vulture
28.05.04, 22:16
Wyjaśnienie: to jest wątek stworzony dla jaj, a więc z góry dziękuję za wpisy
psychopatów. Proszę także o nieczytanie osoby, które poważnie traktują KFPP w
Opolu. Dziękuję. Będę tu umieszczać swoje relacje z tegorocznych koncertów,
składających się na całość festiwalu opolskiego. O ile dobrnę do końca.
PREMIERY
Koncert „Premiery” rozpoczął doroczne święto narodowe, jakim jest Krajowy
Festiwal Polskiej Piosenki w Opolu. Już po raz kolejny wielbiciele tego, co w
polskiej muzyce najlepsze, mogli wysłuchać i obejrzeć czołowych artystów,
ubiegających się o prestiżowe nagrody. Wprawdzie wyniki głosowania znane były
zanim głosowanie się odbyło, ale na szczęście nikt na to nie zwracał uwagi,
bo przecież najważniejsze, żebyśmy wszyscy dobrze się bawili.
Konferansjerka podczas tegorocznego festiwalu należała do Piotra Bałtroczyka.
Najwyraźniej organizatorzy skorzystali ze sprawdzonej ubiegłorocznej metody –
skoro piosenki nie przyciągną uwagi publiczności, niech przynajmniej uczyni
to prezenter. Prezenter na początek sprawdził, czy publiczność pamięta
ubiegłorocznych zwycięzców „Premier”, po czym, niestety, dopuścił ich do
głosu. Na scenie znalazła się najpierw skrzecząca Tatiana Okropnik, wraz z
zespołem, opromienionym sukcesem w Stambule (Tatiana miała na sobie jeszcze
mniej niż w Turcji i wyglądała jeszcze okropniej, a więc widać postępy
artystyczne), a tuż po Blue Cafe wystąpiła polska grupa gotycka Łzy z Anną
Wyszkoni, udekorowaną gazą i bandażami elastycznymi – piosenkarka zapewne tuż
przed festiwalem kończyła kurs pierwszej pomocy, na wypadek gdyby któryś z
widzów zemdlał w trakcie jej występu. Przydługi wstęp zamknęła Grupa Mozarta,
wygłupiająca się na smyczkach.
A teraz kandydatki na przebój:
1. RENATA DĄBKOWSKA NA GROSZE. Była wokalistka Sixteen miała początkowo
problemy z odpięciem górnej części dresopodobnej kreacji, co miało
prawdopodobnie być efektownym punktem jej występu. Niestety, udało jej się
ostatecznie wyzwolić i zdjąć kaptur, dzięki czemu można było stwierdzić, iż
na jej głowie ulżył sobie sporych rozmiarów gołąb. Przynajmniej takie
wrażenie sprawiała jej fryzura. Piosenka, jak zwykle w przypadku Dąbkowskiej,
była za grosze.
2. ANIA DĄBROWSKA – GLORY. Marudząca niemiłosiernie przedstawicielka
podobno ambitnego i ocierającego się o alternatywę popu miała niewielkie
problemy intonacyjne, polegające na tym, że nie mogła się zdecydować czy ma
chrypieć, czy charczeć zamiast normalnie śpiewać. Do końca utworu nie podjęła
decyzji.
3. DE MONO – NAJLEPSZE POZOSTANIE. Zgodnie z tytułem utworu, najlepsze
pozostało, ale niestety w domach artystów, bo na scenę przywlekli kompozycję,
która być może zainteresowałaby twórców reklam proszków do prania lub środków
do czyszczenia wc, bo do niczego innego się nie nadawała. Do niczego nie
nadawały się też stroje artystów, ściągnięte z dwadzieścia lat młodszych
osobników. Kreacje „na luzaka w wyświechtanych łachach” na
czterdziestoletnich muzykach wyglądały cokolwiek dziwnie.
4. EWELINA FLINTA – TYLKO SŁOWA. Naczelna rockmanka młodego pokolenia
udowodniła, że w swej rockowości zbliża się do Urszuli. I to nawet chyba do
Sipińskiej, bo chrypkę miała całkiem podobną. Repertuar zresztą też.
5. KASHMIR – NIE JESTEM DLA CIEBIE. Znana mama, zajęta śpiewaniem do
spożywanych lodów, nie dopilnowała, by latorośl podjęła kroki niezbędne w
celu opanowania śpiewu na żywo. Efektem był występ, podczas którego odziana w
kolorowe falbanki Kasia Pietras męczyła się chyba nawet bardziej niż
słuchająca jej publiczność.
6. ŁYCZACZA – DIN DIRI DON. Twórca Leszczy, Maciej Łyszkiewicz,
zaprezentował swój nowy projekt, który specjalizuje się w wykonywaniu muzyki,
świetnie sprawdzającej się przy różnego rodzaju dolegliwościach żołądkowych.
Wtedy jakoś wszystko szybciej idzie.
