Dodaj do ulubionych

Ratowanie życia za wszelką cenę

IP: *.atol.com.pl 09.05.02, 00:27
I jeszcze jedno pytanie. Czy gdybyście byli chorzy, jedynym ratunkiem byłby
przeszczep serca, ale szansa uratowania Was byłaby 1:1000 to zgodzilibyście
się na operację, zaryzykowalibyście? Czy wiedząc, że macie tak małą szansę, a
to serce mogłoby się "przydać" komuś innemu, kto ma większe szanse, mimo to
spróbowalibyście? Czy moze zrezygnowalibyście, "oddając" to serce komuś
innemu, żeby sie "nie zmarnowało"?

Kasia
Obserwuj wątek
    • Gość: Gabi Re: Ratowanie życia za wszelką cenę IP: *.sympatico.ca 09.05.02, 00:33
      Kasiu.....naturalnie,ze walczylabym do konca...niezbadane sa nasze i nie tylko
      nasze mozliwosci..nie mozna sie poddawac..a jaka pewnosc masz,ze ta nastepna
      osoba przezyje???
      Najwazniejsza jest sila walki i pozytywnego myslenia,zaufania w to co sie robi,
      zycie jest bezcennym skarbem i nalezy o niego walczyc.
      Trzeba troche nawet egoistycznie w tym momencie podchodzic....ja bym
      walczyla!!!
      pozdrawiam Gabi
    • pastwa Re: Ratowanie życia za wszelką cenę 09.05.02, 00:52
      Prawdę powiedziawszy, częstokroć byłem świadkiem, niespełnionych przewidywań,
      których pewność zajścia była jak 1:2, oraz dokonanych, choć jak 1:1000
      prawdopodobnych, zdarzeń.
      Moje wnioski są takie, że prawdopodobieństwo, dokładnie można wyliczyć dopiero
      po...

      Ps.Swoją drogą, skąd takie precyzyjne wyliczenie ?
    • kwieto Re: Ratowanie życia za wszelką cenę 09.05.02, 00:53
      A jaka masz gwarancje, ze ten ktos komu sie niby to serce bardziej przyda,
      bedzie w stanie z niego skorzystac? A jaka masz gwarancje, ze jego przeszczep
      sie przyjmie? A na jakiej podstawie twierdzisz, ze ten ktos ma do tego serca
      wieksze prawa?

      Jesli przeszczep jest jedyna szansa na przezycie - to jesli zalezaloby mi na
      zyciu, nie wahalbym sie ani chwili. A jesli na zyciu by mi nie zalezalo - to
      pytanie i tak nie ma wtedy racji bytu.
    • Gość: Sławek Re: Ratowanie życia za wszelką cenę IP: 213.186.93.* 09.05.02, 01:04
      Przecież ludzie wydają mnóstwo pieniędzy na ratowanie swojego życia mając tylko
      cień szansy na przeżycie i nikomu nie przychodzi do głowy zrezygnować z
      ratowania siebie i oddać pieniądze komuś kto teoretycznie ma dużo większe
      szanse a nie ma pieniędzy. Z sercem jest podobnie. Jeśli jest jakaś nadzieja to
      trudno ją porzucić.
    • olek13 Re: Ratowanie życia za wszelką cenę 09.05.02, 07:19
      Wolałbym "zreperować" swoje własne serce.

