wislok1
10.05.05, 22:56
Ciekawe:
W Paryżu mamy do czynienia z taką oto prawidłowością. Im częściej zwolennicy
"tak" wypowiadają się mocnym i jasnym głosem, tym bardziej "nie" wobec
konstytucji europejskiej idzie ku górze we wszelkich sondażach. Ostatnią
ofiarą tego efektu bumerangu stał się prezydent Chirac. Przez dwie godziny
stawiał czoło 80 młodym ludziom w programie na żywo, czym spowodował wzrost
negatywnych intencji wyborczych do 56 proc.! A korzystał przecież z rekordowej
oglądalności (od 7 do 9 milionów widzów), zdecydowanie pokonując Clinta
Eastwooda na konkurencyjnym kanale. Francuski wyborca, uważny, lecz w żaden
sposób nie przekonany, doszedł do wniosku przeciwnego niż ten, do którego -
jak się uważa - miał dojść. Główne partie prawicy i lewicy, a także wszelkie
media, niestrudzenie opowiadają się za "tak". Czemu więc ich kampania okazuje
się wciąż bezproduktywna?Nie służą jej ani eksperci, ani publicyści, ani modne
gwiazdy, ani nawet zamożni pisarze; wszyscy zjednoczeni w jednym "tak". "Nie"
wciąż rośnie w siłę. Kluczem do wyjaśnienia tego paradoksu jest
francusko-francuski narcyzm, udzielający się niemal zgodnie i tym, co są za, i
tym, co są przeciw.
W pierwszym rzędzie to narcyzm intelektualny członków Konwentu Europejskiego,
którzy pod zwierzchnictwem Giscarda d'Estaing dopieszczali konstytucję, tę
"córkę francuskiej myśli" (Chirac dixit). Strawili prawie trzy lata na
negocjacje i dobijanie targu, by ustalić modus vivendi ujęty w setki
artykułów. Uznali je za jasne i zrozumiałe dla przeciętnego wyborcy, któremu
obce są arkana prawa instytucjonalnego, dyplomacji i pięćdziesięciolecia
traktatów.
Proponowanie za powszechnym przyzwoleniem tekstu, którego zwykły śmiertelnik
nie potrafi rozszyfrować, urąga zdrowemu rozsądkowi. Z kogo te kpiny? -
zastanawiają się niezdecydowani. Jaką to żabę każe się nam zjeść? - wtórują im
nieufni. Przeczytajcie krótką preambułę, poprzedzającą konstytucję. Jej
próżnię zamykają dowody wdzięczności dla członków Konwentu, którzy gratulują
sobie samym; wyrażają "uznanie dla członków Konwentu Europejskiego za
wypracowanie projektu konstytucji w imieniu obywateli i państw Europy". W
podobny sposób Narcyz przystrajał swe nieskalanie piękne czoło gałązkami
palmowymi.
Na następnej zmianie sztafety pojawił się polityczny narcyzm francuskiego
rządu. W jego imię zrezygnowano z drogi normalnej w demokracji parlamentarnej,
w której parlamentowi zawierza się ocenę i decyzję. Jacques Chirac wolał
referendum, licząc na powszechne potwierdzenie zasadności wyniesienia go do
najwyższej władzy. Niemal jednomyślne, tak jak to było przy urnach w maju 2002
r. (82 proc. głosów przeciwko Le Penowi) albo później na ulicy, która poparła
jego antyamerykańskie weto w trakcie interwencji przeciwko Saddamowi
Husajnowi. Nieszczęsny błąd w terminarzu: dwa lata później zasada realizmu
odzyskała wszelkie prawa. Ani Blair, ani Bush nie zostali obaleni, a Francuzi
nie ujrzeli Apokalipsy, zapowiadanej przez Pałac Elizejski.
Czyż Irakijczycy nie głosowali masowo, nawet za cenę narażenia własnego życia?
Czy nie wydaje się, że przywykli do obecności amerykańskiej, a opór stawiają
przede wszystkim godzącym w nich terrorystom? Do George'a Busha wyciąga rękę
Jacques Chirac, kiedy jego przyjaciel Rafik Hariri przestaje być szefem
libańskiego rządu, a potem ginie zamordowany. Jesteśmy bardzo daleko od
niedawnego bicia w tarabany. Dla wyborcy francuska polityka zagraniczna staje
sięmocno niepewna i mało wiarygodna. Chirac nie może zamienić swojego
referendum we własną koronację.
Francuski prezydent nie odstępuje niemniej od swej linii. Jego suwerenistyczne
argumenty na rzecz "tak", aż nazbyt przypominające te, jakich używają
zwolennicy "nie", obracają się w efekcie na ich korzyść. Chirac sławi
mocarstwową Europę, wymyślającą własną tożsamość, która pozwoli jej
rywalizować z USA. Unię Europejską kierowaną przez francusko-niemiecką parę,
która gra kartą moskiewską albo i pekińską przeciwko Waszyngtonowi.
