mam ochoty jeszcze i Tobie udowadniać, że nie jestem wielbłądem.
    • kini_m Re: Czy mam szansę na życie w tym związku ? 01.03.05, 12:58
      Bonkreto
      Mówisz że byliście na terapi ale nie widzieliście namacalnych, jasnych efektów
      (jak mówiłem sam sceptycznie podchodzę do terapi). Teraz może warto się
      zastanowić dlaczego nie było efektów. Hmm...? Może za wiele oczekiwaliście od
      samego terapeuty(-ów), że da gotowe rozwiązania. Wg mnie terapia może być tylko
      impulsem, niewiele więcej. Ja z moją panią byliśmy razem u dwóch psychologów
      (jeden bardziej zaszkodził niż pomógł), potem u trzeciego (oddzielnie), po
      rozstaniu byłem jeszcze u dwóch terapeutów. Wiem że nie należy zbyt wiele
      upatrywać w terapeucie, a znalezienie takiego który właściwe rozpozna problem
      może wymagać kliku prób. To tylko impuls do wspólnej pracy.

      Piszesz że on nie chce rozmawiać - najprawdopodniej jest w depresji, wiadomo
      milczenie jest formą wołania. Głupio mi mówić że potrzeba wiele wrażliwości
      żeby przebić się przez jego depresję, bo to tobie potrzebna zwłaszcza pomoc i
      tobie też zapewne udziela się ta depresja. No ale nie wiem co innego
      powiedzieć... poza tym że tym bardziej potrzeba wrażliwości.
      Przebicie sie do kogoś przez jego depresje jest bardzo trudne - na pewno to
      możesz wiedzieć sama po sobie.
      Spróbuj może po chwilowym jego wyjściu z depresji, gdy będzie "w pełni sił
      psychicznych" i będzie ta górna sinusoida porozmawiać jak on chce żebyś się
      zachowywała w takich momentach. To nie tylko jemu pmoże - tobie też następnym
      razem ułatwi problem.
      (Jest taka książka: "Mężczyzna w depresji" wyd. MUZA. W-wa 2004, Theresa
      Francis-Cheung, dla mężczyzny i ich bliskich, spróbuj znaleźć lub jak chcesz to
      daj znać - pożyczę.)

      Rozumiem cię że radość nie tylko od tego zależy czy on robi śniadanie, i
      rozpoznanie tej kwesti przez niego u ciebie to jest właśnie zadanie które
      trudno wykonać, w którym powinnaś mu pomóc, podpowiadać.
      Być może nawet nie zdając sobie z tego sprawy wysyłasz różne sygnały które on
      odbiera w sposób sprzeczny i jest nieco skołowany - dlatego tak mocno zaznaczam
      że ważne mówić to co jest trudno wysławialne, to co "na końcu języka", pomóc
      sobie nawzajem rozwiewać wątpliwości - choć wiem że sama je masz.

      Obłąkańcze sny - moja pani też miała (choć znacznie cześciej niż tylko w
      ciąży), to nie takie nienormalne, mam nadzieję że mu o tym mówisz. Mów - bo
      tylko w ten sposób on będzie wiedział jak ci trudno.

      Nie jest raczej dziwne że chce cieszyć się ciążą - w końcu mężczyźnie łatwiej
      bo on się z tym nie zmaga bezpośrednio fizycznie. Nie można mu mieć tego za złe.

      Nie jest też dziwne że ty tej radości tak bardzo nie podzielasz skoro widzisz
      że wiele spraw "zalega". Znam to uczucie nie możności podzielania radości. Nie
      wiem jak pokonywać ten problem gdy widać że dla drugiej strony tak ważne jest
      udzielanie się radości, a ja sam(-a) tak nie umiem. Sam bym chciał znać
      odpowiedź. Wiem że w swoim czasie u mnie nie poruszyłem głośno tego problemu -
      i to był kolejny kamyk do tej góry problemów.