      Pozdrowionka
    • krychal Re: Ratowanie życia za wszelką cenę 09.05.02, 09:13
      Nawet szansa 1:1000 to zawsze szansa i należy z nie skorzystać, dla siebie, dla
      dzieci, dla męża i wszystkich którzy Cię kochają. Kasiu walcz i nie poddawaj
      się.
      Pozdrawiam bardzo gorąco."K"
      • Gość: frisky2 Re: Ratowanie życia za wszelką cenę IP: 62.233.139.* 09.05.02, 09:26
        Wiara czyni cuda. Moja kuzynka miala trzecia operacje na sercu w Aninie
        (wymienione 3 zastawki i wtedy trzeba bylo wymienic chyba dwie lub jedna z tych
        wymienionych, bo juz sie zuzyly, czy cos w tym stylu), ktora wg lekarzy miala
        szanse powodzenia jak jeden moze wlasnie do 1000. Nawet byla juz w fizycznym
        stanie katastrofalnym. Operacja nie gwarantowala nic. A jednak efekt przesz3edl
        oczekiwania wszystkich. Moze z wyjatkiem tych, ktorzy mocno wierzyli, ze bedzie
        dobrze.
        • Gość: kasia28 Re: Ratowanie życia za wszelką cenę IP: *.atol.com.pl 09.05.02, 13:19
          Ten stosunek to bardziej przenośnia, zeby pokazać jak nikłe są szanse:)
          Macie rację, że o tym czy operacja przeszczepu sie udała można wiedzieć
          dopiero po... Tylko w tym wypadku nie chodzi o sam przeszczep, ale o kondycję
          pacjenta. Jest tak marna, ze operacja prawie na pewno doprowadzi do zgonu.
          Więc nikt świadomie się tego nie podejmie, chyba że pacjent się uprze.
          Pojawiła sie propozycja, by zrobić to gdy będzie już naprawdę źle, gdy pacjent
          będzie jedną nogą w grobie. Wtedy będzie miał do wyboru pewną śmierć albo 2-3
          % szans na przeżycie. Ale właśnie czy dla tych paru procent warto ryzykować?
          Jeśli nic nie wyjdzie zmarnuje się to serce, które komuś, kto przeżyje
          operację moze naprawde uratować życie? Nie wiem czy to w porządku. Jest tyle
          ludzi, którzy czekają na przeszczep, trudno jest "zdobyć" serce. Nie wiem czy
          czyjaś chęć życia jest na tyle ważna, by odbierać szansę innym, którzy w pełni
          mogą z tej szansy skorzystać? Trochę to skomplikowane.

          Pozdrawiam
          Kasia
          • pastwa Re: Ratowanie życia za wszelką cenę 09.05.02, 14:05
            Gdyby ratowani mieli być tylko pewniacy, zapewne szpitale by opustoszały , a
            lekarze przekwalifikowali się na hydraulików( przynajmniej hirurdzy).
            Każdej godziny umiera tysiące osób na świecie,w większości serca tych osób się
            marnują bez próby wykorzystania ich u kogokolwiek.
            Pamietaj, wykorzystane 3 % szans może dać komuś np. 20 lat życia podczas gdy
            tzw. "pewniak" może zginąć rok po operacji w wypadku samochodowym, wniosek
            byłby tu taki, że nie warto go było ratować( strata 19 lat) ?
            Nie należy moim zdaniem zajmować się procentami,bo to niewymierne zajęcie, nie
            trać zatem "serca" do tego przeszczepu serca, bo stracone zostaną oba:-)
            • Gość: kasia28 Re: Ratowanie życia za wszelką cenę IP: *.atol.com.pl 09.05.02, 15:02
              Wiesz Pastwo te wszystkie moje wątpliowści są przez Was! Podjęłam już decyzję.
              Postanowiłam nie poddawać się operacji. Nie chciałam dawać innym i sobie
              bezsensownej nadziei, nie chciałam odbierać innym szansy na życie.
              Postanowiłam żyć jak najlepiej, jak najmądrzej przez ten czas, który mi
              został. Przez Was zaczęłam sie zastanawiać nad sensownością takiego myślenia.
              Najpierw postanowiłam starać się przekroczyć tą górną granicę 10 -ciu lat.
              Postanowiłam żyć tak, by udało się mi przeżyć jak najwięcej, jak najdłuzej. A
              teraz znowu mam mętlik w głowie. Nie wiem czy mam prawo do ratowania się
              czyimś kosztem. Pewnie powiecie, ze to nieprawda, ale ja tak to czuję.
              Przecież ktoś inny , też żona, mąż, matka, ojciec moze mieć większe szanse,
              moze żyć ze swoją rodziną, a ja uprę się , ze chcę i umrę. To takie jakieś
              egoistyczne. Poza tym te przeżycia związane z operacją, nadzieje, niepokój.
              Wiem co przeżywaliśmy podczas moich ataków, gdy traciłam przytomność. To
              czekanie, niepewność. Jasne, ze gdy wszystko kończyło się dobrze, ta radość i
              szczęście i ulga nie da się opisać, ale gdy nie skończy się dobrze? Nie
              chciałabym widzieć oczu mojego męża.

