Dodaj do ulubionych

Dlaczego miałbym się połączyć w parę ?

IP: *.lodz.cvx.ppp.tpnet.pl 04.07.02, 21:52

Bo spotkałem kobietę w obecności której mogę odpocząć, która nie karmi mnie
opowieściami o powinnościach.
Akceptuje mnie i szanuje, kocha i towarzyszy w trudnych chwilach. Śmieszą ją
moje dowcipy, inspirują moje pomysły i marzenia. Przy niej mogę rozwinąć
skrzydła, bez względu na to jakiego będą koloru. Ufa mi i wierzy we mnie.
Będąc z nią wciąż pozostaję sobą.
To z nią chcę mieć dzieci.

T o moje powody - gdy ją spotkam - połączę się.

A jakie są Wasze ?
Obserwuj wątek
    • re_ne Re: Dlaczego miałbym się połączyć w parę ? 04.07.02, 22:08
      Chyba tez cos w tym kierunku, z tym ze ja juz ja spotkalem. Pierwsze co mnie w
      niej urzeklo, to tez to, ze wspaniale przy niej sie czuje, uwielbiam sluchac
      gdy gra na gitarze i spiewa bluesa, pomogla zrealizowac mi moje marzenia, wiem
      ze zawsze moge na nia liczyc i jest moim najlepszym doradca.

      Rene
    • kwieto Re: Dlaczego miałbym się połączyć w parę ? 04.07.02, 22:40
      A dlaczego nie?
    • Gość: good son Re: Dlaczego miałbym się połączyć w parę ? IP: *.krakow.cvx.ppp.tpnet.pl 06.07.02, 00:13
      A co mnie to obchodzi?
    • cyntia1 Re: Dlaczego miałbym się połączyć w parę ? 06.07.02, 00:37
      I znowu mnie wszyscy zakrzyczą, ale Twoje powody mi się nie podobajom, sorry.

      109% mężczyzny w Tobie siedzi.

      Nie muszą Cię bawić jej dowcipy, ważne by śmiała się z Twoich.

      To ona ma Ci towarzyszyć w trudnych chwilach, a nie wy sobie nawzajem.

      Nie chcesz dać jej wytchnienia, to Ty musisz przy niej wypocząć.

      Twoje pomysły mają ją inspirować, broń boże odwrotnie!!!!!

      A po co kobieta ma przy Tobie rozwijać skrzydła, przecież taka kura nawet fruwać
      nie potrafi.

      Pozostajesz sobą będąc z nią - jasne - ponieważ KAŻDY bliski kontakt międzyludzki
      wymaga kompromisu (to spotkanie się w pół drogi) Ty jednak zostaniesz na swojej,
      a ona niech Cię goni dziewczę cudowne.

      A jak już będziesz miał z nią te dzieci to niech Cię nie karmi opowieściami o
      powinnościach, mamuśka jedna.

      Słowem testosteron wywala się każdym porem

      Życzę sukcesów w poszukiwaniach :((( i pzdr
      • kwieto Eeee... 06.07.02, 00:45
        O ile obiekcje rozumiem, choc moglbym polemizowac z samym protestem - bo
        chodzilo o to jaka ONA ma byc, a nie jak sie Monotyp ma w stosunku do niej
        zachowywac, to nie nalezalo do tematu watku - to zdecydowanie oprotestuje ten
        "meski punkt widzenia". Tak sie sklada, ze 3/4 znanych mi kobiet mysli
        dokladnie tak, jak to co krytykujesz "ja jestem piekna i wspaniala, a on
        powinien byc taki, siaki, owaki"
        Tym dziewczynom tez sie testosteron porami wylewa?
        • cyntia1 Re: Eeee... 06.07.02, 01:12
          Kwieto drogi!

          Obrażasz moją (wątpliwą) inteligencję: wątek był "dlaczego małbym się połączc w
          parę", a nie jaka ona miałaby być.

          Nie wiem jakie znasz kobiety, ale uwierz mi - nawet jeśli się do tego nie
          przyznają - kobiety w większości myślą "i będzie nam ze sobą dobrze", a faceci
          jak czytam "i będzie mi z nią dobrze" - wyczuwasz ten niuans?

          Nie wiem co się wylewa tym dziewczynom porami, niestety okres "życzeniowego"
          podchodzenia do związku mam już za sobą (tak myślałam faktycznie mając lat
          kilkanaście).

