Dodaj do ulubionych

Jak Wasze dzieci przeżywają...

03.12.05, 00:18
różne rzeczy. Poniżej watek z krótkim opisem sytuacji. Ja dam radę.
Zrezygnowałam już co prawda z wielu rzeczy, ale dam razdę. Sen z oczu spędza
mi jedynie temat dzieci. Wiem, co piszą na temat wpływu na psychikę dzieci w
książkach. DESTRUKCJA! Z drugiej strony znam wielu wartościowych ludzi,
którzy wyrośli w takiej lub innej patologii.
Co wynika z Waszych obserwacji? Co bardziej się odbije na dziecku? Bardzo
burzliwy rozwód (bo tego jestem pewna) i manipulacja ze strony męża (to też
mam jak w banku) czy pozostanie w takim związku gdzie co prawda tata kocha
dzieci, ale nienawidzi ich mamy co pokazuje dosłownie co 5 minut?
Jak się zachowują Wasze pociechy? Jaki wpływa ma ich wiek? Moje maluchy mają
3 lata i pół roczku. Narazie oczywiście bardziej drżę o starszego.
Obserwuj wątek
    • ollie1 Re: Jak Wasze dzieci przeżywają... 03.12.05, 11:05
      ennkaa napisala:

      > Z drugiej strony znam wielu wartosciowych ludzi,
      > którzy wyrosli w takiej lub innej patologii.

      taa... tylko ze nie wiesz nigdy tak do konca z jakimi zmorami z przeszlosci czy problemami emocjonalnymi zmagaja sie ci wartosciowi ludzie.

      Ja wychowalam sie w rodzinie takiej jak Twoja. Dokladnie tak to sie wszystko zaczelo. Moja mama byla bardzo ladna, inteligentna kobieta. Mój ojciec swiata poza nia nie widzial. Dopóki nie wzieli slubu. Nie wiem jak to sie stalo, ale gdy mama przestala pracowac i zostala w domu ze mna w ojcu obudzilo sie poczucie wladzy nad jej/naszym losem. Powtarzal jej codziennie, ze jest brzydka, glupia, ze nikt inny jej nie chcial. Uderzyl ja po raz pierwszy jak byla w ciazy z moim mlodszym bratem.
      Wtedy moja mama miala jeszcze sile uciec. Miala jeszcze gdzie. Ale potem ojciec przepraszal, blagal o przebaczenie a rodzina mówila, "ze przeciez przed oltarzem przysieglas!" No i mama wrócila. I wtedy dopiero sie zaczelo.
      Ojciec systematycznie wykanczal ja psychicznie. Powtarzal jak jest glupia, bezuzyteczna, utrudnial kontakty z przyjaciólkami, nastawial je przeciwko mamie, odmawial jakiejkolwiek antykoncepcji wiec wkrótce pojawil sie mój drugi brat i siostra. Jego plan byl bardzo prosty i skuteczny. Usidlic mame w domu, okraczyc dziecmi, zdusic w niej wszelkie poczucie wlasnej wartosci. No i do tego dochodzily oczywiscie awantury o byle co i pobicia.
      Dopiero kiedy my i moje rodzenstwo troche podroslismy i poszlismy do szkoly mama miala szanse wyjscia miedzy ludzi. Poszla do pracy. Minely kolejne lata zanim podjela decyzje o rozwodzie. Ja mialam wtedy 15 lat.
      Rozwód byl koszmarem bo ojciec caly czas mieszkal z nami. Dodatkowo mama wniosla sprawe o znecanie sie nad nia.

