Gość: antyk
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
02.03.05, 16:37
Udręki i wygody
Stanisław Michalkiewicz
Po blisko dwóch miesiącach oczekiwania dostałem z lubelskiego IPN pismo
informujące o odmowie skopiowania dwóch dokumentów z akt, które czytałem tam
27 grudnia ub. roku. Pan naczelnik wyjaśnia, że nie ma obowiązku wydawania
kopii z udostępnianych dokumentów, a poza tym te, o których skopiowanie
prosiłem - to są "wykazy osobowe", a więc "spisy nazwisk bardzo wielu osób z
różnych środowisk". Z tego powodu pan naczelnik doszedł do wniosku, że takie
dokumenty nie przydadzą mi się do żadnych badań. Z tym akurat się nie
zgadzam, przeciwnie - takie "wykazy" przydałyby się do różnych badań:
socjologicznych, historycznych, a nawet teologicznych, np. jak tajemnice
chwalebne pewnych legendarnych bohaterów stają się nagle tajemnicami
bolesnymi. Ale mówi się - trudno. Nie czas żałować okazji badawczych, gdy w
posadach chwieją się legendy.
Podtrzymywaniu zachwianych legend towarzyszy nieustająca udręka. Ot, np.
trzeba pamiętać, która wersja została ostatnio puszczona do wierzenia.
Doświadczył tego na własnej skórze pan Lecha Wałęsa, kiedy dwaj
redaktorzy "GW", panowie Sterlingow i Wąs, wzięli go na spytki. Na początku
opowiada im z dumą, jak to twardo "politykował" z ubekami, którzy
przedstawili mu się jako "kontrwywiad", ale co z tego, skoro minutę później
tłumaczy, że podpisał im jakieś papiery, bo był "młody, przestraszony"? Takie
rzeczy nie robią dobrego wrażenia, nawet jeśli potem czytamy, że w sądzie
lustracyjnym zeznania jak się patrzy złożyli ubecy - i ten, co "fałszował"
teczki, i ten, co podsadzał pana Wałęsę na płot, z którego on później
zeskoczył i obalił komunizm. Słowem - mówi, niczym Piekarski na mękach i nic
dziwnego, że JE abp Życiński na takie dictum apeluje, by "nie zostawiać
Wałęsy samego". No pewnie! Jak tylko umarł Jacek Kuroń, red. Michnik wyjechał
kurować sobie aureolę, a prof. Geremek zasiadł w Parlamencie Europejskim,
wersje legend mnożą się jak króliki, a my nie wiemy, którą Ministerstwo
Prawdy akurat podaje do wierzenia. Takie bezhołowie nie może dobrze się
skończyć, tym bardziej że z tymi ubekami to krótka rozmowa: jak fałszować -
to fałszować, a jak kablować - to kablować. Skoro był taki rozkaz, żeby
zeznawać, to zeznali, ale kto wie, czy, dajmy na to, u red. Urbana nie
złożyli jakichś kopert z napisem: "ujawnić po mojej śmierci"? Ileż to potem
będą mieli roboty historycy, ile zgryzot przeżyją hagiografowie? Słowem - nie
jest bezpiecznie i świadomość tych zagrożeń musi zatruwać życie legendarnym
bohaterom.
Z tej desperacji zaczynają ponownie pisać donosy, na początek niechby i do
Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji czy Episkopatu. Z donosami solidaryzuje
się
JE abp Gocłowski, "bo Rotszyld namawia: ja długi popłacę, jeżeli z Rydzyka
przyślecie mi macę"?
