krawiasty
18.08.05, 20:09
Jadę sobie Trasą Siekierkowską w Warszawie (info dla osób spoza W-wy: po trzy
pasy w każdym kierunku, niby w mieście, ale w rzeczywistości poza nim,
miejscami ekrany pochłaniające dźwięk, krótko mówiąc: prawie autostrada).
Zwykle kierowcy znacznie przekraczają tu dozwolone 70 na godzinę, potrafią
zdublować tę prędkość, bo warunki są ku temu. No i jadę sobie, nagle widzę,
że przede mną jakieś zamieszanie: wszyscy zwalniają, robi się tłoczno, prawie
korek. Myślę sobie: wypadek. Ale jednak nie - po prostu środkowym pasem
jedzie policja. Więc wszyscy boją się policję wyprzedzić, na każdym pasie
jadą tak, by jechać wolniej od policji, udają, że tacy praworządni. No więc
przebijam się w końcu i zabieram się za wyprzedzanie radiowozu. I co widzę?
Otóż jest to zwykły patrol interwencyjny, który na tylnym siedzeniu wiezie
jakiegoś skutego kajdankami nieboraka. Wyprzedziłem i odjechałem w dal.
Zapewniam, że mnie nie gonili, nie strzelali do mnie, nie ruszył też pościg
ze wsparciem śmigłowca. Do czego zmierzam? Ano do tego, żeby wszyscy ci,
którzy mają zwyczaj udawać niewiniątka na drodze, bo jedzie policja - dali
sobie spokój. Po pierwsze: patrol nie-drogówki ma w d... czy jedziemy za
szybko bo akurat jedzie np. skasować męża, który pobił żonę; po drugie: nawet
gdyby patrol bardzo chciał zrobić kuku kierowcy jadącemu z nadmierną
prędkością, to nie ma jak. Zaręczam, że policjanci za kierownicą nie mają
radaru w oczach. No, ale niektórzy pewnie zapłaciliby mandat "na słowo"
policjanta. Jak to ktoś mi kiedyś ładnie powiedział: Polak gdy mu wmówią, że
widzieli jak jechał za szybko, to ze strachu odda nerkę do przeszczepu.