              Pozdr
              Kasia
              • pastwa Re: Ratowanie życia za wszelką cenę 09.05.02, 16:06
                Postąpisz naturalnie jak zechcesz, ale nie pisz, że to my odciągnęliśmy Cię od
                tej decyzji, bo się poczuję jak morderca.
                Twoje szlachetne pobudki są mi zrozumiałe, ale w tym przypadku mogą się nadać
                psu na budę najwyżej. Nie ma, co zakładać, że na to serce czekają jednostki
                inne niż Ty, albo jacyś wielcy tego świata, bez których ludzkość podupadnie
                moralnie.
                Naturalnie nie mamy prawa do ratowanie się czyimś kosztem(, choć moim zdaniem
                to złe zestawienie, wiesz w ogóle czyim?), ale tak samo ten ktoś nie ma takiego
                prawa, by ratować sie Twoim kosztem.
                Piszesz, że nie chcesz łudzić nadzieją swoich bliskich, by następnie umrzeć,
                ale czy tak strasznie im będzie lepiej w obliczu jakiegokolwiek z Twojej strony
                braku walki o życie. Można nawet zaryzykować, że pojawią się u nich wyrzuty
                sumienia, że Cię nie namówili, mogą bowiem myśleć, a może by z nami żyła, a tak
                nie wiemy, nie wykorzystaliśmy wszystkich możliwości i nigdy już tego nie
                sprawdzą, co gorsze.
                Nie przekona Cię tu nikt, bo to Ty masz siebie samą przekonać, bądź nie.

                Ps. Mogę Ci coś obiecać, jeśli podejmiesz się tej operacji, ja się zobowiążę
                oddać swoje serce w chwili śmierci, a tak tego nie uczynię, zatem 1 – 1= 0, to
                oznacza, że nikomu nic nie odbierasz.

                • Gość: kasia28 Re: Ratowanie życia za wszelką cenę IP: *.atol.com.pl 09.05.02, 20:05
                  Ja się Pastwo boję! Boję się, że się nie uda. I wciąż nie mogę podjąć decyzji.
                  Pewnie dlatego, że nigdy nie byłam ryzykantem. Jeśli nie miałam 100% pewności
                  co do czegoś to nie podejmowałam się tego. A teraz to od razu zrezygnowałam i
                  nadal nie wiem, czy powinnam spróbować i zgodzić się. Zwłaszcza, że muszę to
                  zrobić teraz, bo jeśli stracę kiedyś tam przytomnośc i będzie to po raz
                  ostatni to już jej nie odzyskam i nie bedę mogła zmienić zdania. Będą musieli
                  postapić zgodnie z moją wolą bez względu na to czy mi się nagle odwidziało. A
                  ja nie jestem w stanie takiej decyzji teraz podjąć. I nikt mi nie chce/nie
                  może pomóc. Kazdy mówi: to twoja decyzja, twoje życie, a to tak strasznie
                  ciężko powiedzieć ratujcie mnie za wszelką cenę, nawet jeśli się nie uda.
                  Zwariować czasem idzie z tego wszystkiego. Bo ja naprawde chcę żyć. Całe
                  dzieciństwo dostawałam po głowie, nie chciało mi się żyć, a gdy wreszcie
                  jestem szczęśliwa, mam kochających ludzi wokół siebie, spokój, zaczełam
                  marzyć, a tu takie coś.
                  Wasze słowa dużo znaczą dla mnie, może w końcu mnie przekonacie. Jak się
                  zdecyduję to na pewno o tym napiszę. Na razie będę bić się z myślami.

                  Kasia
                  • Gość: kasia28 Re: Pastwo IP: *.atol.com.pl 15.05.02, 12:48
                    Myślałam o tym dużo. W końcu porozmawiałam z mężem. On bardzo cierpiał z
                    powodu mojej decyzji, ale ja szanował, bo sam powiedział, ze to moje życie i
                    ja muszę o nim zdecydować. Chciał, bym ratowała się mimo wszystko, bym dała mu
                    chociaż cień nadziei, rozpłakał się. Nawet nie przypuszczałam, że aż tak
                    bardzo bał się tego. Nie widziałam Go nigdy w takim stanie, On zawsze taki
                    silny, męski, zaradny teraz był jak dziecko, bał się, cierpiał. Nie umiem o
                    tym pisać! To trochę szokujące dla mnie.
                    Dletego myślałąm o tym, i jednak chyba zgodzę się na operację. Moze mi
                    jeszcze "odbije " i zrezygnuję, ale na razie jestem prawie przekonana. Jeśli
                    nic się nie zmieni podpiszę zgodę. I będę żyć nadal.
                    Dziękuję Pastwo za wsparcie i "uratowanie życia":)

                    Pozdrawiam
                    Kasia
          • olek13 Droga Kasiu 09.05.02, 15:03
            Aż się z lekka zatrząsłem, czytając kolejny Twój post. Moje reakcje to oczywiście wyłącznie mój problem. Również mój chory przymus otwierania ludziom oczu (z którym pomalutku sobie poradzę). A to dlatego, że w moim mniemaniu Ty, która powinnaś zrobić wreszcie coś dla zmiany stanu rzeczy, z uporem tkwisz w swoich urojeniach.
            Przepraszam za natarczywość, już więcej nie będę.
            A jeśli masz ochotę, to napisz do mnie na skrzynkę.