      Piszesz że 'Przez ostatnich kilka lat pod wieloma względami jest dużo lepiej".
      Jeśli tak jest naprawdę to myślę że macie duże szanse, macie wypracowany
      wspólny pozytywny "repertuar doswiadczeń", jest z czego czerpać. Jeśli
      przeszliście już kiedyś potworną sinusoidę (jak piszesz) to macie bardzo duże
      doswiadczenie. (U mnie niemal od początku, po pierwszym sielankowym roku,
      sinusoidy coraz częściej szły w dół niż w górę. Na początku co prawda powoli
      ale jednak z zauważalna tendencją.)

      Bądź szczera - jeśli jest kiepski ale oddany w obowiązkach domowych - to mów mu
      że kochasz tę jego kiepskość. Po prostu nie oszukuj że jest wspaniały w czym
      jest kiepski (to się wyczuwa że chcesz go na siłę docenić - tak nie rób)- ale
      rób to z miłością. Nie wiem czy się za daleko tu nie posunąłem - bo trochę tu
      piszę na domysłach.

      Jesli pomimo że mówisz "Jest mi przykro" spirala się nakręca - to tym bardziej
      potrzebna jest "profilaktyka" uczuć, stałe poznawanie własnych oczekiwań,
      wychodzenie im naprzeciw (nie znaczy że stałe podporządkowywanie, ale czasem
      ustąpienie), żeby uprzedzić konflikt.
      Bo zazwyczaj w momencie konfliktu emocjonalnego (choćby tylko z jednej strony)
      można już tylko minimalizować negatywne skutki, a nie rozwiązać naprawdę
      problem w sposób zadowalajacy.

      No i szukać i wyciągać te właściwe, głębsze problemy, może jakichś
      przedawnionych kwesti ale które wychodzą w sposób zakamuflowany. Widzę że
      czujesz "że zupełnie nie o to poszło". Z przeszłością niestety trzeba się
      rozprawić, nie tylko z tą dawniejszą, z ta wczorajszą też. Inaczej ona się z
      nami rozprawi.

      Co do osób (znajomej, i innych) przed którymi chciałby się cieszyć wspólnie z
      tobą - no cóż - takie osoby chcą się bardziej same cieszyć jakąś rzeczą niż z
      kimś.
      Widać że Michał jest rozdarty pomiędzy te osoby i ciebie. To niczyja wina.
      Myśle że trzeba tu trochę POMÓC POWOLI JEMU DOROSNĄĆ aby dojrzale określił kto
      jest dla niego najważniejszy. Wiem tylko że tego nie da się szybko zrobić.
      Zwłaszcza że takie osoby mogą dla niego wiele znaczyć i nie da się po prostu
      zdecydowanie i szybko "umniejszyć" ich roli w życiu partnera. Coś go silnego z
      nimi wiąże: wspólne wychowanie, zainteresowanie, czymś mogły mu zaimponować,
      itp. (Ja w mojej sytuacji chyba tej kwesti nie ropoznałem i przegrałem.)

      PS: Raczej nie szukaj wsparcia u znajomych z jego kręgu. To bardzo naturalny
      odruch że wobec osób trzecich druga strona (w twojej sytuacji - to on) zwala
      problem poza siebie. To przykre, ale tak już jest...
      Chyba że jesteś naprawdę mocno pewna o życzliwości jakiejś osoby, ale jeśli
      dopiero szukasz kogoś pomocnego to raczej nie ma szansy.
      (Ja byłem tak oczerniony wśród przyjaciółek mojej pani że nie wiedziałem gdzie
      się schować.)

      Puszczaj maleństwu twoja ulubioną muzykę, zaczniecie ją wspólnie lubić.

      I czekaj na posty innych osób, może coś ciekawszego podpowiedzą.
      TRZYMAJ SIE CIEPŁO, i pisz jak trzeba.
      • bonkreta Re: Czy mam szansę na życie w tym związku ? 01.03.05, 15:47
        Dzięki za ponowną długą odpowiedź.

