kro-nik
17.05.11, 01:10
..."uzaleznienie" (od drugiej osoby/ partnera). Nie mialam zamiaru wdawac sie w dyskusje, ale wlasnie zaczelam czytac jeden z watkow i znow padlo to cholerne slowo, od ktorego boli mnie juz glowa. Od tych, ktorzy znaja historie mojego zwiazku (facet ma zachowanie charakterystyczne dla bpd) i perypetie, przez jakie przechodzimy, wciaz slysze "to nie milosc, to uzaleznienie". Dlatego odechcialo mi sie juz z kimkolwiek rozmawiac, bo... to mnie rani. Fakt, rozstajemy sie i schodzimy. Ale co to znaczy - uzaleznienie od drugiego czlowieka? Wybuchlam dzis smiechem, kiedy znajoma zapytala mnie - "Taki dobry jest w lozku czy tyle zarabia?!" Coz, gdybym kierowala sie w zyciu takimi kategoriami, wybralabym sobie kogokolwiek innego, kto spelnia ww. kryteria. W moim wypadku nie ma mowy, ten albo zaden inny. On otwarcie mowi o wyjatkowo silnej milosci i nienawisci do mnie (kolejnosc slow dowolna), i o tym, ze "czegos takiego w zyciu jeszcze nie doswiadczyl". Czasem widze, ze chyba naprawde zaluje, ze mnie spotkal i chetniej widzialby mnie martwa niz zywa, bo moj "przypadek" nie daje mu spokoju, cokolwiek to znaczy. Pamietam, jak przy poprzednim rozstaniu prosil mnie, zebym sobie kogos znalazla, bo to go skutecznie zniecheci od kolejnego zdobywania mnie. Niedawno matka rzucila, ze on wariuje, bo z jednej strony nie chce mnie ranic, a z drugiej chce byc sam. Nalog? A czy dla palacza albo alkoholika liczy sie marka papierosow lub wina?