zapomnialam.hasla
27.09.06, 00:38
Uważam się za lepszą od całego towarzystwa. Wywyższam się. Zadzieram nosa.
Jestem wyniosła i zimna. To są opinie, jakie wielokrotnie słyszałam na swój temat.
Pierwszy raz w podstawówce. Byłam dość dobra z angielskiego, więc po lekcjach
czasem ktoś do mnie podchodził, żeby coś mu wytłumaczyć. Jedna z takich
dziewczyn, Kasia, zwierzyła się potem koleżance (a ta koleżanka w sekrecie
powtórzyła to mnie), że chodzi do mnie na te „korepetycje”, ale nie lubi tego,
bo ja tak zadzieram nosa, uważam się za lepszą, bo znam ten angielski. Uznałam
to wtedy za tak absurdalne, że... po prostu nie uwierzyłam. Bo jak to, ja
miałabym się uważać za lepszą od Kasi? Przecież to ona była duszą towarzystwa,
miała koleżanek na pęczki, świetnie tańczyła. A ja – szara myszka. Było
dokładnie na odwrót, nie czułam się od niej lepsza – czułam się gorsza.
Potraktowałam więc całą sprawę jak dziwaczny żart.
Ale to był dopiero początek. Nie chcę Was zanudzać opisami, w każdym razie
potem o swoim rzekomym zadzieraniu nosa słyszałam jeszcze w liceum, na
studiach, od rodziny oraz w pracy. Oczywiście nie bezpośrednio (czasem mam
wrażenie, że ludzie boją się ze mną rozmawiać). Np na studiach od przyjaciółki
– że nie jestem zaproszona na czyjąś imprezę, bo uchodzę za taką, co zadziera
nosa. W pracy podobno nie chcę się „integrować” z zespołem (jak babcię
kocham, chętnie bym się pointegrowała, tylko że naprawdę nie widzę okazji.
Szczerze mówiąc był to dla mnie szok – zawsze mi się wydawało, że to oni mają
mnie gdzieś, trzymają jakiś taki dystans. Dołączyłam do grupy później, tak
sobie ten dystans tłumaczyłam, że uważają mnie za intruza w zgranym zespole).
Dlaczego nie powiedzieli mi tego bezpośrednio? A zresztą, czy to by coś
zmieniło. Przecież nie będę tłumaczyć, że nie jestem wielbłądem :(
Nie wiem, dlaczego tak jest, nie mam pojęcia. Ja naprawdę nie uważam się za
lepszą. Wręcz przeciwnie – jestem cholernie nieśmiała. Każdy kontakt z ludźmi
to milion wątpliwości. Zabranie głosu na spotkaniu – heroiczny wyczyn (no bo
czy ludzi zainteresuje to, co mówię? Nie będę ich zanudzać? I na pewno palnę
jakieś głupstwo!) Telefon do koleżanki – to samo (ale czy ja się jej nie
narzucam, a może jest zajęta ważniejszymi sprawami i tylko będę jej
przeszkadzać?) Urodziny kumpeli – pewnie tylko przez grzeczność mnie
zaprosiła, bo byłam obok jak zapraszała Gośkę, lepiej nie pójdę. Itd. Jak
widać, do wywyższania się mi daleko – więc dlaczego jestem tak postrzegana?
Czy ja jestem wybrakowana? No bo dlaczego coś, co dla innych jest naturalne,
czyli nawiązywanie i utrzymywanie kontaktów towarzyskich, dla mnie jest jak
trudny egzamin, który ciągle oblewam? Genu jakiegoś mi brakuje?
Przepraszam, rozpisałam się. Może ktoś jeszcze tak miał?
Karolina