        Co do psychologów - wybieram(-my) bardzo starannie i naprawdę nie jest łatwo. W
        zeszłym roku raz poszliśmy na spotkanie do jedynej osoby, która przeszła
        wstępne sito ;-) Więcej nie poszliśmy, bo uznaliśmy to za stratę czasu. Z tym
        jest naprawdę problem, bo Michał z wykształcenia jest... psychoterapeutą (po
        paru latach przestał pracować w zawodzie). W związku z tym zna wiele osób
        osobiście na gruncie prywatno-towarzyskim - co praktycznie wyklucza terapię...
        Nie oczekuję gotowych rozwiązań.

        Teraz to Michał wysyła mnie na terapię, żeby ktoś obiektywny wytłumaczył mi, że
        wszystko wymyślam, a obiektywny świat wygląda tak, jak on mówi... Dosłownie tak
        się wyraził. Nie mogę się pozbyć przekonania, że nie taki będzie skutek, ale
        muszę znaleź kogoś, kto mi pomoże, bo własne rezerwy już wykorzystałam. Mówi
        też co prawda, że on już wszystko zrobił lda naszego związku, że on zachowuje
        się w porządku, a to tylko moja "nienormalność" powoduje problemy, ale
        uzyskałam też ważne dla mnie zapewnienie, że jeśli to się okaże potrzebne, to
        on pójdzie na terapię ze mną.

        Muszę sobie trochę poukładać w życiu, i emocjonalnie i praktycznie, bo czuję
        się strasznie porozbijana. W codziennych sprawach jest nam raczej łatwo, bywały
        etapy, że każda łyżeczka była źle położona, ale to nie w tej chwili. Ja chyba
        nie jestem jakąś straszną zołzą i wydaje mi się, że umiem go doceniać, gdy się
        stara (przynajmniej zawsze tak mówił). Tylko trudno mi teraz wrócić do
        bliskości, traktować to jako zwykłe nieporozumienie itd. - na co z kolei on
        nalega. I trudno mi spokojnie myśleć o dalszym życiu, gdy wiem, że dla niego
        nie ma znaczenia, że mówię np. "nie dotykaj mnie" w czasie kłótni - to i tak on
        decyduje, co jest właściwe i ma do tego oczywiste prawo :-( Ta świadomość mnie
        dobija, bo nie wiem, czy kiedykolwiek może być inaczej - a jeśli nie, to nie
        chcę się godzić na takie życie. Mam huśtawkę emocji, w tej chwili z przewagą
        negatywnych.

        PS. Nie szukam właściwie wsparcia u jego znajomych. Chcę sobie zapewnić
        bezpieczeństwo (bardzo się boi, co ludzie o nim powiedzą), a przy okazji
        niezależne "archiwum" (Wypiera się, że jakiekolwiek wcześniejsze akty przemocy
        miały miejsce, z wyjątkiem jednego). Jestem przekonana, że autentycznie ich nie
        pamięta, a "pamięć zewnętrzna" nie zawodzi tak łatwo.
    • kini_m kini-m, list trzeci 01.03.05, 18:34
      Droga Bonkreto
      Hmm ..., psychoterapeuta...(Michał)...? Szewc bez butów chodzi.
      Po moim kontakcie z psychoterapeutami zauważyłem taką rzecz, że - każdy ma
      swoją "szkołę" pracy psychicznej i z trudnością poza nią wychodzi, weryfikuje,
      słabo jest gotowy na bieżąco reagować na bodźce wykazujące niedomagania
      uznawanych przez niego technik psychicznej pracy.

      W zasadzie to każdej osoby dotyczy. Ale właśnie zwłaszcza po kontaktach z
      terapeutami spodziewałem się jakiejś szerszej otwartości na różne punkty
      widzenia danych sytuacji, jej oceny. I co? I nic.