      Ja jestem teraz dorosla kobieta. Moje rodzenstwo równiez. Zadne z nas jak do tej pory nie ulozylo sobie zycia. Ja mam za soba kilka nieudanych zwiazków. Nie wyobrazam sobie abym miala wlasne dzieci. Wpadam w panike gdy jakikolwiek mezczyzna podnosi na mnie glos. Mój brat ma dziecko, którego nie moze widywac bo nieustannie klóca sie z jego matka.
      Na pozór wszyscy jestesmy, jak to okreslilas wartosciowymi, udanymi ludzmi, którzy wyszli z patologii. Pokonczylismy studia, mamy dobre prace, kariery. Tylko jakos na gruncie osobistym nie bardzo nam sie uklada.

      Moja mame czasem opadaja wyrzuty sumienia, ze pozbawila nas rodziny, ojca. A ja jej zawsze powtarzam, ze zbyt dlugo czekala z rozwodem. Ze dzieci dorastajace w rodzinie z przemoca nie sa szczesliwe, chocby nie wiem jak bardzo matka sie poswiecila. Takie dzieci do konca zycia beda ciagnac za soba ten bagaz. I do tego potworne poczucie winy, ze to dla nich matka tak sie poswiecila, ze to dla nich tak cierpiala i to dla nich zmarnowala swoje zycie.

      Czasem patrze na swoje zdjecia z przedszkola. Jest na nich twarz malej zaleknionej, smutnej dziewczynki. Na zadnym zdjeciu nie usmiecham sie tak jak inne dzieci.
      Pamietam tez pól podstawówki spedzonej po szpitalach, bo lekarze nie mogli ustalic przyczyny koszmarnych bólów brzucha jakie mialam. Bóle ustaly jak reka odjal gdy ojciec sie wyprowadzil z domu.

      Nie skazuj swoich dzieci na takie dziecinstwo. Twoje dzieci beda najszczesliwsze gdy TY bedziesz szczesliwa.
      • ennkaa Re: Jak Wasze dzieci przeżywają... 03.12.05, 12:46
        Dziękuję ollie1 za posta. Nie powiem, że mnie pocieszył:(
        Z drugiej strony tak się zastanawiam, może nie jesteście jeszcze w związkach
        nie dlatego, że jesteście niepoukładani, ale dlatego,że jesteście ostrożniejsi
        niż dzieci z rodzin "normalnych"? Broń Boże nie chcę udowadniać zbawiennego
        wpływu patologii na dzieciaczki, ale z drugiej strony moja mama też stworzyła
        taką nienormalną rodzinę z moim ojcem a sama miała sielankowe dzieciństwo. Ja
        powielam błędy:(
        No ale do rzeczy. Co do podobieństw Twojej sytuacji do sytuacji moich dzieci:
        1. Mój starszy synek uwielbia tatusia. Nie boi się go, chociaż czuje respekt,
        na jego wrzaski wydaje sie nie reagować. Czy to tylko poza?


        2. Skąd mogę wiedzieć , że odejście to jedyne rozwiązanie. Bądź co bądź to
        rodzina i warto o nią zawalczyć...tylko, że z tego co tu czytam nikomu się
        raczej nie udało:(

        oj...muszę kończyć:( liczę na odpowiedź
        • horpyna4 Re: Jak Wasze dzieci przeżywają... 03.12.05, 13:36
          Twój synek uwielbia tatusia, więc tatuś stanie się dla niego wzorem do
          naśladowania. Chyba lepiej przeciąć wrzód.
          • ennkaa Re: Jak Wasze dzieci przeżywają... 03.12.05, 13:52
            No tak....tego też się boję:( no ale skoro mały widzi, że nikt nie akceptuje
            tej cechy u jego ojca to może...jezu..sama nie wiem:(

            Poza tym ma inne cechy, bardzo pozytywne, do naśladowania.

            Nie chcę go bronić. Wiem, że nie mogę tej sprawy tak zostawić. Chcę przeciąć
            wrzód, ale też muszę wybrać na to sposób. Rozwód to ostateczność poza tym na
            pewno rozpętałby piekło.

            Chcę walczyć dla dzieci ale nie kosztem dzieci. Nie ma tu nikogo komu się
            udało?? Terapie i inne sposoby to tylko zawracanie kijem Wisły?

