avenarius1978
29.10.05, 11:28
...i po co? Tkwię w takim rozerwaniu od 15 miesięcy...jasne, że to nie szmat
życia, ale wciąż niezmiennie pragnę, pożądam, zabiegam i staram się. Może
dlatego, że każdego dnia muszę zdobywać...nie miałem ani przez chwilę
poczucia, że Ona już "jest moja". Więc każda chwila to walka...może to dobry
sposób na faceta. Choć mnie kosztuje to ogromnie dużo wysiłku...stabilności
emocjonalnej żadnej...a bez tego ciężko. A w pewnych obszarach zabrnąłem
chyba zbyt daleko...nie wymagam, sam daję jak najwięcej siebie. Czy to źle?
Przyzwyczaić kogoś do takiej wygody i komfortu, a teraz żałować, że może
należało myśleć również o sobie. Z czym jeszcze muszę walczyć? Z przekonaniem
Jej...bo różni nas liczba dwucyfrowa. Więc powody mojej chęci bycia razem
różnie można interpretować. Nikt nie mówił, że będzie łatwo i ja wcale tego
nie oczekuję. Ale czasami zastanawiam się, czy nie popełniłem błędu, który
teraz pozwala określić ten związek toksycznym. Lekko. Walczę wciąż z
dopasowaniem swoich wymagań do Jej potrzeb i odwrotnie. A w ogóle to...sam
nie wiem co.