Gość: Zabusia
IP: *.CMB2.splitrock.net
01.08.01, 21:39
Kiedys, kiedys - dawno temu, mialam meza pijaka (niektorzy nazywali to
ladnie "choroba alkoholowa"). Jak to bywalo ze trzy razy w tygodniu i tym
razem doszlo do awantury o....to nie ma znaczenia - o to, ze cukiernica stoi
na stole albo,ze jej tam wlasnie nie ma.
Nawymyslal, napyskowal (tym razem nie bil na szczescie), trzasnal
drzwiami i gdzies pojechal.
Czasami czekalam na niego, ale tym razem doszlam do wniosku, ze
lepiej isc spac, bo jestem wystarczajaco umeczona.
Zasnelam okolo23:00. Po kilku godzinach obudzilo mnie jego wejscie do
kuchni. Nie spalam na 100%. Czulam zimno, dreszcze i strach, cholerny,
przerazajacy strach.
- Co u licha??!!! Nie bede sie przeciez sk...syna bala!
Postanowilam wstac. Zapalilam swiatlo. Byla 4:20 rano. Weszlam do
kuchni.
Kuchnia byla pusta. Nie bylo w niej nikogo.
Nie rozumialam ,co sie stalo, bo to ON mnie obudzil.
Wypalilam kilka papierosow i polozylam sie.
Wrocil do domu okolo 10 rano. Jakis przepity, blady.
Spytalam :
- Co sie dzialo o 4:20????
Spojrzal na mnie nieco przerazonym wzrokiem, jakby sie mnie
przestraszyl - nic nie powiedzial i odszedl.
Dopiero po kilku miesiacach, w przyplywie dobrego humoru, przypomnial
mi tamto zdarzenie.
Nie mogl zrozumiec - Skad wiedzialam ????
Byl tej nocy u jakiegos kolegi pod Bydgoszcza, 150 km od domu, bez
telefonu, w lesie - bez mozliwosci jakiegokolwiek kontaktu ze mna.
Nachlal sie jak ostatnia swinia i straszliwie chcial znalezc sie w domu.
Stracil przytomnosc dokladnie o 4:20. Po kilku minutach wrocil do siebie.
Odnosze wrazenie, ze to byla eksterioryzacja.
A Wy co o tym sadzicie???
:-)
Zabusia