            Pzrepraszam,że tak nieskładnie, ale malutka mi wisi na ręku:)

            • horpyna4 Re: Jak Wasze dzieci przeżywają... 03.12.05, 16:09
              Rozwód to ostateczność, ale istnieje jeszcze separacja, dająca czas na
              opamiętanie się. Trzeba tylko mieć po swojej stronie większość wspólnych
              znajomych, a nad tym trzeba popracować, zwłaszcza, jak mąż oczernia żonę na
              prawo i lewo. Pomyśl o tym.
              • ennkaa Re: Jak Wasze dzieci przeżywają... 03.12.05, 17:59
                Separacja odpada. Albo podejmę jakieś desperackie kroki, żeby to posklejać,
                albo kończę z tym definitywnie. Nie zrobię dzieciom piekła porównywalnego z
                rozwodem dając sobie furtkę.

                Niemniej dzięki za radę.
    • msokoluk Re: Jak Wasze dzieci przeżywają... 03.12.05, 17:20
      ja doświadczam przemocy w małżeństwie odkąd wyszłam za mąż za człowieka,który
      sam wychował się w rodzinie, gdzie panowała przemoc i terror tatusia. Syn, tk.
      mój mąż został katem, a ich córka nigdy nie znalazła partnera i jest samotną,
      złą kobietą.
      • ennkaa Re: Jak Wasze dzieci przeżywają... 03.12.05, 17:58
        Ale to zalezy na pewno od nasilenia przemocy. Postawy drugiej strony itd.
        Jestem rozdarta bo nie zmałatał mnie jeszcze tak bardzo, żebym przestała się
        bronić..z drugiej strony mam jeszcze chyba wystarczająco siły. Problem w tym,
        że nie wiem na co ją spożytkować. Na rozwód czy na walkę....być może z
        wiatrakami. Nie zmałatał mnie również na tyle abym się nie przestała bać. Parę
        postów niżej kobieta szuka porwanego dziecka!

        Wszędzie czytam, że jak raz uderzył to nie przestanie. Więc to koniec.
        Z drugiej strony bardzo daleko mu do katowania nas (fizycznego). Może poprostu
        jest złym mężem? No ale czekać aż zacznie mnie bić regularnie?
        • ollie1 Re: Jak Wasze dzieci przeżywają... 03.12.05, 22:32
          ja wcale nie twierdzę, że rozwód to jedyne wyjście.
          Nie wiem jakie wyjście jest najlepsze w Twojej sytuacji, bo jej nie znam. Wiem tylko tyle ile napisałaś w swoim poście.
          Zastanawia mnie zawsze jedno: jak to się dzieje, że kobiety pozwalają się katować latami, że znoszą to wszystko. I jedyna odpowiedź jaką znajduję to taka, że po pierwsze przemoc narasta powoli i systematycznie. A po każdym okresie przeprosin i "miodowego miesiąca" on posuwa się kroczek dalej. A kobieta ciagle mówi sobie, że przecież jeszcze nie jest tak źle. Jeszcze nie mam siniaków, jeszcze mi nic nie złamał... jeszcze mnie nie zabił??
          Gdzieś niżej dziewczyna pisze o mężu, który wyrzuca jej na głowę kosz ze śmieciami, który pchnie ją, w 4 miesiącu ciąży na podłogę. I ona pyta czy to JUŻ jest przemoc!!
          Właśnie to mnie przeraża w przemocy domowej, że im dalej partner się posuwa, tym dalej kobieta przesuwa swoje granice i tym więcej jest gotowa znosić.
          Piszesz, że jeszcze masz siłę, że jeszcze się bronisz... ale nie piszesz jak się bronisz, co konkretnego zrobiłaś. Czy zadzwoniłaś po policję? Czy zażądałaś terapii, przeprosin, czegokolwiek. Piszesz, że próbujesz rozmawiać ale on nie chce słuchać.
          Uważam, że powinnaś zasięgnąć fachowej porady.
          Nie twierdzę, że rozwód to jedyne wyjście. Przyznam, że nie znam przypadków rodzin, którym się udało, gdzie przemoc ustała. Ale to nie znaczy, że takich nie ma. Ale jedno jest pewne. Jeśli dalej będziesz tolerować jego zachowanie i tylko próbować rozmawiać to sytuacja napewno się nie poprawi. A wręcz przeciwnie. Czasem takiego damskiego boksera otrzeźwia fakt, że kobieta przestaje być bierną ofiarą.
          Powiem Ci co powstrzymało mojego ojca. Po tym jak kiedyś pobił moją mamę ja i moi bracia postanowiliśmy, że więcej na to nie pozwolimy, że kiedy spróbuje następny raz to rzucimy się po prostu wszyscy między nich i będziemy próbować go powstrzymać. I tak też zrobiliśmy przy następnej awanturze. Ja miałam wtedy jakieś 12 lat, moi bracia 10 i 8 lat. Ojciec był tak zaskoczony i skołowany, że nie wiedział co zrobić. Od tamtej pory więcej nie uderzył mamy. Od tamtej pory wiedział też, że stracił dzieci.
          To było koszmarne doświadczenie, ale tym bardziej utwierdziło moją mamę w przekonaniu, że musi odejść.

