moriko-1
17.07.11, 10:04
Mam uległą, miękką, niecierpliwą naturę.
Jako dziecko byłam typem ofiary. Koleżanki wykorzystywały mnie, choć to widziałam, nie potrafiłam im się przeciwstawić.
Jako osoba dorosła rozwinęłam się nieco, coś tam się zmieniło, wyuczyłam się nawet jakiejś tam asertywności. Ale w stopniu minimalnym. Nadal moim największym problemem w relacjach z ludźmi jest to, że mam charakter osoby wycofującej się, uległej, łatwej do "zastraszenia". Chodzi o "coś" co tkwi najgłębiej w moim jestestwie i doszłam do wniosku że nie mam na to wpływu :) Ludzie wyczuwają to "coś" instynktownie i nie traktują mnie poważnie. Kiedy próbuję się przeciwstawiać, próbuję uzyskać przewagę w konflikcie - wygląda na to że jest to w ich rozumieniu groteskowe, bawi ich, nie traktują tego poważnie. W starciu z silnymi, dominującymi osobowościami - jestem ścierana na proch.
Tak, czuję strach, autentyczny strach w takich konfliktach. Być może ten właśnie strach jest wyczuwany. Nie wiem. Ale panowac nad nim nie potrafię. Wiele razy powtarzałam sobie - on, ona cię nie zje, nie zabije, czego się boisz, to tylko człowiek, to tylko słowa - nic to nie dawało bo w sytuacji konfliktu, zetknięcia z pewnością siebie, siłą, okrucieństwem werbalnym, prymitywizmem - dzieje się ze mną to co z zającem który nocą wybiega na szosę i paraliżują go światła samochodu. Ja też czuję się tak właśnie sparaliżowana. Nie potrafię ani uciekać ani się obronić. W głowie robi się pustka, język staje kołkiem, sztywnieję a serce wali jak oszalałe.
Przeraża mnie to, że widzę jak ludzie wykorzystują to podświadomie. Nie byłam szanowana przez własnych rodziców, nikt nigdy nie liczył się z moim zdaniem, mój mąż, choć przecież wiem że mnie kocha, to jednak nie potrafi sie oprzeć i nie jeden raz wykorzystał ta moją uległość - nie twierdzę że na zimno mną manipuluje, jednak wiem że akcenty w naszym związku rozłożyły się tak a nie inaczej i to on najczęściej "ugra" to na czym mu zależy....
W domu rodzinnym mieliśmy kilka psów i nawet one wyczuwały kim jestem. Nigdy żaden pies mnie nie słuchał, nigdy nie uznał za stojącą wyżej od siebie w hierarchii stada. Rodziców czy rodzeństwo psy słuchały, tamci byli "panami". Ja nie. To chyba dużo mówi!!!
A post piszę z powodu konstatacji, która mnie ostatnio dobiła.
Otóż wreszcie dostrzegłam związek moich cech z tym jaką jestem matką. Mam małe dzieci i wychowawczo czuję porażkę. Dzieci są nieposłuszne, nie radzę sobie z nimi. Jednocześnie mąż jest autorytetem. Ja nie. Przeraziłam się gdy sobie uświadomiłam, że być może nie chodzi o błędy jakie popełniam, lecz o to, że zarówno zwierzęta, jak i ludzie - a nawet dzieci, wyczuwają instynktownie moją uległą i słabą naturę i stąd to pochodzi!
Dzieci mają rzeczywiście dość silne osobowości. Długo myslalam że to mój problem z konsekwencją, ale bardzo duzo pracowałam nad tym i nie wiem już co jeszcze mogłabym zrobić. A jest wciąż tak samo.
Nie żalę się, piszę w nadziei że ktoś ma podobnie i poradził sobie jakoś, może ktoś mi coś doradzi?