Ks. arcybiskup Życiński inaczej: zasadę jednoosobowego kierownictwa uzupełnia
aktywizacją kolektywu, jak nakazywał Lenin. Żeby odebranie lubelskiemu KIK-
owi przymiotnika "katolicki" wypadło bardziej przekonująco dla publiczności,
Ekscelencja zwołał ogólnopolski sejmik KIK-ów licencjonowanych pod
przewodnictwem szefa KIK-u warszawskiego pana Piotra Cywińskiego, który
podobnie jak coraz liczniejsi karierowicze udaje Żyda; zapuścił rzadką brodę
i z namaszczeniem ją gładzi. Pejsów chyba jeszcze się wstydzi, ale kiedy
dialog z judaizmem zrobi postępy, to pewnie się odważy. Natomiast Ekscelencja
nie udaje. Patronuje "dialogowi", dzięki któremu rzymscy katolicy przerabiani
są powoli na "judeochrześcijan", a szlachta polska - na szlachtę
jerozolimską. Ileż to legend trzeba będzie napisać od nowa, ileż rodowodów
zweryfikować! "Rodzinnych kronik idąc śladem / Opowiadają ludzie starzy, / Że
B...son R...skiej był pradziadem, / Zasię wywodził się z karczmarzy; / Miał
karczmarz B...son wuja Szmula, / A Szmul Pinkusa miał i Srula, / Którego żona
Cypa Łaja / Na mendle sprzedawała jaja. / Mendel był nawet synem Łai, /
Złośliwi mówią, że od Szai..." - i tak dalej, jak to jeszcze przed wojną
przewidział Tuwim. Większym optymistą był przed laty mój czcigodny Przyjaciel
mec. Stanisław Szczuka, improwizując w natchnieniu na przyjęciu u red.
Michnika: "jeszcze będzie w Polsce git: z szlachtą polską - polski Żyd!". Czy
rzeczywiście?
Z kim ma związać się "polski Żyd", skoro "polska szlachta", zresztą gołota,
aż przebiera nogami, żeby zostać szlachtą jerozolimską? W tej sytuacji nie
można żywić żadnych złudzeń; już tam Ekscelencja poodbiera wszystkie
przymiotniki każdemu, kto nie śpiewa w chórze. Całe szczęście, że
przynajmniej wydawnictwo Stella Maris jest "katolickie" i wszystko, co robi -
robi po Bożemu. Więc albo Rotszyld, albo się złożymy po złotówce, żeby
zaspokoić komornika i tylko patrzeć, jak pan Huelle w charakterze Jakuba de
Voragine wyda tam "Legendę pozłacaną", w której co do jednego znajdą się
zatwierdzone przez Ministerstwo Prawdy życiorysy wszystkich legendarnych
bohaterów i niewątpliwych autorytetów moralnych. Ileż to trzeba będzie się
nakrzątać, ileż nauwijać, by wszystko trzymało się kupy i wyszło w miarę
wiarygodnie. W przeciwnym razie - "trup baronowo, grób baronowo, plajta,
klapa, kryzys, krach!" - nasza "młoda demokracja" znajdzie się nad
przepaścią.
Dopiero na tle udręki legendarnych postaci i zgryzot z legendami, możemy
docenić uroki życia prostego ministra. W porównaniu z tymi atrakcjami raj
Mahometa to jakiś obóz koncentracyjny. Mieliśmy okazję przekonać się o tym
choćby z zeznań przed sejmową komisją śledczą pani minister Alicji
Kornasiewicz, w swoim czasie "sekretarza stanu" w Ministerstwie Skarbu
Państwa, teoretycznie zajmującą się m.in. prywatyzacją PZU. Teoretycznie - bo
tak naprawdę pani minister ani niczego nie robiła, ani nawet o niczym nie
wiedziała; wszystko robił wynajęty Doradca, tzn. oczywiście nie wszystko, bo
szwindle robili podwładni, a dobre wrażenie - oczywiście pani Alicja, nawet i
dzisiaj mówiąca po polsku z angielskim akcentem. Tak w każdym razie objaśnił
mi tę osobliwość pewien podróżnik, który bywał, ho, ho! - nawet w Ziemi
Świętej! Co tu gadać; wprawdzie pani Alicja była rekomendowana na to
stanowisko przez Unię Wolności, zaś pan Lech Nikolski na swoje - przez SLD,
ale przecież mimo tej różnicy obydwoje dygnitarstwo sprawowało swoje urzędy w
sposób podobny. No, może pan min. Nikolski nie interesował się niczym
programowo, zaś pani Alicja - z nawyku do dostatku i wygód, płynącego z
pewnego przerafinowania. Takie przerafinowanie, jak twierdzi poeta, zazwyczaj
bywa udziałem "mdłych i płowych panien lubieżnych", ale zdarzają się wyjątki.
Ta wyjątkowość sprawia, że Rzeczpospolita już sama nie wie, jak pani Alicji
przychylić nieba, bo w cóż inwestować, jeśli nie w taki cudny kwiat, który
instynktownie zawsze wybierze lepszą cząstkę?