bonkreta
28.02.05, 20:49
Witajcie, dzisiaj znalazłam to forum.
Wczoraj mój partner Michał po raz kolejny stosował wobec mnie przemoc. Poszło
o to, że najpierw zgodziłam się pojechać do jegoznajomej (na czym mu
zależało, ja nie miałam ochoty), a potem powiedziałam, żeby jednak jechał
sam. Zaczął mnie wyzywać od świń, kurew i innych, próbowałam coś zrobić, żeby
przestał (powiedziałam, że sobie nie życzę takich słow, żeby przestał mi
sprawiać przykrość itd) ale to spowodowało tylko jeszcze większy stek wyzwisk
i upokorzeń. Straciłam panowanie nad sobą, rzuciłam komórkę (jego) na podłogę
i pobiegłam do sypialni, żeby się tam zamknąć, żeby przestał się nade mną
znęcać. Ale nie mógł ścierpieć tego, że uciekam, więc mnie dogonił, zaczął
szarpać i wykręcać ręce do tyłu, wyrywałam się, więc popchnął mnie na ścianę.
Zaczęłam krzyczeć najgłośniej jak mogłam (żeby nie mógł mnie już więcej
obrażać)i to go chyba zaskoczyło, bo udało mi się wyrwać, ale przy drzwiach
znowu mnie dopadł i szarpał. Potem drugi raz się wyrwałam, skoczyłam na łóżko
i było mu trudniej, bo kopałam nogami i dalej krzyczałam. Zagroził, że MUSI
mnie uderzyć, "bo jestem w histerii". Wrzasnęłam, że nie musi, tylko chce i
to o dziwo podziałało, bo w końcu mnie puścił i powiedział, że idzie
zadzwonić po moich rodziców (chyba faktycznie się przestraszył mojego krzyku)
i faktycznie puścił mnie i wyszedł z pokoju, a ja zamknęłam się na klucz.
Zapewne poweidział, że posprzeczaliśmy się, a mnie nagle odbiło i zaczęłam
wrzeszczeć, a teraz nie chcę wyjść.
Już chwilę później był pod drzwiami i coś mówił, zapewne mnie przepraszał i
namawiał do wyjścia, ale nie wiem dokładnie, bo zatkałam sobie uszy i nie
słuchałam. Po paru godzinach przyjechał mój ojciec i też coś mówił, nie wiem
co, a potem chyba pojechał. Spędziłam dzień zamknięta na klucz w sypialni.
Pod wieczór Michał przychodził jeszcze kilka razy, namawiał mnie, żebym coś
zjadła, wypiła, porozmawiała z nim itd. Był miły, obiecywał, że nawet nie
będzie mnie zmuszał do przyznania się do winy, tylko mnie po prostu przeprosi
(!).
Dziś dalej jest miły, ale ja nie mogę się zmusić, żeby z nim porozmawiać, czy
chociaż pozwolić zbliżyć się do mnie. Wiem, że terz nic mi nie zrobi, będzie
uprzejmy i kochający, ale nie jestem w stanie.
Podobne wydarzenia już miały miejsce w przeszłości, , najczęściej szarpanie,
popychanie, bicie w twarz, raz duszenie, ale raczej rzadko - ostatnio prawie
dwa lata temu. Po pierwszych kilku razach dawałam się nabierać na czułe
słówka tuż po, przytulał mnie na siłę, gadał, gadał i gadał, a w końcu
ulegałam i wierzyłam obietnicom, że już nigdy tego nie zrobi. Ostatnim razem
wyprowadziłam się na ok. miesiąc. Było mi z tym bardzo źle. Podrzuciłam mu
znalezioną przypadkiem książkę Alberta Ellisa o uzależnieniu od złości i to
zrobiło na nim wrażenie, powiedział, że poczuł się, jakby go ktoś śledził,
chyba dotarło do niego, że to on ma problem i obiecał, że pójdzie na terapię.
Poszedł, przez około rok było cudownie. Gdy w kłótni podnosił na mnie głos, a
ja mówiłam "przestań na mnie krzyczeć", on przestawał, zamiast wrzeszczeć, "a
jak mam inaczej traktować taką idiotkę" czy coś w tym stylu. Przestał też
oglądać filmy, w których ludzie ze szlachetnej zemsty nawalają się po ryjach.
Ale niestety po tym czasie doszedł do wniosku, że tak się nie da żyć, że on
ma prawo doodczuwania swojej złości, zwłaszcza, że ja go tylko prowokuję.
Wyzwiska zaczęły się od nowa, ale jak dotąd nie było przemocy fizycznej.
Jestem teraz w trzecim miesiącu ciąży (z wpadki). Michał zachwycony i
uszczęśliwiony, ja znacznie mniej. Gdy tylko się dowiedział, usuwa mi pyłki
spod stóp, wyręcza mnie we wszystkich pracach domowych, usługuje itd. Ja
nigdy dziecka nie chciałam i jestem pełna obaw i ogólnie w dołku, chociaż
bywają lepsze dni. Michał mnie pociesza i wspiera, szuka pozytywów, namawia
mnie, żebym starała się cieszyć. Przez pierwsze dni dawał mi czas, zresztą
ryczałam ileś razy dziennie, ale po paru dniach było lepiej i już mu się
chyba wydawało, że jest dobrze (tzn. że się cieszę). Ale nie jest. I on już
się chyba tym zniecierpliwił, chce się mną chwalić przed znajomymi i mówić,
że się tym cieszę... Z tego powodu najpierw dwa razy mnie zmieszał z błotem,
a w końcu doszło do wczorajszej sytuacji.
Mimo to nie chcę rezygnować z tego związku... Poza tymi sytuacjami jest mi w
nim (z nim) dobrze. A z drugiej strony nie chcę ryzykować życia w ciągłym
strachu, bólu i poniżeniu.
Pewnie ktoś mi napisze, że muszę dbać o swoje dziecko, które ma się
urodzić... Ale ja tego wcale tak nie czuję. Nie chcę tego dziecka, nie chcę
tej ciąży, a już zwłaszcza po wczorajszym wydarzeniu.
Zadzwoniłam do jego siostry i opowiedziałm o tym, co się stało. Teraz robi mi
awanturę, wyzywa mnie od nienormalnych, że trzeba mnie ubezwłasnowolnić,
zawieźć na dyżur psychiatryczny itd.