      A tak konkretniej - to problem jak dla mnie bardzo trudny: dokąd jest pewność
      siebie a odkąd zaczyna się zadufanie? Czy jestem (na ile) faktycznie winny(-a)
      a na ile ktoś mnie wpędza w poczucie winy? Czy on mnie (lub ja go)
      podporządkowuje czy to tylko normalne i oczywiste oczekiwania?
      Sam dziś stoję przed tymi pytaniami. Wiem że dużo sprzeczności czuje się w
      takiej sytuacji.

      Czy obiektywny świat wygląda tak, jak mówi Michał?
      Kurde, znam to.
      Też taki byłem, moją panią próbowałem do tego przekonać. A ona mi odbijała z
      nawiązką że "obiektywnie rzecz mówiąc jesteś chamem i każdy kto ciebie zna to
      potwierdza".
      I co wtedy?
      To ślepy zaułek.
      Obiektywność nie ma nic wspólnego z potrzebami twoimi, jego - a chyba na tym
      trzeba się skupić.
      Nawet jeśli jest pewny obiektywności to może ty poproś go o odstąpienie od tej
      obiektywności, nie negując jej jednocześnie.
      (Mężczyzna sam siebie tego nie umie. Zapewnij że nie masz na celu wpędzania go
      w poczucie winy, niech dla swojej potrzeby zachowa swoją obiektywność.)

      "Trudno ci teraz wrócić do bliskości, traktować to jako zwykłe nieporozumienie
      itd. - na co z kolei on nalega. I trudno ci spokojnie myśleć o dalszym życiu,
      gdy wiesz, że dla niego nie ma znaczenia, że mówisz np. "nie dotykaj mnie" w
      czasie kłótni - to i tak on decyduje, co jest właściwe i ma do tego oczywiste
      prawo :-( "

      To jest właśnie to co pisałem - mężczyzna ma potrzebę aktywnego (też fizycznie)
      rozwiązywania problemów, nawet jeśli jego wiedza psychoterapeutyczna mówiłaby
      całkiem przeciwnie. I to że trudno mu przyjąć taką formę zamknięcia się ciebie
      w sobie. Ale nie musisz się podporządkowywać.
      Moja własna myśl:
      Być może dałoby radę Michałowi wytłumaczyć że bliskość (zrozumienie) psychiczna
      której w tej chwili potrzebujesz stoi w konflikcie z bliskością fizyczną
      (dotykiem, przytuleniem). O ile to co myślę pokrywa się z tym co czujesz.

      Jeśli tak czujesz na pewno musisz to powiedzieć zanim spróbuje na swój sposób
      cię uszczęśliwić.
      Być może też odbiera od ciebie sprzeczne sygnały - na zasadzie "zaopiekuj się
      mną nawet gdy nie będę chciała".
      Być może takie sygnały sam sobie wyobraża.
      Bo napewno każdy mężczyzna chce pomóc swojej pani gdy jest jej źle (pomóc też
      fizycznie, przytuleniem).
      A ty jeśli tego tak nie chcesz w danej chwili, jeśli spodziewasz się że on chce
      okazać to - to spróbuj UPRZEDZIĆ konfliktową sytuację - powiedz z
      wyrozumiałością że po prostu NIE.
      Każdemu (mężczyźnie) trudno to zrozumieć - więc DODAJ ZAPEWNIENIE że nie
      oznacza to że go nie kochasz - to go uspokoi, będzie szansa że zmniejszy te
      chwilowe starania których nie chcesz.

      Mówisz że "ta świadomość cię dobija, bo nie wiesz, czy kiedykolwiek może być
      inaczej - a jeśli nie, to nie chcesz się godzić na takie życie."

      Masz w pełni rację bo o ile nawet twoje potrzeby nie byłyby zaspokojone (np.
      zrealizowane fizycznie) to zawsze co najmniej muszą być uhonorowane
      (odstąpienie od ingerencji fizycznej) - pomóż mu tylko to zrozumieć.

