charlotte_de_corday
09.10.07, 12:04
Drogie dziewczyny (i chłopaki) powiedzcie mi, jak to jest kiedy się
jest w związku, gdzie występują tak duże różnice w poziomie
dochodów? Czy jest ok. że każdy sobie rzepkę skrobie – że się tak
wyrażę? Że każdy musi sobie poradzić z tą kasą, która ma do
dyspozycji, nawet jeżeli w związku przecież mamy tyle wspólnych
spraw i celów?
Nie chcę tutaj narazić się na zarzut, iż jestem podłą materialistką,
zapatrzoną tylko w pieniądze partnera, ale jest we mnie jakiś żal,
iż on kompletnie nie myśli o mnie.
On zarabia jakieś tam przyzwoite pieniądze, ile dokładnie nie wiem,
mimo prawie 5 lat z nich spędzonych, bo mnie to specjalnie nie
interesowało. Ale na tyle przyzwoite, by myśleć o kupnie domu i
samochodu BMW, o którym coraz częściej słyszę.
A ja cóż…jeszcze studiuję, co prawda mam fajną pracę, ale nie
zarabiam dużo. Nie zarabiam też jakoś strasznie mało, zważywszy, iż
nie mam jeszcze wyższego wykształcenia, ale cóż z tego skoro połowa
pensji idzie od razu na czynsz za wynajem mieszkania. Do tego
benzyna, jedzenie dla mnie i kota, jakiś kosmetyk, trochę chemii i
po pieniądzach.
Brakuje chociażby na ginekologa i antykoncepcję (bo pigułki jednak
są drogie – zresztą nawet głupie prezerwatywy to przeważnie ja
musiałam kupować) a on jakby nie widział problemu. No bo przecież
zarabiasz jakieś pieniądze – mówi do mnie.
No pewnie, zarabiam, tyle że codziennie rano przed pójściem do pracy
rzygam jak kot, bo nawet mnie nie stać na wizytę u gastrologa i
wykupienie drogich leków. A nie dość, że mam zdiagnozowany refluks
przełykowo-żołądkowy, który powinnam leczyć, to jeszcze do tego
cierpię na zespół jelita nadwrażliwego.
A z jego strony żadnego wsparcia. Niby zapyta, czy u mnie wszystko w
porządku, ale tak, że nie oczekuje innej odpowiedzi niż twierdząca.
Potrafi nawet wypomnieć mi to, iż 2 razy zabrał mnie do restauracji
i w związku z tym naraził się na straszne koszty.
I ciągle jestem konfrontowana z zarzutem, iż jestem materialistką,
jeżeli tylko ośmielę się wspomnieć chociażby o kwiatku.
Jakoś tak mi smutno z tego powodu, bo przecież znam tego człowieka
prawie 5 lat, przeżyliśmy razem tyle wspaniałych i trudnych chwil,
pokonaliśmy niejedną przeszkodę, a tu okazuje się, że pieniądze nas
dzielą.
Mówi, że jestem jedną z najbliższych mu osób w życiu, a nie potrafi
wczuć się w moją sytuację, że mnie jest po prostu trudno.
No bo, czy człowiek nie ma prawa być sfrustrowany, gdy nie wystarcza
mu nawet na drobne przyjemności, o opłaceniu dodatkowego
angielskiego nawet nie wspominam. A na dodatek tyle pieniędzy muszę
co miesiąc oddawać obcym, aby mieć gdzie mieszkać.
Dla mnie naturalne jest, że pomaga się słabszemu, przynajmniej tak
mnie nauczono w domu. Rodzice, mimo, iż sami niewiele mają, nigdy mi
nie odmówili pomocy, gdy tego potrzebowałam, bo dla nich było to
naturalne. Tak samo naturalne było dla mnie wspieranie ich, gdy to
mnie powodziło się lepiej.
A może to ja nie mam racji i za dużo oczekuję?