          Teraz mam już męża i czasem (gdy jest źle) myślę:

          - a może trzeba było poczekać, poszukać

          ale jak czytam takie wypowiedzi jak ta zaczynająca wątek to myślę, że nie
          trafiłam tak źle ( on by chyba czegoś takiego nie napisał
          )
          Ale, jak zwykle miło się z Tobą polemizuje, Pzdr:))
          • kwieto Re: Eeee... 06.07.02, 09:14
            Wierz mi, chcialbym aby dziewczynie bylo ze mna dobrze, ale jakos gdy slysze/
            czytam tak postawione pytanie, to uwazam, ze jest ono postawione mnie i dotyczy
            moich preferencji. Gdyby bylo cos w stylu "czego oczekujesz i co oferujesz
            od..." to zgoda, moglibysmy mowic o tym co moge dac kobiecie.
            Ale tutaj jest wyraznie zaznaczone "dlaczego JA mam sie polaczyc w pare" -
            czyli dotyczy wylacznie moich odczuc i potrzeb. Przeciez oczywiste jest, ze aby
            powstala para, dziewczyna musi tez chciec sie zwiazac z mezczyzna - i tutaj jej
            nalezaloby pytac dlaczego. I moze sie okazac, ze jako powody podaje te moje
            cechy, o ktorych ja bym nawet nie pomyslal, nawet nie wzialbym ich pod uwage.

            Co do zyczeniowego myslenia - jesli "masz je za soba" to bardzo fajnie, ale
            wiekszosc ludzi nie przeszla tego "etapu". Jak myslisz, skad sie biora klotnie
            malzenskie i rozwody? "bo ja chce by on/a zobil/a to czy tamto, a on/a nie chce
            tylko siedzi i czyta gazete, czy piluje paznokcie, i tak jest zawsze".

            I prosze Cie, nie przyznawaj mezczyznom jedynego prawa do egoizmu i myslenia
            zyczeniowego. Czym, jak nie egoizmem jest "typowo kobiece" myslenie typu "ja
            sie poswiece to on mnie bedzie bardziej kochal". Zgoda, jest to subtelniejszy
            przejaw egoizmu, ale nadal ma na celu wymuszenie jakiejs postawy, a nie
            robienie czegos li tylko z dobroci serca. Gdyby bylo rzeczywistym dzialaniem
            altruistycznym sie, nie byloby wynoszone na piedestal przy wszystkich klotniach
            malzenskich: "bo ja sie tak staram i poswiecam a Ty nic".

            Mamy rownouprawnienie, w egoizmie i zyczeniowym mysleniu rowniez...
            • cyntia1 Re: Eeee... 06.07.02, 13:32
              Z tym życzeniowym myśleniem, to chodziło mi raczej o to jekiego chciałabym mieć
              partnera.

              Teraz już miałabym tylko życzenie, żeby nam ze sobą było dobrze (bo wiem, że do
              udanego związku nie wystaczy żeby mnie było dobrze z nim)

              Kiedy ten partner już jest to mam w stosunku do niego pewne życzenia bo mi na
              nim zależy, chcę się dogadać, spotkać w pół drogi.
              Mój partner zbyt wielu życzeń do mnie nie kieruje, i nie chce żebym ja
              kierowała życzenia do niego.

              I wiesz co to mi pachnie obojętnością i życiem "obok siebie" a nie "ze sobą".

              A rozwody biorą się, moim babskim zdaniem, z powodów następujących:

              - jedno lub oboje przestali chcieć się dogadywać

              - jedno znalazło sobie lepszego (lub wydaje mu się, że lepszego) partnera

              - jedno lub oboje traktują małżeństwo lżej niż np. pracę w konkretnym miejscu,
              i dlatego rozwód to dla nich mniejszy pryszcz niż zmiana pracy (jeśli nie ma
              dzieci to OK, gorzej jak są)

              Z tym subtelniejszym egoizmem, to na pewno masz rację, tylko w ten sposób jakąż
              egoistką była Matka Teresa?

              Zgadzam się z Tobą, że altruizm w czystej postaci nie istnieje (zawsze pozwala
              nam się przynajmniej poczuć lepszym niż inni), dlatego ja np. nie poświęcam się
              dla swojego mężusia i dzieci - robię tyle ile chcę robić i nie mam pretensji o
              to co robię, tylko o to, że jemu nie chce się prawie zupełnie nic.

              Wiem to wymuszanie, ale w tzw. domu z dzieciakami jest wiele do zrobienia i gdy
              facet nawet nie zauważa tego co robisz, nie mówąc o jakiejś aktywności lub
              docenianiu, jest po prostu przykro.

              Cały czas pamiętam, że nie muszę tego robić, (musimy tylko zejśc z tego
              świata), ale jeśli ja chcę mieszkać w czystym zadbanym domu, a jemu to wszystko
              jedno to albo będą robiła za dwuch, albo będę mieszkała w brudzie (zauważ, że
              on zadowolony będzie zawsze).

              Dlatego moja teściowa mawia:

              "fajna rzecz asertywnośc, ale ktoś musi posprzątać"

              Wiesz, ja bardzo lubię gadać z facetami na takie tematy, bo ciągle mam
              nadzieję, że ich kiedyś zrozumiem, ale czy to możliwe?

