ydorius
05.12.03, 10:38
kiedy pisałem to opowiadanko krótkie, jeszcze nie wiedziałem, co to oznacza.
Teraz wydaje mi się, że wiem. Na jakiś czas, nie wiem jeszcze jak długi muszę
pożegnać się z ydoriusem. Coś się popsuło i straciłem kontakt z tą częścią
własnego wnętrza. Kiedy wrócę, jeśli wrócę, będzie to prawdziwe
zmartwieńwstanie.
m,
.y.
P.S. Bezdyskusyjna lista dystrybucyjna otrzyma jeszcze, z zaświatów, dwa
opowiadania "Rehabilitacja Judasza" oraz jedno, które jeszce nie ma tytułu -
jeżeli uznam, że się do czegokolwiek nadają. Coś a'la "niepublikowane
wcześniej utwory".
--
non omnis moriar
gdy już naprawdę nie mogłem z tym wszystkim nadążyć, zażartowałem:
powiedzcie, gdyby ktoś mnie szukał, że mnie nie ma, najlepiej powiedzcie, że
w ogóle umarłem.
przedtem też często się dziwiłem, jak szybko rozchodzą się plotki. zupełnie
jakby same z siebie się rozprzestrzeniały, jak wirusy komputerowe albo fala
uderzeniowa. przechodziłem koło kuchni i usłyszałem, zwalniając kroku:
słyszałaś, że podobno ydorius nie żyje? no coś ty, jak to? zwyczajnie, umarł,
tu, w pracy. to okropne! no, a przecież młody był z niego chłopak... no.
najpierw sam nie mogłem w to uwierzyć. jak to, pytałem sam siebie, wgapiając
się w monitor. więc naprawdę umarłem? to nie był taki żart? w końcu przyszedł
oficjalny mail. tak, to prawda. smutne i nieprawdopodobne, ale tak jest.
potwierdzili to zresztą dzwoniący klienci (ktoś niefortunnie zażartował, że
klient przecież zawsze ma rację i przynajmniej na chwilę ten śmiertelny żart
oczyścił atmosferę).
przychodziłem jeszcze kilka dni do pracy, ale bez przekonania. powoli
zaczynali radzić sobie beze mnie.
było deszczowo, ale mimo tego wiele osób przyszło na mój pogrzeb. dostałem
brzydki grób i trudny do zapamiętania numer kwatery. oczywiście nikt nie
zawracał sobie głowy moją wielokrotnie powtarzaną przy różnych okazjach
prośbą, że wolałbym być spalony niż pogrzebany. tylko, że ja chciałbym być
jeszcze rozsypanym w jakimś ładnym miejscu, a prawo jest bezwzględne w tej
materii – jak ktoś już umarł i pięknie spłonął, to przynajmniej (zemsta
urzędników?) wieczność spędzi wśród szarych murów katakumb. ktoś musi czuwać
nad obróconym prochem obywatela.
no cóż, myślałem sobie, stojąc trochę na uboczu, może być grób, w końcu
powinno mi być wszystko jedno. ktoś obok wyrażał się o mnie używając słów
dyplomacji. potem złożyli mi kondolencje, a ja, potrząsając wciąż nowymi
rękami powtarzałem machinalnie: "tak, szkoda" oraz "wiem, wiem". ktoś dodał,
nie martw się stary, a ja odparłem, że jakoś dam sobie radę. potem zrobiło
się cicho, jeśli nie liczyć przekleństw grabarzy, którzy stali w pewnym
oddaleniu i jarali szlugi. w końcu skończyli i podeszli do rozkopanego grobu.
jeden z nich powiedział do mnie: no dobra, kończmy z tym, co? zimno dziś, a
żona czeka na mnie z kolacją.
spojrzałem na szarą płytę z datami i pomyślałem sobie, a potem zapytałem
cicho: non omnis moriar? no, niech panu będzie, że non omnis, odpowiedział
wzdychając ciężko i jednym ruchem zapraszająco uchylił wieko trumny.
© ydorius 04’XII’2003
----------------------------------
What is home without Plumtree's Potted Meat?
Incomplete.