            Zyczę Ci wszystkiego najlepszego.
            • Gość: Aga Re: Droga Kasiu IP: *.cpe.net.cable.rogers.com 09.05.02, 18:27
              Kasia, to chyba nie jest tak , ze lekarze robia przeszczep serca kazdemu kto
              tego chce, bo tych serc jest ciagle za malo. Oni rowniez decyduja komu
              przeszczepic i biora tu pod uwage szanse powodzenia, wiek pacjenta itp. Ty
              najlepiej znasz swoja sytuacje, jesli sadzisz ze masz ogromne szanse umrzec w
              trakcie to moze rzeczywiscie dac jeszcze sobie i rodzinie troche czasu razem.
              Rzecz jasna, idealem byloba udana operacja i zycie dlugie po niej w zdrowiu. To
              jest zbyt trudna decyzja, aby podjac ja tylko w oparciu o niewiadome, bo my tu
              malo wiemy. Mysle, ze najlepiej zastanowic sie nad tym wyobrazajac sobie dwie
              alternatywy operacji : jedna dobra i co wowczas oraz niezbyt dobra i co wtedy?
              Zostaje jeszcze oczywiscie zycie bez operacji i co wtedy? Domyslam sie ze
              musisz cierpiec nie tylko psychicznie, ale i fizycznie. A jak znosi to twoje
              cierpienie rodzina, musza chyba bac sie o ciebie? Czy lekarze rzeczywiscie daja
              ci tak male szanse, czy tez widza lepszych od ciebie kandydatow do operacji i
              dlatego ci odradzaja?
              • Gość: kasia28 Re: Droga Kasiu IP: *.atol.com.pl 09.05.02, 20:23
                W mojej sytuacji szansę na przeżycie operacji są bardzo niewielkie. Ja nawet
                juz nie byłabym w stanie "przenosić" ciąży, nie mówiąc o porodzie. Gdybym
                teraz uparła się na operację, chyba nie znalazłabym lekarza, który by sie tego
                podjął (no chyba że za duuuże pieniadze). Zreszta nie zdecydowałabym się na
                to. Mam szansę przeżyć jeszcze pare lat i nie zamierzam z tego na własne
                życzenie rezygnować. Mogę się poddać takiej operacji wtedy, gdy juz nie
                ozdyskam przytomności i będzie juz wiadomo, ze to koniec. Wtedy ryzyko jest
                żadne albo i tak umrę albo może się uda. I tu pojawia się problem, bo nie wiem
                czy powinnam "zabierać" serce komuś kto ma większe szanse. Lekarze nie mają
                takich "obaw". Przeprowadzą operację, po mojej zgodzie, gdy będzie już koniec.
                Moja rodzina bardzo cierpi, boją się, obchodzą ze mną jak z jajkiem. Mąż
                ciągle dzwoni z pracy, córka biega na zakupy i to też mnie drażni. Czuję się
                jak kaleka, niezdolna do niczego. Przecież to ja powinnam opiekować się
                dziećmi, domem, mężem a nie wszyscy mną. Czuję się tak jakbym coś sknociła.
                Miałam być wspaniałą żoną, matką, kobietą a jestem beznadziejną chorą
                kobietą. Nie lubię się czasami. Czasem wyobrażam sobie to moje zniszczone
                serce. Widzę, jakie jest małe i zbiedzone i pytam się go jak mogę mu pomóc a
                ono nic:)
                Z tą operacja wiąże się jeszcze coś. Ja zawsze miałam jakiś wewnętrzny odruch
                sprzeciwu by mieć coś obcego w sobie. Nie zgodziłam się np. na "spiralę", na
                samą myśl, aż się wzdrygałam, wolałam tabletki. Dostaję obłędu przy
                jakichkolwiek badaniach, któe wiążą się z wkładaniem czegoś do ciała. I gdy
                sobie wyobraże, ze mogłabym mieć coś wszytego, coś nie mojego nie bardzo mi z
                tym dobrze. I może nawet gdyby operacja się udała, przez moje odczucia
                organizm odrzuciłby przeszczep?
                W życiu nie przypuszczałam, ze to może być takie trudne. Kiedyś mi się
                wydawało, ze jak będę chora to zacznę walczyć , nie poddam się i wygram (jak
                to łądnie brzmiało!). A teraz nie jestem pewna, czy to zrobić. Zwłaszcza, ze
                widzę iż niektórzy walczą i przegrywają. Boję się.

