beata.77
28.09.07, 13:57
Witajcie,
mam mieszane uczucia pisząc ten post. Wiem z pewnością, że forum internetowe
jest ostatnim miejscem na szukanie pomocy przed podjęciem jednej z
najważniejszych decyzji w życiu. Ale mam w głowie taki mętlik, że sama nie
wiem co jest prawdą, co moją projekcją. Wiem, że Wy tego tym bardziej nie
wiecie, ale kilkukrotnie przekonałam się, że czasem czyjaś opinia z boku
zapala nowe światło, pozwala zobaczyć coś, dotychczas niedostrzegane. A czasem
działa jak zimny prysznic. Nic nie tracę pisząc do Was, więc może warto?
Zanim powiem, o co chodzi - proszę, nie potępiajcie mnie. Wiem, że każdy i tak
napisze, co chce, ale naprawdę uświadamianie mi co powinnam BYŁA zrobić
niewiele mi pomoże. Mam świadomość tego, że czas na decyzję nadszedł o wiele
za późno. I nieumiejętnością podjęcia jej wtedy, gdy trzeba było - dziś ranię
kilka osób.
No dobrze, do rzeczy (postaram się najprościej, bez wchodzenia w szczegóły,
załóżmy więc, że nie trzeba będzie zadawać pytań "a skąd wiesz, że ...",
załóżmy po prostu, że znając okoliczności, o których nie chciałabym tu pisać -
po prostu wiem).
Będzie w punktach, tak łatwiej zebrać myśli ;)
1). Kilka lat małżeństwa z pierwszym chłopakiem, pierwszą miłością, po wielu
latach licealno-studenckiego związku (taka urocza miłość pary przyjaciół z
osiedla)
2). Niemal od razu po ślubie - czyli od zamieszkania ze sobą - rozczarowanie.
Mąż nie chce budować czegoś, co nazywam "wspólnym światem." Nagle okazuje się,
że ma on coś bardzo swojego, gdzie absolutnie nie mam wstępu, jest odgrodzony
ode mnie murem w tym obszarze. Z szacunku dla jego prawa do prywatności
przełykam gorzkie "nie pchaj się tam, gdzie nie twoje miejsce" i staram się
budować naszą, wspólną przestrzeń. W oparciu o wspólne pasje, znajomych, czas
spędzany razem, tysiące rzezy, które ludzie po prostu robią wspólnie.
Tymczasem zauważam, że z miesiąca na miesiąc .. na wyraźne oczekiwanie męża,
muszę się coraz bardziej posuwać, do czasu, gdy nasze wspólne bycie to już
tylko: zakupy, sprzątanie, obiad u teściów. Słyszę nie raz: "nie znajduję
przyjemności w spędzaniu z tobą wolnego czasu. Nie będę nic proponował i
inicjował. Mówiłem ci to przed ślubem". Fakt mówił .. cóż, podobnie jak
miliardy kobiet na świecie liczyłam, że to minie.
3). Jego świat: Kluby. Klubowi znajomi i znajome. Czaty. Wiele lat, może
cztery. Dopiero niedawno to odkrywam, zapis wielu lat czatowania, wymiany
zdjęciami, serdecznościami. Budowanie powierzchownych ale gorących flirciarsko
znajomości. Zahasłowane konta mailowa, zahasłowane gg, osobne konta bankowe,
wszystko w hasłach.
Do tego kilka realnych bardzo bliskich kobiet, którym mąż poświęca czas,
energię, uwagę, daje im serdeczność, której nie daje mnie, pojawiają się
kłamstwa na ich temat. Głupie i szczeniackie: ze to nie z nimi sms-uje, ze to
nie z nią się spotkał, podczas, gdy owszem - tak, etc, etc.
4). Tak trwa małżeństwo - jestem całkiem sama, znajomi święcie przekonani, że
jesteśmy parą idealną, mąż _każdy_ weekend w klubie, zawsze beze mnie, bo
_zawsze_ jest to męskie wyjście. Ja wiem, że życie nie ogranicza się do
weekendowych szalonych nocy. Ale obok tego, kontakt z mężem topnieje. Jego nie
ma. Przycementowany do komórki, zasłonięty laptopem, oddala się, a im bardziej
oddala, tym bardziej ja w rozpaczy go gonię (tak tak, taka władza nad kimś
uzależnia, rozumiem to dobrze), godzę się na wiele upokorzeń, godzę się na tę
samotność w nadziei, że coś drgnie wreszcie, że będzie normalnie, jak w innych
małżeństwach, że ten wspólny świat wreszcie uda się zbudować.
5). Rok temu przychodzi na świat dziecko. Ciąża - od potężnej euforii,
okazywania mi potężnej troski, miłości i ciepła, po okrutne znów odrzucenie,
osamotnienie. Były noce gdy juz w zaawansowanej i zagrożonej ciąży błagałam go
płacząc, by nie wychodził albo wychodząc wziął auto. Słyszałam, że mam nie
panikować i nie być wariatką. Wracał nad ranem, pijany, jak zawsze.
6). I wreszcie najgorsze - po urodzeniu dzieciątka - zdrada za zdradą.