              Pzdr:)
              • kwieto Re: Eeee... 06.07.02, 14:17
                cyntia1 napisał(a):



                > I wiesz co to mi pachnie obojętnością i życiem "obok siebie" a nie "ze sobą".
                >

                Oj, dlaczego od razu "obok siebie"?
                Zalozmy, ze jestem z dziewczyna, jest nam ze soba dobrze i ze niczego wzajemnie
                nie oczekujemy. ja nie oczekuje, ze ona bedzie "prac, gotowac, sprzatac", nie
                oczekuje, ze bedzie lubila wszystko to co ja lubie, ze bedzie robila to co ja
                lubie robic itd. Ona rowniez nie oczekuje ode mnie tych wszystkich rzeczy.
                Mozemy wtedy zajac sie soba. Kazde moze swoje sprawy zalatwiac we wlasnym
                zakresie. Ale jesli mimo to lubimy ze soba spedzac czas, to ciezko mi nazwac to
                "zyciem obok siebie". Jesli mimo totalnej wolnosci wyboru lubimy ze soba
                przebywac, rozmawiac, chodzic do kina na koncerty... Nadal bedzie to "zycie obok
                siebie"?


                > A rozwody biorą się, moim babskim zdaniem, z powodów następujących:
                >
                > - jedno lub oboje przestali chcieć się dogadywać
                >
                No dobrze, ale w jakich sprawach przestali sie dogadywac? Najczesciej w sprawach
                owych zyczen i oczekiwan wlasnie: "bo ty mnie nie rozumiesz", "bo ty mnie nie
                sluchasz", "bo ty spisz, kiedy ja bym chcial/a isc na spacer" - nie sa to wlasnie
                zyczenia? I nie dogaduja sie, bo owe zyczenia jednego i drugiego sa wzajemnie
                sprzeczne. Jakos trudno mi wyobrazic sobie rozwod, bo oboje sie przestali
                dogadywac w sprawie komentowania filmu na ktorym byli, ksiazki, ktora
                przeczytali, zachodu slonca, ktory widzieli...

                > - jedno znalazło sobie lepszego (lub wydaje mu się, że lepszego) partnera
                >
                Ale lepszy partner to tez oczekiwania. Ze bedzie mial cechy, jakich stary partner
                nie mial, nie prawdaz?

                > - jedno lub oboje traktują małżeństwo lżej niż np. pracę w konkretnym miejscu,
                > i dlatego rozwód to dla nich mniejszy pryszcz niż zmiana pracy (jeśli nie ma
                > dzieci to OK, gorzej jak są)
                >
                I wtedy nie widze problemu - oboje chca sie rozwiesc, oboje sie na to zgadzaja, i
                oboje sa z takiego wyjscia zadowoleni - ich sprawa. Ale takich "rozpadow" to jest
                moim zdaniem bardzo malo...


                > Z tym subtelniejszym egoizmem, to na pewno masz rację, tylko w ten sposób jakąż
                > egoistką była Matka Teresa?
                >

                To zalezy od tego, czy czegos oczekiwala w zamian. Jednak cos mi sie widzi, ze
                Matka Teresa nie liczyla na uznanie i zaszczyty, nie liczyla, ze bedzie chwalona,
                wielbiona, kochana. Nie miala tych wszystkich "zadan" i "oczekiwan" (a moze
                miala? ktoz to wie) i to wlasnie ja nieco rozni od "subtelnego egoisty". Nie
                slyszalem, aby Matka Teresa kiedykolwiek skarzyla sie, ze jest niedoceniona,
                niedopieszczona, ze ona sie stara a inni nie...



                > robię tyle ile chcę robić i nie mam pretensji o
                > to co robię, tylko o to, że jemu nie chce się prawie zupełnie nic.

                A dlaczego oczekujesz, ze bedzie cokolwiek robil? Znowu pulapka oczekiwan. Gdybys
                nie oczekiwala od niego, ze cos bedzie robil, nie byloby problemu, w momencie gdy
                nie robi nic...
                Nakladasz mu wymagania, nie pytajac go o to, czy on chce te wymagania spelnic. To
                sa TWOJE wymagania/oczekiwania i TWOJ problem, gdy on ich nie spelnia...

                >
                > Wiem to wymuszanie, ale w tzw. domu z dzieciakami jest wiele do zrobienia i gdy
                > facet nawet nie zauważa tego co robisz, nie mówąc o jakiejś aktywności lub
                > docenianiu, jest po prostu przykro.
                >
                Dlaczego? A co jego zdanie ma do rzeczy? Robisz to po to, by bylo zrobione, czy
                po to, by Cie docenil? A jesli nie robisz tego, by Cie docenil, to dlaczego jest
                Ci przykro gdy tego nie robi? Przeciez powinno Ci na tym po prostu nie zalezec?