7. PATRYCJA MARKOWSKA – TAK O MNIE WALCZ. Demoniczny lateks z
enerdowskiego sex-shopu, wyzywające gesty w stylu „będę uwodziła gitarzystów,
bo jestem taką metalową lwicą jak Wanda Kwietniewska” (wybór artystek do
wspólnego występu w programie „Muzyka łączy pokolenia” chyba nie był
przypadkowy) i czadowy repertuar to cała Patrycja Markowska. Powalająca jak
zwykle i od lat wzbudzająca zainteresowanie. Tata może być dumny, w końcu to
jego krew.
8. DOROTA MIŚKIEWICZ – W MAŁYCH ISTNIENIACH. Ubrana w spodnie od piżamy
i kawałek bandaża od Anny Wyszkoni jazzmanka zapragnęła chyba zostać drugą
Anną Marią Jopek. Udało jej się to w pewnym stopniu, gdyż piosenka uśpiła
publiczność podobnie jak kompozycje AMJ. Jeszcze tylko mąż phezenteh i gotowe.
9. OFFSIDE – MOJA OBSESJA. Muzycy niby rockowego zespołu wyglądali,
jakby przed chwilą opuścili klub o nieco innym charakterze niż estrada
opolska. Ten pan z mikrofonem chyba jest wokalistą, ale najlepiej brzmiały
chórki. Gdyby połączyć ten kawałek z kompozycjami Flinty, Markowskiej i
Kashmiru, powstałaby jedna długa, beznadziejna, słaba poprockowa pioseneczka.
10. PUDELSI –DAWNA DZIEWCZYNO. Artysta alternatywno-przewrotny Maleńczuk
zaprezentował, o dziwo, jedną z ciekawszych piosenek festiwalu. Nie żeby od
razu dobrą, ale przynajmniej krótką i treściwą.
11. MARCIN ROZYNEK – NASTĘPNY BĘDZIESZ TY. Samowystarczalny jak zwykle
Rozynek (sam skomponował, sam napisał słowa, sam zaśpiewał, sam wysłuchał)
zaprezentował dziwne, lejące się dźwięki, przetykane jękiem wołającego o
pomoc. Niestety, trudno było dociec, czy w utworze występują zwrotki i
refren, bo wszystko się zlewało, a nad całością dominował image Rozynka,
który tym razem dzięki fryzurze upodobnił się do Sławy Przybylskiej i dzięki
temu nie można było usnąć podczas jego występu, bo trudno spać, śmiejąc się.
12. SISTARS – SUTRA. Fantastyczne, jak zawsze, siostry, pokazały stroje
więzienne, znane już z teledysku (niestety nie wyszła ta gruba kucharka, a
szkoda, bo by je zasłoniła) i udowodniły, że można spokojnie spędzić kilka
minut na scenie opolskiej, wystawiając spektakl p.t. „W poszukiwaniu
zaginionej melodii”. Nie znalazły.
13. KATARZYNA SKRZYNECKA – ZACZNIJ JESZCZE RAZ. Bezskutecznie starająca
się zaistnieć w szołbiznesie artystka (która to już rocznica tych starań?)
włożyła resztki bandaża Wyszkoni, których nie wykorzystała Dorota Miśkiewicz,
a następnie popisywała się na scenie, starając się utrzymać w ręku pomarańczę
i nie upuścić jej (acz potem i tak się jej pozbyła). Występ można by zaliczyć
do udanych, gdyby jakiś idiota nie dał Skrzyneckiej do drugiej ręki mikrofonu
i nie poprosił, żeby coś tam sobie pośpiewała pod nosem.
14. HANIA STACH – WŁAŚNIE W TAKI DZIEŃ. Gdyby Zdzisława Sośnicka chciała
nagrać nowoczesną, jak na siebie, płytę w XXI wieku, z pewnością sięgnęłaby
po tego typu repertuar. Z braku Sośnickiej zaprezentowała tenże
uczestniczka „Idola”, załamując do reszty tych, którzy liczyli na chociaż
jedyną przyzwoitą propozycję w „Premierach”. A kompozytorem tego cuda jest
Michał Grymuza, znany z towarzyszenia Armii, Górniak i Kowalskiej. Uff...
Po szoku, jaki wywołała prezentacja czternastu kandydatek na przebój,
nastąpił elektryzujący moment w postaci głosowania, podczas którego tę część
publiczności, która nie była zajęta wysyłaniem smsów na Patrycję Markowską i
Kasię Skrzynecką, zabawiał artysta kabaretowy, Krzysztof Hanke. Rapował nawet
lepiej niż Renata Dąbkowska śpiewała. Po nim wystąpił jeszcze kabaret Ani Mru
Mru, co niestety uśpiło czujność wrażliwych sluchaczy, gdyż natychmiast po
kabarecie przypomniano, że kogoś trzeba będzie nagrodzić za jeden z
czternastu fantastycznych występów. Zarówno jurorzy, jak i publiczność
esemesowa byli zgodni w wyborze i wręczyli łącznie 65 000 złotych duetowi
Sistars. Kwota ta z pewnością wystarczy obu siostrom na fryzje