wredna00
28.08.08, 21:16
Rodzice mojego przyszłego męża mają kawałek ziemi i coś tam sobie uprawiają, kasy trochę z tego jest. Ja i mój PM mieszkamy w Wawie i tu oboje pracujemy, ale kiedy przychodzi maj on bierze 4 m-ce urlopu bezpłatnego, zostawia mnie samą i jedzie pomagać rodzicom na roli. Strasznie mnie to wkurza. Ja zostaję sama jak palec, co prawda możemy sobie przez telefon pogadać, ale to mi nie wystarcza. Przyjeżdża do mnie w miarę możliwości, ale po pierwsze: rzadko, a po drugie: przyjeżdża ok. północy, a już o 7 się zrywa i pędzi z powrotem. Odległość nie jest jakaś duża (60km), ale on po prostu nie ma czasu częściej/wcześniej przyjeżdżać. Ja nie chcę tam do niego jeździć, bo on jest zajęty i nie będę mu przeszkadzać, a reszta domowników też na polu, nawet nie mam do kogo gęby otworzyć, poza tym też pracuję.
Problem to jest dla mnie duży, bo ja nie wyobrażam sobie, żeby tak funkcjonowało nasze małżeństwo, a on nie chce nic zmieniać jeszcze przez jakiś czas (5 lat?)
Rozmawiałam już z nim na ten temat, ale jest uparty jak osioł. Ma swoje argumenty, które ja obalam swoimi:
I - ON: kasa, JA: tyle grosza, ile tam zarobi to możemy sobie spokojnie z naszych pensji przez cały rok odłożyć (rodzice odpalili mu kawałeczek ziemi i co tam uzbiera, to jego; ale największy zapieprz ma na ich polach)
II - ON: muszę pomóc rodzicom, JA: owszem, ale nie kosztem żony i dziecka (jakoś nie widzę takiej sytuacji, że tatusia nie ma przez 4 miesiące, a ja sama z dzieckiem jestem)
III - ON: to jest moja pasja, JA: to trzeba było budować dom na wsi, a nie kupować mieszkanie w mieście i szukać tu pracy (poza tym w zeszłym roku obiecał mi, że za dwa lata zostawi to rolnictwo, a teraz się wymiguje)
Ja mu powiedziałam twardo, że nie będzie dziecka, dopóki tatuś nie będzie na stałe z mamusią, a potem to już może być za późno, latka lecą, a ja najmłodsza nie jestem. Jemu się wydaje, że to takie sobie gadanie i myśli, że to się wszystko jakoś ułoży. Ale to jego wyjeżdżanie co roku, to jest główny powód wszystkich naszych kłótni. Ja po prostu nie mogę tego znieść. Ja chcę go tu mieć kiedy mi jest potrzebny, przytulić się , wyżalić, wypłakać. A tylko na poduszkę mogę liczyć, że mnie wysłucha.
Jak mam go przekonać, żeby to zostawił wreszcie i zajął się swoją rodziną, którą zakłada. Ślub też nie mógł być w wakacje tak, jak sobie wymarzyłam, bo praca na polu... I będę musiała marznąć w kościele w listopadzie. Co mam zrobić, żeby zmienił wreszcie priorytety? Kocham go bardzo i chcę spędzić z nim resztę życia, ale nie tak, jak to wygląda teraz. Poradźcie coś, bo moich argumentów wcale nie chce słuchać, wszystkie kłótnie, dyskusje kończą się trzema kropkami, żadnych wniosków, żadnych uzgodnień. Nie chcę przypierać go do muru i mówić: albo ja, albo pole i rodzice. Chcę, żeby sam uznał, że tak dalej być nie może. Jak go przekonać?