                > Cały czas pamiętam, że nie muszę tego robić, (musimy tylko zejśc z tego
                > świata), ale jeśli ja chcę mieszkać w czystym zadbanym domu, a jemu to wszystko
                > jedno to albo będą robiła za dwuch, albo będę mieszkała w brudzie (zauważ, że
                > on zadowolony będzie zawsze).
                >

                No dobrze, ale to Ty masz oczekiwanie "mieszkania w czystym domu". I to Tobie na
                tym zalezy, dlaczego go zmuszasz, by zalezalo jemu takze?
                Oczekiwania, oczekiwania....


                > Dlatego moja teściowa mawia:
                > "fajna rzecz asertywnośc, ale ktoś musi posprzątać"
                >
                Musi? a moze niekoniecznie?
                to Ty oczekujesz porzadku, to Twoj problem. A moze on nad porzadek przeklada np.
                spokoj? albo dobra lekture? albo przebywanie ze znajomymi? Czy porzadek MUSI byc
                priorytetem?

                > Wiesz, ja bardzo lubię gadać z facetami na takie tematy, bo ciągle mam
                > nadzieję, że ich kiedyś zrozumiem, ale czy to możliwe?
                >
                Wiesz, ja nie licze ze zrozumiem kobiety, tak samo jak nie licze ze zrozumiem
                facetow. Nie licze, ze zrozumiem kogokolwiek, kazdy jest inny.

                No ale temat byl o tym, ze autor watku "oczekuje" by partnerka byla "taka a
                taka". Mowilas, ze kobiety nie maja takich oczekiwan, ze mysla aby dac cos
                siebie.

                Ale z Twojego listu wynika, ze jednak czegos od swojego meza oczekujesz. By byl
                taki, i zeby nie byl siaki. Wiec jak to jest z ta krytyka oczekiwan pod adresem
                "mezczyzn"? Przeciez sama masz oczekiwania, dlaczego w takim razie uwazasz, ze to
                "typowo meski" punkt widzenia?
                • cyntia1 Re: Eeee... 07.07.02, 00:49
                  "każdy może swoje sprawy załatwiać we własnym zakresie"

                  O to drobne zdanko mi chodzi.

                  Wiesz, mój mężuś mówił na początku znajomości DOKŁADNIE tak samo jak Ty.

                  Tylko nie wiadomo kiedy tak jakoś się stało, że NIE ZAŁATWIA, że potrzebna mu
                  jest obsługa, choć chyba jej nie wymagał.

                  Z czasem zaczął się pytać:

                  - czy mam jeszcze czyste skarpetki

                  - a gdzie jest chleb

                  itp.

                  To bardzo pięknie brzmi w teorii, ale jak się zaczyna mieszkać razem, to jak we
                  własnym zakresie umyjesz te pół okna, które zabrudziłeś?

                  A może lubisz, żeby okna były czarne, ot takie zaciemnienie.

                  Zawsze tak jakoś jest, że mężczyźni nie mając wymagań, wymagają obsługi.

                  Są jednak minimalistami, więc dlaczego reszta świata też nie miałaby być.
                  I czy to nie wymaganie aby?

                  Aż dziw, że "przewróciło się, niech leży" napisał mężczyzna, co.

                  Ale Ci powiem, że i tak jesteś wyjątkowy, bo chce Ci się na takie tematy
                  porozmawiać.

                  Że każdy jest inny, zgoda.

                  Ale ludzie są trochę inni niż małpy, kobiety trochę inne niż mężczyźni, a np
                  ekstrawertycy trochę inni niż introwertycy.

                  Ty mi trochę brzmisz jak ZEN-ek?

                  To w moich ustach ani komplement, ani epitet (choć pewnie bardziej komplement
                  niż epitet nawet)

                  Pzdr :)
                  • kwieto Re: Eeee... 07.07.02, 02:29
                    Ale nie mozna generalizowac.

                    Natomiast maz, ktory zaczal pytac "czy mam jeszcze czyste skarpetki?" - nie
                    przyszlo Ci kiedys do glowy odpowiedziec "nie wiem"?
                    Jego skarpetki, niech sie sam martwi.
                    • cyntia1 Re: Eeee... 08.07.02, 01:05
                      Przyszło drogi Kwieto i pewnie nie raz tak odpowiadałam, ale ja mówię o
                      procesach, które dzieją się w czasie kilku lat.

                      Ale myślę sobie też, że tak strasznie zachukać się nie dałam.

                      Robię naprawdę tylko to co chcę dla niego robić.

                      A co do Ciebie, to mam wrażenie, że odpowiadasz tylko na część moich pytań, tę
                      na którą odpowiedź masz gotową a i tak nie przyznasz mi racji ani na jotę.

                      (ale wtedy to by już nie było dyskusji, więc może to jest jakaś metoda).

                      Pzdr:)
                      • kwieto Re: Eeee... 08.07.02, 08:28
                        Oj, bo ciezko jest odpowiedziec na wszystko na raz. czesc rzeczy ucieka, czesc
                        jest dla mnie nieistotne, czesci nie zauwazam...