                Kasia
                • Gość: Aga Re: Droga Kasiu IP: *.cpe.net.cable.rogers.com 09.05.02, 22:34
                  Kasiu kochana, kazdy by sie bal na twoim miejscu. Coz moge ci powiedziec? To
                  wszystko jest bardzo trudne. Co zrobilabym bedac na twoim miejscu ? Doprawdy
                  nie wiem. Wszystko zalezaloby od szans na przeprowadzenie takiej operacji.Czy
                  naprawde lekarze odwazyliby sie przeprowadzic operacje, gdyby pacjent byl
                  nieprzytomny? Doprawdy nie wiem, ale mysle, ze szkodaby bylo stracic tych kilka
                  mozliwych lat w przypadku nieudanej operacji. Powiedz mi jak dlugo wiesz o tym
                  ze twoj stan jest tak powazny? Czy bylo to dla ciebie zaskoczeniem ? Jak dlugo
                  chorujesz? To nie jest przeciez twoj wybor chorowac, a wiec nie miej sobie za
                  zle, ze twoi najblizsi przejeli na siebie czesc twoich obowiazkow. Oni to robia
                  z milosci do ciebie. Mysl pozytywnie i staraj sobie wyobrazic to swoje serce,
                  ze czuje sie lepiej, ze zdrowieje.I jeszcze jedno ty jestes dla swoich bliskich
                  najwspanialsza matka i zona , a nie chora osoba.Pozdrawiam.
                  • Gość: kasia28 Re: Aga IP: *.atol.com.pl 15.05.02, 12:40
                    Właśnie porozmawiałam z mężem o tym. Powiedziałam Mu o swoich odczuciach i
                    powiedział mi to samo co Ty, ze jestem dla Niego najważniejsza, kocha mnie i
                    tyle lat ja o Niego dbałam,dałam mu miłość, szczęście, wspaniałe dzieci a
                    teraz on dba o mnie. I nie uważa, ze jestem dla niego obciążeniem, nie żałuje,
                    ze tak się stało. Owszem jest mu źle, chciał ze mna spęddzić starość, ale
                    będzie wdzięczny za każdy rok podarowany przez los. On sie boi tego dnia gdy
                    odejdę, chce spędzać ze mna każdą wolną chwilę i z każdym dniem kocha mnie
                    bardziej. I zupełnie nie dostrzega we mnie chorej kobiety tylko mnie, kobietę,
                    którą pokochał i kocha nadal.
                    Teraz dopiero nie chcę umierać!

                    Pozdrawiam i dziękuję za słowa otuchy
                    Kasia
                    • Gość: Aga Re: Kasia IP: *.cpe.net.cable.rogers.com 15.05.02, 17:41
                      Kasiu, mysle, ze niejeden moze ci zazdroscic . Masz piekna rodzine, wspanialego
                      i kochajacego meza, udane , madre dzieci. Zyjecie naprawde dobrze i
                      intensywnie, bo zyjecie kazda chwila, a wielu z nas marnuje czas na
                      niepotrzebne sprawy, nie doceniajac w pelni tych chwil tutaj. Nikt nie wie ile
                      komu jest pisane zyc ( lacznie z toba, bo tak naprawde nauka idzie do przodu
                      szybko i nie wiadomo co jutro przyniesie). Ja wiem ze to nie bedzie latwe, ale
                      sprobujcie moze nie koncentrowac sie tak na chorobie i rzeczach ostatecznych,
                      starajcie sie troszke zdystansowac do tych wszystkich spraw zwiazanych z
                      choroba. Nie myslcie o tym zbyt czesto, bo tak jest ciezko zyc. Starajcie sie
                      zyc jakby nigdy nic( wiem ze moze to zabrzmi troche smiesznie), ale mysle ze
                      tak byloby wam troche lzej. Przeciez zycie kazdego z nas mogloby sie skonczyc w
                      kazdej chwili i nikt o tym nie mysli, bo wiemy moze troche mniej o
                      potencjalnych zagrozeniach niz ty dzisiaj. Spotkalas naprawde wspanialego
                      mezczyzne i wiesz mysle, ze w pelni na niego zaslugujesz bo ty jestes tez
                      wspaniala, dobra i madra kobieta. Pozdrawiam cie serdecznie i zycze zdrowia,
                      dobrego samopoczucia i usmiechu na twarzy.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka