spacecoyote
16.09.06, 13:37
Wczoraj moj facet mial wolne, ja pracowalam, z nadgodzinami wlacznie. Wyszlam
z domu o 6.45, wrocilam o 21.15. Wracam zmeczona i glodna jak wilk, facet na
gorze gra na komputerze. W kuchni pustki. Pytam, czy jadl obiad, mowi, ze
tak, wczesniej. Wiec zeszlam i sobie sama cos przyrzadzilam...
Taka sytuacja nigdy nie mialaby miejsca w domu, z ktorego pochodze. Wprawdzie
to moja mama jako nauczycielka wracala wczesniej, i to ona zawsze
przygotowywala obiad w takich ilosciach, zeby porcja czekala na tate, to w
potencjalnej sytuacji odwrotnej jestem pewna, ze moj tato nie pozwolilby,
zeby ona sama musiala o 9 wieczorem gotowac sobie posilek. Nie mowiac juz o
tym, ze u mnie w domu, kiedy ktorys domownik wracal z pracy / szkoly, reszta
wychodzila do przedpokoju powiedziec "czesc" i posluchac nowinek.
Bylo mi naprawde przykro i taka sytuacje odczuwam jako bardzo zimna. Nie
jestem dziewczyna, ktorej trzeba co chwile powtarzac "kocham cie", ale
jakiegos cieplego gestu od czasu do czasu kazdy potrzebuje.
Nic nie powiedzialam (jak zwykle), bo sie wystrzegam stereotypu czepialskiej
i zrzedzacej baby, i tak we mnie narasta...
Dodam, ze ja mam 27 lat, facet jeszcze starszy, wiec to nie jest jakis dom
studencki, w ktorym kazdy sobie sam pichci.
Jak myslicie? Przesadzam?