      PS: Piszesz że chcesz zapewnić sobie "niezależne archiwum".
      Staraj się jednak rozmawiać o problemie a nie prowadzić "czarny pamiętnik". To
      może nie tyle weryfikować związek co go podkopywać.
      Ale rozumiem twoje zaniepokojenie o to żeby ciebie nie wzięli kiedyś za
      wariatkę. Patrz w przyszłość, w przeszłość tylko po naukę (tę pozytywną, a nie
      tzw. "nauczkę")

      Takia japońska maksyma: Krzywdy które mi wyrządzono piszę na piasku, krzywdy
      które ja wyrządziłem piszę na kamieniu.

      Nie łatwo być człowiekiem, i kobietą, i mężczyzną.
      Znowu długo napisałem.
      Bardzo się cieszę z tobą rozmawiając, mnie też ta dyskusja dużo uczy.
      kini_m
      • bonkreta Re: kini-m, list trzeci 02.03.05, 16:19
        Wiesz... ja mam takie założenie życiowe, że ludzie generalnie chcą dobrze i
        zawsze postępują najlepiej, jak im w danej chwili jest dostępne... To założenie
        generalnie się sprawdza.

        Ja nie mam wątpliwości, że Michał chce postępować jak najlepiej, podobnie
        zresztą jak ja. Na spokojnie owszem, możemy rozmawiać, czasem nawet o przykrych
        rzeczach - i nie powoduje to scysji, awantur itp. Inna sprawa, że zwykle mam
        wrażenie, że i tak do niczego (tzn. konstruktywnego wniosku, rozwiązania
        jakiejś kwestii) nie doszliśmy. Ale w każdym razie przynajmniej deklaratywnie
        Michał respektuje moje potrzeby.

        Niestety, w sytuacji, gdy już raz "włączy się guzik" nie istnieje nic, poza
        chęcią zniszczenia mnie... Wierzę mu, gdy mówi, że on wtedy nie krzyczy, nie
        wyzywa, nie obraża itd - tzn. wierzę, że on faktycznie tak myśli. Nie widzi
        powodu, żeby się kontrolować, a ja nie jestem w stanie mu narzucić takiej
        konieczności. Nie wiem, jak to zmienić.


        Co do PS - nie tyle chodzi mi o "czarny pamiętnik" (nie mam zwyczaju rozmawiać
        z ludźmi o mich kłótniach itp. i wyżalać się przed nimi na niego). Tylko
        kolejne sprawy jakoś znikają... Przy ostatniej sprawie z przemocą, niecałe dwa
        lata temu, przyznawał się, że wcześniej uderzył mnie "raz albo dwa" (w
        rzeczywistości 6 albo 7 razy). Teraz już nie uderzył mnie nigdy przedtem...
        Przeszłość zmienia się, z miesiąca na miesiąc, a ja coraz więcej rzeczy
        wymyślam i coraz więcej mi się wydaje.

        Nasz związek nie jest takim koszmarem, jak związki niektórych kobiet, o jakic
        tu czytam, które tego typu kartoteki prowadzą, albo powinny prowadzić u
        lekarza. Na szczęście. Ale wiem, że trudniej mu będzie zaprzeczać, gdy wie, że
        powiedziałam kilku osobom.
        • babcia_kasi Re: kini-m, list trzeci 02.03.05, 18:48
          <<Wierzę mu, gdy mówi, że on wtedy nie krzyczy, nie
          wyzywa, nie obraża itd - tzn. wierzę, że on faktycznie tak myśli. Nie widzi
          powodu, żeby się kontrolować, a ja nie jestem w stanie mu narzucić takiej
          konieczności. Nie wiem, jak to zmienić.>>
          A dyskretne nagrywanie na dyktafon, lub nagrywarkę, a potem odsłuchanie na
          spokojnie?
          • bonkreta Re: kini-m, list trzeci 02.03.05, 18:55
            Myślałam o tym, ale nie potrafię tego zorganizować technicznie... Nie mam w
            domu dyktafonu, mogłabym kupić, ale nie są takie znów tanie - no i nie
            wyobrażam sobie, np. wychodzenia w środku kłótni do innego pokoju po dyktafon
            (zresztą poszedłby za mną), włączania ukradkiem itd. To byłoby dobre
            rozwiązanie, tylko nie potrafię go technicznie zrealizować.