                        Wlasciwie nie wiem, co moglbym wiecej powiedziec? Jak umyc pol zabrudzonego
                        okna? :")
                        • cyntia1 Re: Eeee... 10.07.02, 12:05
                          Kwieto drogi, wyczekałam sobie spokojnie momentu kedy będę bardziej
                          optymistycznie do świata nastawiona, i ne będzie mi się chciało już z Tobą
                          spierać.

                          A tak swoją drogą ciekawam, dlaczego Ty chciałbyś się połączyć w parę?

                          Jeśli to nie zbyt osobiste pytanko, oczywista. Pzdr:)
                          • kwieto Re: Eeee... 10.07.02, 13:25
                            Bo byloby mi z dana osoba dobrze... (asekurancko dodam, ze domyslnie przyjmuje,
                            ze ta druga osoba mialaby identyczne pobudki).

                            Teraz pytanie jak zdefiniowac owo "dobrze"? I tu sie zaczyna problem, bo nie
                            mam jakichs wyznaczonych kryteriow. To sie czuje albo nie, trudno okreslic.
                            Szczegolnie, ze ze soba tez mi jest na ogol dobrze, wiec te dwa "dobrze" musza
                            sie czyms roznic. Tyko czym? :((
                            • cyntia1 Re: Eeee... 10.07.02, 13:45
                              No to na najlepszej drodze jesteś Kwieto, żeby z kimś być, bo wszak nawet
                              blondynki najgłupiejsze wiedzom, że żeby kogoś pokochać pierwej trzeba kochać
                              siebe samego. Bez pierwszego drugie niemożliwe.

                              Czego Ci serdeczne życzę oczywista.

                              Nie rozumem tylko, łyżkę dziegciu dodając, dlaczego takie nastawienie mając tak
                              usilne zaczynającego ten wątek waść broniłeś?

                              Pzdr:))
                              • Gość: Malwina Re: Eeee... IP: *.abo.wanadoo.fr 10.07.02, 13:56
                                od dawna sie nie zgadzam z tym kochaniem samego siebie ! i wreszcie mam odwage wam to
                                powiedziec ! blubry nad blubry ! a niby dlaczego tak mialoby byc ????
                                przedstawic mi psychologiczna logike, prosze...
                                Bo jako contre argument moge odpowiedziec ze jak sie kocha samego siebie to sie nie ma czasu ani
                                ochoty na kochanie innych, mozna latwo wpasc w narcyzm i znam mnostwo ludzi z sal fitnesowych
                                ktorzy zyja i beda zyc samotnie bo nie umieja dac innym i zajac sie innymi.
                                Akceptowac siebie (nawet polowicznie) zupelnie wystarczy.
                                Powiem wiecej : moze wystarczy sie nie nienawidzic !
                                Ta durna koncepcja milosci wlasnej osoby jest komercyjna kura o zlotych jajkach , ot co.
                                Czy matka teresa kochala siebie ? jestem prawie pewna ze nawet nie przyszloby jej do glowy zadawac
                                sobie takich bzdurnych pytan !
                                Natomiast mysle ze bez milosci (w szerokim tego slowa znaczeniu) ludzi, niet milosci osobistej !
                                plum plum
                                kwieto, jestes zywa odpowiedzia (ja tez !) na pytanie : dlaczego kryzys instytucji malzenskiej i tyle
                                rozwodow - dlatego ze truskawka na torcie ....:-)
                                • kwieto Re: Eeee... 10.07.02, 14:17
                                  Nie zgadzam sie. Zreszta, to tylko pojecia, mozemy nazwac "milosc wlasna"
                                  akceptacja samego siebie - jedna chwala. Natomiast to o czym mowisz, to raczej
                                  "samouwielbienie" wiec tu sie zgadzam, ze jak ktos mysli tylko i wylacznie o
                                  sobie, to raczej kochac sie nie nauczy. ALe wiesz co, Ci co tak sami siebie
                                  wielbia, to mam wrazenie, ze nie potrafia siebie samych kochac naprawde...

                                  Dla mnie kochanie siebie to po prostu akceptowanie i lubienie siebie takim
                                  jakim sie jest. Wyzbycie sie "poczucia braku" - milosci, akceptacji, drugiej
                                  osoby, etc. Bo ciezko jest dac z siebie innym cos, czego nam samym brakuje.
                                  • Gość: Malwina Re: Eeee... IP: *.abo.wanadoo.fr 10.07.02, 14:30
                                    niuansuje : zalezy w jakiej stratosferze sytuuja sie te braki. Bo dac to i mozna z brakami (chyba ze
                                    skrajna patologia) natomiast z BRANIEM jest gorzej (czyli z zaufaniem)
                                    dla mnie kochac siebie nie rowne akceptowaniu. Dlatego dosc mam sluchania o tej milosci do wlasnej
                                    osoby. Akceptowanie jest bardziej racjonalne, latwiej nad nim pracowac.
                                    Jakby nie bylo nie widze siebie z samozadowoleniem krecacej sie przed lustrem w nowej sukni (chyba
                                    zeby sprawdzic ze dobrze skrojona) ani masujacej sie z blogostanem na twarzy w pianie kapielowej jak
                                    to w durnych reklamach widac - ja sie myje ! (ewentualnie czytam i pije kawe w wannie ;-)
                                    Myslisz ze to zrodlo moich nieszczesc ????
                                    • cyntia1 Re: Eeee... 10.07.02, 14:50
                                      To się czasem popluskaj, wcale nie tak jak w reklamach!!!