Władzę, która wznosi mury obronne przed "anglosaskim liberalizmem". Wyborca
stwierdza tymczasem gołym okiem, że jest to poroniony pomysł. Jedynie 9
spośród 25 krajów UE może mu ewentualnie sprzyjać; z Niemiec nadchodzą już
zapowiedzi porzucenia go po przyszłych wyborach. Europa się rozpadnie, jeśli
Paryż będzie uporczywie stawiał na alians kontynentalny (z Putinem), a nie na
sojusz atlantycki (z Bushem). Wydaje się utopią, by 25 - a wkrótce już 27
państw - poddało się francusko-niemieckiemu przywództwu. Czemu zatem miałaby
służyć konstytucja? Lepszy wróbel w garści, niż gołąb na dachu. Nic, tylko
huknąć pięścią w stół. Przynajmniej nie będzie się miało rąk związanych
regułami przewidzianymi przez tych, którzy chcą dialogu.
Ten sam narcyzm, który nakłania zwolenników "tak" do zaprzeczania samym sobie,
świętuje oczywisty triumf wśród rzeczników "nie". Jeśli Paryż nie pozostanie
centrum Unii Europejskiej - tym gorzej dla Europy! Jeżeli konstytucja nie
przekreśli globalizacji - wróćmy pod nasze strzechy, pozostańmy przy naszych
granicach, odnajdźmy nasze państwo opatrznościowe. Fantasmagoria Francji
zwiniętej w kłębek wokół samej siebie urzeka skraje lewicy i prawicy, a
dojrzewa najlepiej właśnie w przestrzeni między nimi. Już odtrąbiono:
wystarczy, by Paryż hardo wzniósł głowę, a świat się zmieni. Inne narody, idąc
za tym przykładem, też się podniosą. Zwycięstwo "nie" 29 maja - a będzie to
nowy 14 lipca - sprawi, że runą mury brukselskich bastylii. Paryż, ziewając,
rozwieje czarne chmury i zadekretuje trójkolorowy, lunatyczny narcyzm.
Wystarczy przysłuchać się uważnie wymianie argumentów, by stało się oczywiste,
że Francja "nie" - ta z prawicy, i z lewicy - nie przetrawiła dobrze
europejskiego rozszerzenia. Dołączenie [do UE] narodów świeżo wyzwolonych spod
dyktatury jest przeżywane jak klątwa. Najadą nas; gigantyczne fale ubogich
robotników wzbierają u naszych bram; oni skradną nasze posady; nasze fabryki
zostaną przeniesione na ich ziemie, gdzie panuje nie dopodatkowanie; zgniją
płody naszej roli; ich byle jakie, tanie produkty zaleją nasze rynki. Przykład
polskiego hydraulika służy za paradygmat wieszczonej katastrofy: onże,
pracujący na czarno, wdziera się do domostw i sennych koszmarów przezornego
obywatela. Można się bronić tylko w sposób stanowczy. Zawrzeć wrota, dwa razy
przekręcić klucz w zamku drzwi i okien. Jedyne panaceum: głosować "nie".
Uniesiony emocją, jaka udzieliła się i jemu po odejściu Jana Pawła II, Chirac
powtarzał swym młodym rozmówcom zdanie-inkantację: "nie lękajcie się".
Nadaremnie. Czy Francja może zaprzeczyć przesłaniu, wypisanemu na frontonach
jej merostw? Zdejmowałby ją strach przed wolnością, równością i braterstwem?
Boi się przyszłości czy swego własnego cienia? Stąd zapewne bierze się to
ciągłe usiłowanie udawania ślimaka, i zamykania się we własnej skorupie.
Jacques Chirac nie jest Karolem Wojtyłą. Francja nie jest polską "Solidarnością".
Zbyt wielu Francuzów nie pojęło znaczenia tego wspaniałego ruchu, który
rozszerza i umacnia Europę, uwalniając Stary Kontynent od resztek faszyzmu w
Hiszpanii i Portugalii; od pozostałości komunizmu w Europie Środkowej; od
postkomunistycznego despotyzmu i korupcji w Belgradzie, Tbilisi, Kijowie... Od
Berlina 1953, Poznania i Budapesztu 1956, Pragi 1968, "Solidarności" - aż po
Kijów 2005, ta oswobodzicielska nawałnica społeczeństwa europejskiego nie
czeka na żadne zielone światło; nie zatrzymuje się przed czerwonym światłem
Paryża; nie powstrzymuje swojego rozpędu. Wyzwalające się narody czekają na
przystąpienie do Unii Europejskiej demokratycznej, pokojowej i zamożnej.
Jacques Chirac w 2003 r. zalecił im posłuch: "mają siedzieć cicho". Czy zdał
sobie wtedy sprawę, że otworzył drogę dla pogardy i ksenofobii? Jeśli Francja
będzie trwać przy swym narcyzmie i potwierdzi swoje "nie" - niech będzie
gotowa wstąpić na nieco boczną drogę. Taką choćby, jaką wybrało Księstwo
Monaco. Narcyz zakoń