            Proponowałam też nagrywanie ustalone wcześniej (tzn. nagrywanie każdej rozmowy,
            która potencjalnie może przerodzić się w konflikt) - oczywiście NIE. Rozumiem,
            bo to by mi dało "broń" do ręki. Broń - w sensie tego, że moje słowa miałyby
            jakieś pokrycie i nie można im łatwo zaprzeczyć.
    • kini_m Re: Czy mam szansę na życie w tym związku ? 01.03.05, 18:39
      nie wiem czy kiedyś nauczę się streszczać w wypowiedziach, chyba zbyt wiele
      myślę
      • bonkreta Re: Czy mam szansę na życie w tym związku ? 01.03.05, 19:05
        Jak dla mnie super, nie mam wyrzutów sumienia z powodu moich tasiemców :-)
    • kini_m a jak już... 01.03.05, 19:27
      a jak już będzie ci trochę lżej to napisz o nim, o was coś pozytywnego więcej,
      co cię cieszy ...
      kini_m
      • babcia_kasi Re: a jak już... 02.03.05, 11:39
        Bonkreta, kini-z dużym zainteresowaniem przeczytałam Waszą rozmowę.Kilka postów
        niżej jest opisana sytuacja w małż.mojej córki.Oprócz zwykłej terapii kilka dni
        temu miała "ustawienie rodzin wg Hellingera".Polecam, polecam zwłaszcza Wam.
        • bonkreta Re: a jak już... 02.03.05, 16:21
          Słyszałam o Hellingerze. O ile mi wiadomo nikt w okolicy nie pracuje tą
          techniką. A poza tym - boję się. Moje układy z (nie)mężem to jedna sprawa, a
          układy z rodzicami inna, nie wiem, czy nie gorsza. Nie czuję się na siłach
          załatwiać wszystkiego naraz.
        • kini_m babciu_kasi 03.03.05, 01:09
          babciu_kasi
          Co prawda nie znam metody przez ciebie wymienionej ale wątpię czy w mojej
          sytuacji (mimo moich chęci) jest to możliwe - obecnie muszę walczyć w sądzie
          aby moja pani nie wycięła mnie z życia mojej córki.
          Przykładowa rozmowa u mnie:
          [ja] - "Obawiam się abyś ze mnie nie zrobiła weekendowego ojca."
          [moja pani]- "A tak, tak ci zrobię i już!"
          (właściwie w sądzie chciała jeszcze gorzej - abym widział córkę 1 x na 2 tyg.)
          I co mam zrobić w kraju w którym sądy preferują matki, wobec takiego
          zacietrzewienia, a opiekowałem się córką bardzo dobrze.
          kini_m
      • bonkreta Re: a jak już... 02.03.05, 16:09
        Właściwie już jest mi trochę lżej, ale... nie chcę w tej chwili rozmyślać nad
        dobrymi aspektami. Wiem, że to dziwnie brzmi, ale dla mnie ma sens. gdy
        zaczynam myśleć o tym, co dobre, tracę motywację do zmian - bo zmieny zawsze są
        bolesne i trudne, trudniejsze niż życie tak, jak dotychczas, zwłaszcza, jeśli
        brać pod uwagę te dobre okresy (ostatnio długie).