                                      Z tą akceptacją to jest też tak, że jeśli ty sama siebie nie kochasz, to jak
                                      możesz sobie wyobrazić, że ktoś Cię pokocha?

                                      Zobacz ile dookoła nieatrakcyjnych ludzi, co przyciągają innych jak magnesy, bo
                                      są ze sobą pogodzeni.

                                      Jak widzisz, że jesteś OK, to inni też Ci się wydają bardziej OK (wiem, bo
                                      miewam straszne depresyjki) i jesteś bardziej gotowa na przyjęcie kogoś innego,
                                      na zaakceptowanie.

                                      I to naprawdę nie ma nic wspólnego z przeświadczeniem, że jest się kompletnym
                                      ideałem (czasem wręcz ze świadomością, że się ma wad wiele, tak jak inni)

                                      Dlatego będą bronić tej uznanej przez większość prawdy (choć na ogół z ogólnie
                                      przyjętymi prawdami dyskutuję, tak jak Ty)

                                      Pzdr:)
                                      • Gość: Malwina Re: Eeee... IP: *.abo.wanadoo.fr 10.07.02, 14:58
                                        eeee tam, ja wiem ze jestem ok co nie znaczy ze sie czuje ok co z kolei nie znaczy ze nie moge ludzi
                                        uznac za ok
                                        a zaakceptowac innych pomaga mi akceptowac siebie - nie jestem juz tak surowa i wymagajaca dla
                                        siebie bo wiem i widze ze swiat ma wady (i to jakie !)
                                        wychodzi na to ze dzialam na "obwyrtke" :-(
                                        • cyntia1 Re: Eeee... 11.07.02, 14:30
                                          No to widocznie mona tak, mona i tak.

                                          Pzdr:)
                                    • kwieto Re: Eeee... 10.07.02, 14:52
                                      A dlaczego nie widzisz sie w nowej sukni, paradujacej przed lustrem? nie masz
                                      czasem ochoty sprawic sobie samej jakiejs frajdy?
                                      Podkreslam jednak (bo mam wrazenie, ze nie widzisz tu roznicy) ze czysto
                                      zewnetrzne przejawy tej "milosci" o niczym nie swiadcza. Mozna kochac siebie
                                      samego i chodzic w lachmanach, jadajac resztki ze smietnikow. Mozna plawic sie
                                      w luksusach, sprawiac sobie najwyszukansze prezenty i siebie nie kochac. Tu
                                      chodzi o mentalne podejscie do samego siebie. Zwroc uwage, jak roznie
                                      podchodzisz do osoby ktorej sie np. cos nie udalo -
                                      - gdy ja kochasz, lubisz, najprawdopodobniesz zaczniesz ja pocieszac, mowic by
                                      sie nie martwila, starac sie jej pomoc, poradzic, dodac otuchy.
                                      - gdy jej nie lubisz - predzej zaczniesz ja krytykowac, wytykac bledy, nawet
                                      szydzic... zero pocieszenia, zero wsparcia, zero ciepla.

                                      Pytanie jak podchodzisz do siebie? czesciej sama siebie rugujesz, krytykujesz,
                                      czy czesciej starasz sie lagodnie sama wspierac? Na przyklad po porazce -
                                      predzej powiesz sobie "ja glupia kretynka" czy "trudno, stalo sie, nastepnym
                                      razem bedzie lepiej, teraz wiem cos wiecej o danej sprawie"?

