kryzysowa_narzeczona
17.12.02, 05:36
Czesc,
Nie wiem jak zaczac, bo jesteme starsznie rozczarowan moim facetem. Ale
zacznijmy od poczatku. Mam 29 lat i od dwoch lat nie jestem narzeczona -
tylko zona najwiekszej milosci mojego zycia. Kochamy sie bardzo i nasz
zwiazek oparty jest na przyjazni, partnerstwie i zrozumieniu. Albo tak
przynajmniej sobie wmawiam. Od poczatku naszego zwiazku bylo wiadomo, ze dom
i rodzina sa dla mnie wazne. Przed slubem oboje ustalismy, ze chcemy miec
dzieci, dwojke maksimum, no chyba, ze sie zdarzy jakis "wypadek" i bedzie
wiecej. Uzgodnilismy, ze jakis czas spedzimy razem we dwojke a potem dolacza
do nas dzieci. Nawet ustatlismy, ze jesli bedzie nas stac to jedno z tych
dzieci bedzie adoptowane. Ustatlismy nawet pewne zasady wychowywania
przyszlych dzieci n.p. nie bedziemy stosowac kar fizycznych, nie bedziemy
zmuszac do jedzenia, nie bedziemy rozpiszczac lalkami Barbie i innymi
duperelami, bedzie dbac o to by spedzaly duzo czasu na lonie przyrody
itp.itd.
No i teraz zaczynaja sie schody. Od slubu minleo dwa lata. Ja bardzo chce
miec dzieci- nawet teraz zaraz. Maz niestety nie czuje sie gotowy. (Ile
razy slyszeliscie juz te piosenke?) Moj maz przewiduje nasze pierwsze
dziecko dopiero za 5 lat. Tak to wszystko pieknie przemyslal i wykalkulowal,
ze 5 lat osiagniemy juz taki pulap finansowy, intelektualny (on robi
doktorat) i psychiczny, ze bedziemy mogli swobodnie miec dzidziusia.
Ja nie moge tego zaakceptowac. Za piec lat bede miala 34 lata czyli bede w
swoim wlasnym przekonaniu stara. Zanim zleci 5 lat to chyba dostane swira i
osiwieje. Powaznie-smiejcie sie, ale nie usmiecha mi sie byc przedwczesnie
siwa baba w ciazy. Poza tym obawiam sie ze czekanie 5 lat to glupota, bo moja
matka miala 2 poronienia po 30-tce.
5 lat- wiecie jak to dlugo? Ja chyba oszaleje. Moje blagania zeby te
pierdolone 5 lat skrocic do 3 nie pomagaja. Maz oskarza mnie o wymuszanie
itd. Mowi, ze mnie samo malzenstwo nie wystarcza i ze zawsze szukam czegos
nowego jakiegos nowego celu. Powinnam byc szczesliwa tylko z nim i spedzic
najblizesze 5 lat z nim beztrosko. Ale ja tak nie umiem. Mimo, ze on jest
mezczyzna mojego zycia - nie sadze, ze wystawianie mnie na piecioletnie
czekanie jest fair. To nie jest tak, ze moj maz mi nie wystarcza. Zaden
inny mezczyzna na jego miejscu nie wystarczyl mi. Nawet nie wiem czy
jakikolwiek mezczyzna jest wart czekania 5 lat, bo pragnienie posiadanie
dziecka jest tak palace, ze nie potrafie o niczym innym myslec. Nic innego
mnie nie cieszy. Od kilku dni prawie nie jem bo sie starsznie martwie moja
smutna bezdzietna przyszloscia. Powoli zastanawiam sie nad swoimi opcjami:
1) czekac i wyladaowac w szpitalu psychiatrycznym przed uplywem 5 lat.
2) rozwiesc sie i byc sama i z moim szczesciem nikogo pewnie nie znajde przez
najblizesze 5 lat -w konsekwencji bede bezdzietnym klebkeim nerwow...
3) terapia malzenska - tylko gdzie tutaj znalezc terapeute, ktory przyzna
racje kobiecie i kaze mezowi robic dzieko zamiast bawic sie w "problemy
komunikacyjne" i ciagnac terapie dla terapii.
Co radziecie?