Apogeum. Do domu wracał tylko na kąpiel małej, by zniknąć znów w towarzystwo
kobiet. Podobno nigdy nie było to fizyczne, podobno nigdy żadnej nie
powiedział ze ją kocha, podobno dziś sam wie, że było to głupie i złe. Ale
wówczas - przez pół roku - on się bawił, a ja z dzieckiem sama całe dnie i
noce, bez pomocy, bez wsparcia, bez ciepła, dotyku, jego obecności - myślałam
o śmierci, naprawdę. Walczyłam o nas strasznie. Milion razy chciałam
rozmawiać, wyciągałam rękę, wreszcie na jego wyraźną prośbę odpuściłam, jak on
to ujął "męczenie konia" i stałam się potulną uśmiechniętą, nierobiącą
problemów. Rada jego przyjaciela: "Bądź dobra i nie atakuj". Tak przetrzymałam
kolejne miesiące. Trochę się poprawiło, po długim czasie zaczęliśmy znów
sypiać ze sobą, było tak sobie, ale na Boga, BYŁO!!
7). Pryncypialnie - nic się nie zmienia. Dziecko rośnie, on wciąż wychodzi,
nasz świat to teraz: zakupy, sprzątanie, dziecko. Nawet znajomych już nie ma.
We mnie coś umiera. I którejś kolejnej samotnej nocy, gdy wiem, że jego zabawa
z kumplem jest wieczorem spędzonym na parkiecie w towarzystwie "tylko
koleżanki" - poznaję kogoś w sieci. Życie jest nudne prawda? Scenariusz, jak z
klasycznej powieści, doprawdy.
8). Relacja rozwija się w przyjaźń, po kilku miesiącach w "miłość". Piszę w
cudzysłowie, bo jednak to słowo bardzo zobowiązuje, a miłość prawdziwa możliwa
jest tylko w realu.
Kilka weekednowych spotkań - każde wspaniałe, każde coraz bardziej
utwierdzające w przekonaniu, że "to ten" (oj nie śmiejcie się, bajki się
zdarzają, prawda? :)
Miliony przegadanych przez telefon godzin, omówiony każdy najdrobniejszy
szczegół życia, kłótnie - także i obserwacja, jak ten człowiek rozwiązuje
konflikty - no jest cudownie.
9). Czas stanąc w prawdzie - rozmowa o rozwodzie, mówię mężowi o wszystkim.
Awantury. Padają straszne słowa. Rozmawiamy ze sobą wiele godzin albo milczymy
wiele dni. Mąż ma się "na dniach wyprowadzić", ciągle jednak coś staje temu na
przeszkodzie. Po kilku tygodniach takiej przepychanki, gdy ja już wiem, że
decyzje zostały podjęte, gdy nie mam już wątpliwości z kim chcę być, jak chcę,
żeby wyglądało moje zycie - powala mnie choroba.
Mąż wiezie mnie na pogotowie, okazuje maksimum wsparcia i troski, opiekuje się
kolejne dni, gdy nie mogę się ruszyć. I wreszcie .. choć sprawy zaszły bardzo
daleko, choć moja relacja z poznanym człowiekiem dla męża jest krokiem, po
którymnie ma odwrotu: -prosi o szansę. Dostaję długi list, w którym pisze o
miłości, o tym, jak się pogubił, że wie jak bardzo mnie ranił, jak bardzo
żałuje, jak kocha, jak bardzo chce zacząć od nowa, że przeprasza i jak bardzo
prosi o szansę.
10). Nie wiem co robić ... wiem, że kilka miesięcy temu spotkałam miłość
swojego życia. Wiem, że gdyby nie dziecko, bylibyśmy już razem. Wiem też, że
córka zasługuje na pełną prawdziwą rodzinę. Że dla niej, być może _powinnam_
dać jeszcze szansę mężowi. Nie ufam mu, nie wierzę w zmianę. Wiem, że kiedyś
kochaliśmy się do szaleństwa, ale doświadczyłam też tego, jaki potrafi być
zimny, bezwzględny i okrutny. Nie chcę takiego zycia. Ale myślę o małej .. i
boję się strasznie .. rozwalić jej rodzinę. Wybór między moim a jej
szczęsciem. Ale z drugiej strony .. a może jednak? Może cuda się zdarzają?
Może wróci to dobre, co było wiele lat temu między nami? Ja wiem, że mąż zanim
stał się taki, jaki się stał był strasznie strasznie dobry i kochany.
Doświadczyłam z nim pełni miłości... kiedyś, kiedyś.
No i to w końcu małżeństwo, rodzina, coś ogromnie ważnego i poważnego, dziecko
.. czy warto nie dać szansy ze względu na "gacha z komputera" (koniec cytatu)?
11). Dla wszystkich pytających "A skąd wiesz, że ten nowy facet ....." - no
właśnie, myślę, że wiem i myślę, że nie muszę tego tu jakoś tam udowadniać.
To strasznie długi post .. coś mi mówi, że niewielu z Was dojdzie do końca,
dziś wszyscy mają tak mało czasu