                                      I nie rozumiem, dlaczego twierdzisz, ze akceptacja pozwala nad soba pracowac, a
                                      milosc nie. Dlaczego nie? Czy kochajac kogos, musimy od razu slepo pochwalac
                                      jego bledy, czy ignorancje w jakims temacie? Przeciez kochajac kogos, staramy
                                      sie raczej, by mu pokazac, gdzie popelnia bledy, nauczyc go, jak tych bledow
                                      nie popelniac, itd - patrz np. milosc rodzicielska.
                                      Dlaczego uwazasz, ze nie mozna tego odniesc do siebie?
                                      • Gość: Malwina Re: o kochaniu IP: *.abo.wanadoo.fr 10.07.02, 15:32
                                        bo psu na bude pokazywanie bledow i poprawianie kogos ! jak sam nie chce to nikt nic nie zrobi -
                                        zachecam wszystkie kobiety do natychmiastowego porzucenia roli pielegniarki kulejacych zyciowo -
                                        medice cure te ipsum !
                                        a moja przyjemnosc z sukni jest tylko i wylacznie krotkotrwala przyjemnoscia z sukni i nie dociera do
                                        glebokich sfer samoakceptacji i samozadowolenia
                                        wobec porazki mowie sobie : ty beznadziejna kretynko, nastepnym razem zrobisz lepiej ;-)
                                        • kwieto Re: o kochaniu 10.07.02, 15:54
                                          hehehe (to o tej beznadziejnej kretynce) :"))
                                          Nikt nie mowi o nianczeniu tych ktorym nie wychodzi. Nikt nie mowi o roli
                                          pielegniarki. Natomiast dla mnie kochanie siebie nie wyklucza dostrzegania
                                          swoich wad, Ty mowisz, ze kochajac siebie tych wad nie dostrzegasz - to dziwnie
                                          kochasz, powiem szczerze...
                                          Natomiast dlaczego wole mowic o kochaniu siebie a nie samoakceptacji? bo
                                          samoakceptacja ma dla mnie troche taki podtekst "no nie jestem idealny, ale
                                          niech juz bedzie", natomiast kochanie siebie "no nie jestem idealny, ale
                                          walasciwie co to za problem?" Roznica jest subtelna, ale jest.

                                          Natomiast jesli mam siebie akceptowac w odniesieniu do innych, i latwiej sobie
                                          wybaczac, bo widze, ze inni tez nie sa idealni... to jest tylko polsrodek. Bo
                                          to jest raczej laskawe przyznanie sobie prawa do bledow, z akceptacja czy
                                          miloscia nie ma wiele wspolnego. A co gdy trafisz w srodowisko, gdzie wszyscy
                                          bez wyjatku beda lepsi i madrzejsi? Bedziesz nadal potrafila sie akceptowac?
                                          Nie jestem taki pewien...

                                          W sumie spieramy sie o cos, co trudno zdefiniowac. To sie albo czuje, albo nie,
                                          nie wiem jak to przetlumaczyc, te roznice sa strasznie plynne i delikatne.

                                          P.S.
                                          Juz mowilem, ze milosc do siebie nie polega na sprawianiu sobie drogich sukni -
                                          tak wiec, argument ze frajda trwa kilka minut nie jest jakos przekonujacy...
                                          Choc zgodze sie, frajda z kupowania zwykle trwa bardzo krotko.
                                          • Gość: Malwina Re: o kochaniu IP: *.abo.wanadoo.fr 10.07.02, 16:10
                                            musze troche oddramatyzowac nasza klotnie (malutka ale jednak ) : nigdy przenigdy nie znajde sie w
                                            srodowisku ludzi lepszych i madrzejszych niz ja bo takich nie ma ;-)))))
                                            o czym to rozmawialismy ? aaaa o samokochaniu, n'est-ce pas ?
                                            • kwieto Re: o kochaniu 10.07.02, 16:19
                                              Ja sie czepiam, oczywiscie:
                                              Oj nie wiem, czy takie poczucie "nie ma ludzi lepszych ode mnie" to
                                              samokochanie. Raczej narcyzm, a narcyzm jest bardzo daleki od samokochania,
                                              mysle ze bardzo, bardzo, bardzo daleki...
                                              • Gość: Malwina Re: o kochaniu IP: *.abo.wanadoo.fr 10.07.02, 16:30
                                                a ja zartuje (bo zawsze zartuje jak widze ze ktos sie czepia ;-)
                                          • cyntia1 Re: o kochaniu 11.07.02, 14:44
                                            Sorry, że się wcinam, ale gdyby mnie ktoś pytał o zdanie to popieram Kwieto
                                            znowu niestety.
                                            Dla mnie główna różnica, między kocham siebie a akceptuję polega na stopniu
                                            zaangażowania. Kocham kogoś bliskiego a akceptować mogę nawet no... teściową
                                            koleżanki albo sąsiadkę. Do kogoś kogo kocham zawsze mam ciepły stosunek, a do
                                            kogoś kogo akceptuję mogę mieć zupełnie obojętny.

                                            Ale właśnie czwórka dzieci w wieku 2,5 do 6 lat (na szczęście tylko dwójka
                                            moja) urządziła sobie nad moją głową orkiestrę dętą, więc nie jestem zbyt pewna
                                            nawet tego jak się nazywam.