        Tak naprawdę najpierw muszę zdecydować, co powinnam właściwie zrobić. Z jednej
        strony chciałabym przestawić się na "tryb bliskości", ale to wymagałoby
        zapomnienia o tym, co się stało, a tego też nie chcę. Nie chcę też pogrążać się
        w rozpamiętywaniu jak mi źle i jaka jestem biedna (w obecnym stanie ducha dość
        łatwo mi to przychodzi, a wcale nie jest konstruktywne, tylko depresyjne...).
        Mam poczucie konieczności załatwienia zbyt wielu rzeczy i jak na razie staram
        się sobie to jakoś poukładać...
        • kini_m Droga Bonkreto (5) 02.03.05, 21:59
          Bonkreto
          Cieszę się że masz założenie że ludzie generalnie chcą dobrze. Też tak trzymam.
          (Szklanka jest do połowy pełna, a nie do połowy pusta. Chociaż gdy zostaje w
          niej już tylko kilka kropelek, wtedy bardzo trudno to powiedzieć... ale można.)

          "Niestety, w sytuacji, gdy już raz "włączy się guzik" nie istnieje nic.."
          W takich sytuacjach dzieje się jak dla mnie rzecz horrendalna - a mianowicie:
          - sposób postrzegania sytuacji obu stron niesamowicie się rozjeżdża i każde
          jest pewne że ma właściwą ocenę

          Też szukam odpowiedzi na to pytanie - czemu tak się dzieje?
          Nie wiem. Mnie to przeraża. Bo w takiej sytuacji oboje mogliby się pozabijać i
          jednocześnie wmówić że ten drugi popełnił samobójstwo - i kazde by w to
          wierzyło.
          (No wiem, bo też w takich sytuacjach byłem - nie wiem co się wtedy dzieje w
          mózgach, i ja też twierdziłem że mam rację, a jednak - druga strona też
          twierdziła że ma rację.)
          I co?
          Wtedy trzeba odłożyć obiektywizm i spojrzeć na wzajemnie potrzeby - pisałem to
          już (w czwartym liście, powyżej).
          Czy to możliwe? Nie wiem. Trzeba spróbować. Może zapisać sobie na
          kartce: "Odłóżmy obiektywizm i spojrzyjmy na wzajemnie potrzeby" - oprawić w
          ramkę z sentencją: "Na wypadek kłótni" i powiesić na ścianie.

          Jeszcze taka rzecz - czy nasza dyskusja ma być czarnym pamietnikiem, czy
          rozmawiasz o kłótniach z innymi ludźmi czy nie - to drugorzędna sprawa, można
          tak, można inaczej. Ale napewno 2 rzeczy tu są warte:
          - ta dyskusja może jest dobrym sposobem ujścia tej całej złości, a każdy musi
          jakoś znaleźć to ujście (o wyzłoszczeniu pisałem w pierwszym liscie, i w
          punktach podsumowania)
          - pisząc na otwartym forum każdy sam sobie stawia poprzeczkę (poziom)
          weryfikacji sytuacji, to dobre żeby nie wpaść w zadufanie

          Piszesz: "że trudniej mu będzie zaprzeczać, gdy wie, że powiedziałam kilku
          osobom".
          Pamiętaj tylko jeszcze że przeszłość jest po to aby z niej brać naukę, wnioski
          a nie wypominać.
          A praktycznie - sugeruję aby ta konfliktowa sytuacja była do końca wzajemnie
          przez wyjaśniona, na tyle na ile się da, wyciągnięte wspólnie wnioski i na
          koniec przebaczone. (Zdaję sobie jednak sprawę że jednak każde z was może nadal
          pamiętać sytuacje inaczej - no i pewien szkopuł pozostanie.)
          Jeśli tak się nie stanie to wtedy powoli zaczyna się erozja kończąca koszmarem,
          wypominając przeszłość zaczynasz uchodzić za osobę która nie umie przebaczać.

          Zastanówcie się razem - czy sobie wypominacie przeszłość, czy już zrobiliście z
          nią rozrachunek. Inaczej erozja wkrada się w najlepszy nawet związek i go
          drąży. (U mnie tak było. Niech tobie się tak nie przydarzy. Miałem też i inne
          rodzaje erozji.)
          Wyciągnijcie wnioski, zastosujcie je, napiszcie na ścianie - ale nie
          wypominajcie.