          Mam świadomość, że na tym etapie pewnie czytasz to wszystko i myślisz sobie "no nie, u mnie nie jest jeszcze tak źle"
          Piszesz, że Twój synek uwielbia tatę. I moim zdaniem jest to powód do zmartwienia. Jeśli tatuś będzie jego wzorcem to pomyśl jaki wzór traktowania kobiety i matki przejmie Twój syn. Czy naprawdę myślisz, że skuteczne będzie wytłumaczenie maluchowi, że kobiety się nie bije i nie lekceważy, podczas gdy jego ojciec-wzór właśnie to robi? Dzieci, szczególnie w pierwszych trzech latach życia chłoną wszystko jak małe gąbki. Zachowania, mimikę, słownictwo rodziców. Nie potrafią rozróżnić, które zachowania są dobre, a które złe.
          To wcale nie znaczy, że ot tak po prostu Twój syn będzie lekceważył i poniewierał swoją żonę, bo jego ojciec tak robił. To są o wiele subtelniejsze mechanizmy, nie rzadko na zasadzie przeciwności.
          Nie sądzę, żeby któryś z moich braci podniósł rękę na swoją żonę, bo zbyt dobrze wiedzą co to oznacza. Ale z drugiej strony nigdy nie widzieli jak ich ojciec przytula czy głaszcze matkę. Nie mają tego zaprogramowanego jako wzorca. Okazywanie ciepłych uczuć przychodzi nam bardzo ciężko, bo nigdy nie widzieliśmy tego u naszych rodziców. I to nic, że widzieliśmy to w setkach filmów, to nic, że wiemy, że tak trzeba. Ale pierwszy wzór relacji "kobieta- mężczyzna" to zawsze jest wzór rodziców.