                                            Pzdr:)
                              • kwieto Re: Eeee... 10.07.02, 14:09
                                Ja bronilem tylko tego, ze on mowiac o swoich preferencjach, nie musi od razu
                                wspominac, ze sam tez ma cos do zaoferowania. Bo byc moze podobnie jak ja, taka
                                "wymiennosc" rowniez traktuje jak oczywistosc - i nie czuje potrzeby dodawania
                                "zeby ona sie rowniez ze mna czula dobrze" - i tylko tego bronilem :"))
                                • cyntia1 Re: Eeee... 10.07.02, 14:40
                                  Jeśli tak to nie było o co kopii kruszyć. Pzdr serdecznie:))
                                  • kwieto Re: Eeee... 10.07.02, 15:08
                                    :"))))))
                                    Ale bylo milo porozmawiac
                                    • Gość: Malwina Re: Eeee... IP: *.abo.wanadoo.fr 10.07.02, 15:11
                                      kwieto ! bo cie obwolam honorowym czlonkiem société d'admiration mutuelle !
                                      (et tu Brute contra me....czy jakos tak...)
                                      • kwieto Re: Eeee... 10.07.02, 15:24
                                        Ej, dlaczeg?
                                      • cyntia1 Re: Eeee... 11.07.02, 15:06
                                        Nie wzburzaj się tak, że Kwieto raz i dla mnie miły "-)

                                        A tak bardziej poważnie towarzystwa wzajemnej adoracjii bardzo miłe som jeśli
                                        nie za bardzo długotrwałe i nie tchną duchem nepotyzmu.

                                        A jeśli "po niepolsku" w sieci mamy gadać, to ja proszę o angielski, bo tem
                                        władam "-)

                                        Pzdr:))).



                                        • Gość: Malwina Re: Eeee... IP: *.abo.wanadoo.fr 11.07.02, 16:14
                                          ja tak specjalnie, w ramach buntu bo wszelkie wkladki ang. na forum sa traktowane najnormalniej w
                                          swiecie a jak cos (rzadko !) po fr napisze to zaraz mi wytykaja :-(((
                                          na ! to macie sobie i seee radzcie !
                                    • cyntia1 Re: Eeee... 11.07.02, 14:52
                                      No miło, miło. I mam nadzieję, że nie ostatni to raz.

                                      Pzdr:)
      • Gość: Kajet Re: Dlaczego miałbym się połączyć w parę ? IP: *.bydgoszcz.sdi.tpnet.pl 08.07.02, 16:41
        zgadzam się Cyntio z Tobą w 100%; te powody są bardzo egoistyczne i mają niewiele wspólnego z
        uczuciem, które ma połączyć na dłuższy czas i przetrwać trudności, które oferuje życie
    • maritsa Re: Dlaczego miałbym się połączyć w parę ? 06.07.02, 13:46
      Dlaczego?
      Bo kiedy spotykasz kogoś, na kim zacznie ci bardzo zalezeć, to chcesz go
      zatrzymać przy sobie, a nie po prostu pozwolić mu odejśc. Masz poczucie, że
      dzieje się cos naprawdę wyjątkowego. I nie chcesz tego przegapić, stracić.
      Ja osobiście szukam kogoś, kto mnie zrozumie, i kogo ja będę potrafiła, mam
      nadzieję, zrozumieć. Chcę,żebyśmy się ze soba nie nudzili, i co ważne,
      odczuwali wciąż nowe strony pragnienia bycia ze sobą.
      Mam nadzieję sprawić, że On będzie szczęśliwy.
      • Gość: iwek Re: Dlaczego miałbym się połączyć w parę ? IP: *.dialog.net.pl / *.wroclaw.dialog.net.pl 07.07.02, 03:36
        Ja też lubię układać puzzle...i zawsze te dwa kawałki muszą pasować?
        • zdezorientowana Re: Dlaczego miałbym się połączyć w parę ? 07.07.02, 14:20
          1. z miłości
          2. z samotności
          3. z wyrachowania

          K.

          • Gość: good son Re: Dlaczego miałbym się połączyć w parę ? IP: *.phils.uj.edu.pl 08.07.02, 15:38
            Należy dodać, że zazwyczaj te trzy motywy występują
            łącznie.
        • maritsa Re: Dlaczego miałbym się połączyć w parę ? 09.07.02, 12:34
          Te dwa kawałki muszą tworzyć fragment interesujacego obrazka.
    • Gość: eugeno Dla rozwoju IP: 2.5.PRE* / *.sienna14.enetwork.pl 17.07.02, 18:02
      Dla mnie oznacza to rozwój - przekroczenie granic ego.
      Otwartość, zaufanie, wspólnotę.
      Zanurzenie w prawdziwym życiu.
    • Gość: jazzbell Re: Dlaczego miałbym się połączyć w parę ? IP: *.warszawa.sdi.tpnet.pl 17.07.02, 20:08

      ...czyzby nie wyginęły jeszcze takie świadome okazy??? Unikat czy nieśmiałość?!
      A może wiesz czego chcesz, .. to będziesz to miał! Bądź sobą! Powodzenia,
      jazzbell
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka