ja.nusz
21.04.07, 09:00
Nie mogłem sobie tego odpuścić. Szedłem jednak na ten koncert z dużymi
obawami, czy oby nie przeżyję rozczarowania. Nie przeżyłem!
Dwuczęściowy koncert w stylu Pink Floyd - inaczej być nie mogło, bo ze swoich
solowych płyt zagrał tyklo jeden kawałek.
Show z fruwającym astronautą no i latającej różowej świni z napisem Bush też
nie zabrakło.
Pierwsza część to mieszanka z The Wall, Animals, Wish You Where Here i Final
Cut. Druga część to kompletna Dar Side Of The Moon. Na bisy dołożyli jeszcze
kawał ściany.
Wrażenie zdycydowanie pozytywne. Siedmioosobawa kapela towarzysząca Watersowi
w większości utworów potrafiła zastąpić brakującą trąjkę z PF. Były wprawdzie
momenty, gdzie mocno brakowało gitary Gilmoura ale nie zespsuło to ogólnego
b.pozytywnego wrażenia wyniesionego z koncertu.