mini_kks
25.01.08, 22:37
Akurat większość ludzi, którzy mogliby teraz posłuchać mojego stękania, jest
na Remes Cup, więc przykro mi, padło na Was ;)
Chodzi o to, że w październiku rozstałam się z miłością mojego życia.
Właściwie to zamieniliśmy kilkuletni związek na przyjaźń. On zdecydował,
twierdząc, że miłość to nie wszystko, kiedy w związku od dłuższego czasu są
nieporozumienia. Bardzo to przeżyłam, jednak udało mi się wyjść z najgłębszego
dołka. Od rozstania widzieliśmy się dwa razy, odwiedził mnie w szpitalu i
przyjechał na wizytę przedświąteczną. Za każdym razem było widać, że on też
jeszcze nie "przeżył" rozstania.
Jakoś tak wszystko wróciło do szarej normy, znacznie rzadziej miewałam napady
płaczu, aż tu parę dni temu dowiedziałam się, na własne zresztą życzenie, że
od "bardzo niedawna" ma kogoś nowego. Zabolało jak cholera, ale nic mu nie
mówiłam. Zresztą, myślę, że sam się domyślił, bo zna mnie jak siebie.
Pocieszam się, wmawiam, że to na zasadzie "klina" , zwłaszcza, że, jak mówił
na początku naszego związku, on nie potrafi długo być sam. Rzeczywiście, ze
mną związał się w jakiś miesiąc po tym, jak rzuciła go dziewczyna. Nie pomaga
jednak i, cholera, gdybym nie musiała wstawać codziennie i zajmować sie swoją
rehabilitacją, to po prostu znów bym się zaszyła w łóżku i nie wychodziła
całymi dniami. Czy to minie?
A teraz poproszę, kurczę, chusteczkę...