          Dyktafon - nie (zaraz wytłumaczę).
          ( Chyba że chcesz zbierać dowody na przestępstwo, dla sądu. A i sąd nie chce
          brać za bardzo tego typu dowodu pod uwagę bo analiza taśmy przez biegłych,
          sprawdzanie laboratoryjne czy to nie jest montaż, itp. wydłuża proces i podraża
          koszty procesu którymi obciążane są strony. Prędzej sąd bierze tego typu dowody
          pod uwagę w sprawach karnych, ale nie cywilnych np. o dziecko czy rozwód. Więc
          czy jesteś pewna że chcesz pozwać Michała? Chyba że jesteś pewna.)

          A tak naprawdę - zapis na dyktafonie jest formą wypominania. Jeśli chcesz w ten
          sposób budować związek....? Według mnie najlepsza droga to:
          Wyjaśnić, Wyciągnąć wnioski, Napisać na ścianie, Stosować.
          To kwestia: czy chcesz budować związek na zaufaniu czy na kontrolowaniu
          (fizycznym drugiej osoby, nie mówię o kontrolowaniu się psychicznym).
          Zaufanie - trzeba o to ciężko dbać i na nie pracować.
          Kontrolowanie - koszt jednorazowy ok. 200 zł (dyktafon, + 8 zł taśma).
          Co wybierasz - twój wybór.
          Ja wierzę że zaufanie procentuje, a kontrolowanie (fizyczne) ....?
          A tak technicznie - przy dyktafonie partner będzie się wyłączał i nic nie
          nagrasz.
          Ma to wtedy co prawda funkcję dyscyplinującą. Ale czy warto to robić kosztem
          zaufania (o które trzeba pracować), niepewności dla stabilności związku?
          Na pewno to nie rozwija związku, odciąga od mobilizacji o naprawę związku.
          Dyktafon - tylko gdy już naprawdę w domu masz koszmar.
          Tak jak wypominanie - dyktafon anuluje to co byś umiała sama z siebie wybaczać.
          A bez przebaczenia nie da się żyć szczęśliwie. (Nie mylić przebaczenia z
          zapominaniem - pamięć mamy i jej nie wyprzemy, natomiast przy określonych
          okolicznościach jesteśmy zdolni do przebaczania.)
          (Przeszłem przez etap dyktafonu - próbowałem nagrywać moją panią. Ale już po
          rozstaniu, jej kłótnie przy dziecku. Ta technika to koszmar - zabija wszelkie
          resztki wzajemnego szacunku.)

          To całkiem dobra myśl: "nie chcę w tej chwili rozmyślać nad dobrymi aspektami
          [...] gdy zaczynam myśleć o tym, co dobre, tracę motywację do zmian".
          Jakąś niewielką ilość złości - taka która motywuje oczywiście dobrze w sobie
          zostawić na ten cel motywacyjny - więc nie nalegam żebyś pisała idyllicznie.

          Pozdrawiam ciepło
          i życzę dobrych czekoladowych lodów.
          kini_m
    • lodzianka82 Re: Czy mam szansę na życie w tym związku ? 03.03.05, 22:38
      Pozwolim sobie wyslac Ci maila na gazetowy adres.
      Pozdrawiam.
      • nimi Re: Czy mam szansę na życie w tym związku ? 18.03.05, 20:44
        ja też ci coś napisałam na priva na gazecie
        pozdrawiam
    • pawel.drozdziak Re: Czy mam szansę na życie w tym związku ? 06.03.05, 22:54
      Jesli jest pani z Warszawy, proponuje skontaktowanie sie z Poradnia
      Psychoterapii Przeciwdzialania Przemocy w Rodzinie przy Belgijskiej 4.
      tel 845 12 12
    • tola30 Re: Czy mam szansę na życie w tym związku ? 30.05.05, 23:41
      i jak dalej Twoje zycie sie układa? bije Cie i szarpie mimo ze jestes z nim w ciazy?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka