Gość: luku
IP: *.agencjadeva.pl
27.03.03, 15:02
Właściwie nie wiem czy to dobrze zdiagnozowany temat. Właściwie chodzi o brak
zaufania i granice tego braku za ktora jest schizofrenia. Ostatnie trzy lata
przezylam w jakims koszmarze (On zdradzal , odchodzil , wracal itd itp)
napotykalambez przerwy na objawy nielojalnosci. Rozmawialismy , dochodzilismy
do porozumienia(?), i za pół roku to samo. Te nastepne razy nie dotyczyly
zdrad bo wtedy bym pewnie (ale nie napewno) odeszla..
Dotyczyly "nielojalnosci , niezrozumienia , ze potrzebuje jakiejs
bezpiecznej, niedotykalnej sfery. Podam przyklad bo cos mi to idzie na duzym
poziomie ogolnosci.Jedziemy samochodem , on dostaje sms-a i mowi "o Zosia
pisze ze wybralaby sie na tance" Ja "to niech idzie , lubi tanczyc" On "ale
ona pisze zebym z nia poszedl" Ja " i co Ty na to" On " ja nie lubie
tanczyć". Ja (juz w duchu awantury) "uwazam ze Zosia ma fiola zeby proponowac
zajetemu facetowi tance, a ty masz fiola ze dopuszczasz do tego zeby Zosia
sadzila ze moze ci to proponować". DYSKUSJA NIE PROWADZI DO NICZEGO! On sadzi
ze w propozycji Zosi nie ma nic zdroznego , a on sie z nia tylko przyjazni.
Czy ja jestem nienormalna? Jak słowo honoru nie proponuje zwiazanym facetom
wyjsc w parze ze mna! Zoś jest wiele! W ogromnej wiekszosci je znam , chocby
przelotnie i wiem ze tak czy inaczej one nie maja w stosunku do mnie
zobowiazan wiec ich wola zapraszac , kokietowac, uwodzic ale czy nie uwazacie
ze aby to robic maja jednak jego przyzwolenie!!!! Po cholere on mi to mowi?
Po cholere ciagnie ten uklad? Naprawde nie rozumiem.
Czy moge liczyc na kilka uwag w tym temacie.