          Jeszcze raz powtórzę, że wcale nie twierdzę, że rozwód jest dla Ciebie jedynym wyjściem. Nie wiem co jest. Ale wiem, że COŚ zrobić musisz. MUSISZ zmienić tę sytuację. Być może gdyby moja mama zareagowała stanowczo i skutecznie gdy była na Twoim etapie to nie doszłoby do tego co miało miejsce później.
          A dzieci, niestety nawet te najmniejsze doskonale wyczuwają atmosferę w domu. Mogą jeszcze nic z tego nie rozumieć, mogą nic nie mówić, ale czują. Czują napięcie, złe emocje, agresję między dwoma najważniejszymi w ich życiu osobami.
        • mgla_jedwabna Re: Jak Wasze dzieci przeżywają... 03.12.05, 22:42
          jak sie zdecydujesz na rozwod to bedziesz miala pieklo przez najlizsze dwa
          lata, jak zdecydujesz sie nic nie robic bedziesz miala pieklo cale zycie. synus
          uwielbia tate, bo takie typki manipuluja dziecmi zeby potem udowadniac jacy to
          z nich wspaniali tatusiowie (w odroznieniu od zlej matki). Jak ojciec kocha
          swoje dziecko to nie bije jego matki, zwlaszcza na jego oczach. "daleko do
          katowania"- wystarczy ze raz uderzyl, znaczy ze jest do tego zdolny. Jak nic
          nie zrobisz to do katowania tez dojdzie.
          Najwyrazniej tkwisz w bagnie- na co czekasz, skoro juz wiesz ze jest zle?
          (inaczej nie byloby tego postu) Az bedzie jeszcze gorzej?
          aha, i nie pozbawiasz dzieci ojca. zastanow sie kto to jest ojciec. Ktos
          odpowiedzialny, kto dzieci chroni, wychowuje w duchu jakichs wartosci (np.
          szacunku), kto jest dla nich wzorem i podpora. Czy Twoj maz spelnia te warunki?
          Z tego, co piszesz, to nie.
          "mam wystarczajaco sily"- a co zrobisz jak Ci sie skonczy?
    • kinkygirl piekło rozwodu 04.12.05, 02:01
      o jakim piekle mówisz? pieklo bedzie, owszem, ale tylko jesli ci je twoj
      malzonek zafunduje. czyli skoro o tym mówisz, dobrze wiesz na co go stac. ale
      sie boisz, wiec sie zaslaniasz "dobrem" dziecka.
    • teska76 Re: Jak Wasze dzieci przeżywają... 04.12.05, 18:05
      Znam podobną sytuację. Od początku on wyżywał się na niej, był chamski przy
      znajomych i zawsze starał się wsadzić jej jakąś szpile. Utrudniał kontakty z
      rodziną i znajomymi, a oni tez nie byli tacy chętni bo nikt nie lubi patrzeć na
      takie scenki.
      Doszło do tego że ją pobił i groził mu wyrok. Ona uciekł razem z dziećmi.
      Błagał ja przy młodszym dziecku o przebaczenie i że on się zmieni i bedzie
      wspaniale. Wybaczyła no bo młodszy synek patrzył i był przywiązany do ojca...
      Ale szybko się okazało że nie jest wspaniale....

      Starszy syn byl oczkiem w głowie tatusia do momentu kiedy okazało sie że nie
      jest taki jak to on sobie wymarzył wiec i jego szykanował. Późne dzieciństwo i
      natoletnie lata miał bardzo smutne. No i po tym pobiciu juz nie chciał wrócić
      do domu i zaczął bardzo wcześnie swoje dorosłe życie.
      Obaj nieidentyfikują się z ojcem ale potrafią zachowywać sie jak on.
      Młodszy czasem, nawet bez złych intencji potrafi tak chamsko odezwać sie do
      matki że nie trudno zgadnąć skąd to pochodzi (no przecież ludzie tak do siebie
      mówią....)

      Teraz po 30 latach się rozwodzą. Nie dało się jednak posklejać

      Nie wiem co powinnaś zrobić. Decyzja o rozwodzie jest straszne trudna, ale jest
      wyjściem. Nie wiem czy tacy ludzie się zmieniają. Postaraj się znaleźć jakąś
      grupe wsparcia i psychologa. Zacznij od siebie. Warto coś zrobić bo możesz
      zaakceptować to jak jest, ale to napewno nie oznacza że uszczęśliwisz tym
      swoje dzieci (pomijając to że sama będziesz nieszczęśliwa a to też jest ważne).

      Strasznie gorąco Cię pozdrawiam i będzie dobrze!!!! Musi być!

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka