leexi
08.01.09, 20:00
opowiem wam swoją historię, duszę to w sobie i udaję że jest
świetnie, ale nie jest. Moja historia nie jest długa zaledzie 4-
miesięczna. Poznaliśmy sie 10 miesięcy temu, ale nic się wtedy nie
wydarzyło, to nie była miłość od pierwszego wejrzenia, nawet nie
byliśmy sobą zainteresowani, rozmawialiśmy czasem, ale nigdy o
sobie, częściej o pogodzie, ogrzewaniu, histori, religi, itp. Nie
wiedzieliśmy o sobie właściwie nic, miał obrączkę tyle wiedziałam.
Z czasem zaczęliśmy rozmawiać więcej i więcej, ale nie było w tym
nic niepokojącego, lubilismy sie i tyle, tak mi sie wydawało. Byłam
czasem świadkiem rozmów tel.z jego żoną, zawsze były napięte, pełne
gniewu. Ale sprawa ich małżeństwa to innt temat, nie o tym chciałam
pisać.
Zaproponował mi kiedyś kolację, nie zgodziłam się, pomyslałam że ma
kłopoty z żoną i że chce jej dowalić, dokopać, że się pokółcili.
Poczułam się fatalnie, jak szmata, powiedziałam ze nie chcę mieć z
nim nic do czynienia, że ma się odwalić. Ale on przeprosił mnie
kilka razy, wprost i przez tel i smsy i komunikator. Miałam jednak
spory dystans, nasze rozmowy się skończyły, poprosił mnie o rozmowę
odmówiłam. Wmanipulował mnie więc w pewne spotkanie, jak się okazało
na którym byliśmy sami, rozmawialiśmy, powiedział że mnie kocha, że
bił się z tą myślą kilka tygodni, ale jest tego pewien, kocha mnie i
chce być ze mną. Pomyslałam ze jest idiotą, ale jednak coś mnie w
nim urzekło.( Dodam że ja byłam sama po 7-letnim związku którego
koniec spowodował alkohol.) Powiedział że nie kocha swojej żony ,że
będzie się rozwodził, że wcześniej już chciał się rozstać ale dzieci
były malutkie i coś się jeszcze tliło, że były jakieś chęci i
starania, ale znów wróciła rutyna. Brakowało mu rozmów, brakowało
czułości, dziwne prawda? mi też brakowało czułości w związku mój
były uważał że przytulają się dzieci.
Odbyliśmy wiele rozmów o życiu, o mnie o nim czy tez w końcu o nas i
co zakochałam się jak wariatka. Należę chyba do kobiet kochających
za bardzo ;). Miałam sporo wyrzutów czy dobrze robię, czy nie, co
ludzie powiedzą, czy warto, czy dam radę.
Machina rozwodowa ruszyła, zaczeła się cholerna walka o majątek,
wykorzystanie dzieci,buntowanie, wymuszenia, jak nie zapłacisz nie
zobaczysz dzieci itp. On zdecydował ze zostawi im mieszkanie, żeby
dzieci jak najmniej odczuły skutki rozwodu, przepisał swoją część na
nie. Wtedy sytuacja się uspokoiła znów mógł się z nimi spotykać.
My spęzisiśmy ze sobą wiele cudownych chwil, pełnych czułości,
cipłych słów, gestów, bylismy szczęsliwi. Ja byłam napewno. Jednak
coś w nim pękło, ograniczenie kontaktów z dziećmi do paru godzin raz
na 2 tyg., załamało go zupełnie. Teraz chce do niej wrócić dla ich
dobra... dał sobie wytłumaczyć ze fikcja rodziny nie jest dobra dla
dzieci. Cała ta sytuacja wpłyneła na niego tak silnie że nie wie czy
mnie kocha, ważne jest ty też że zbliża sie rozprawa rozwodowa, więć
niewiem jak to jest czy się poprosu boi? Czy boi się zaryzykowac ze
mną? Czy woli wrócić do tego co zna? Ja czekam, on mysli, może jutro
się dowiem a może po weekendzie...... Głupia jestem i tyle, powinnam
walnąć go w mordę i obrócić się na pięcie i odejść. A ja czekam bo
czułam tę miłość, widzę ją nadal w jego oczach ... a może jestem
poprostu głupia.